Jacy są Papuasi?

Jeden z misjonarzy, pracujący w Papui od kilkudziesięciu lat, wyznał kiedyś: „Im dłużej jestem w Papui, tym trudniej jest mi zrozumieć Papuasów". Te słowa doskonale wyrażają to, czego wielu misjonarzy doświadcza w Papui.

Nie sposób jednoznacznie określić, jacy są Papuasi, ponieważ na każdą tezę można znaleźć zarówno przykłady potwierdzające, jak i zaprzeczające. Zostawmy więc antropologom dogłębne badanie tematu, a przyjrzyjmy się temu, czego my, jako misjonarze, doświadczamy w Papui - kraju często nazywanym w angielskich przewodnikach „land of unexpected", czyli miejscem, gdzie może cię spotkać to, co najbardziej nieoczekiwane.

Jak pewnie Czytelnicy już wiedzą, językiem użytkowym jest w Papui język pidgin. Kiedy przybyłem do Papui w 1996 roku, moi współbracia już na wstępie zakomunikowali mi, że 3 podstawowe słowa z języka pidgin, które trzeba znać to:
- amamas - być szczęśliwym
- kaikai - jedzenie
- malolo - odpoczynek.
Jakże okazało się to prawdziwe, gdy...

...jeden z pierwszych Papuasów przyszedł się ze mną przywitać! Użył wszystkich tych słów już w pierwszym zdaniu. Toteż łatwo w ten sposób dojść do prostego wniosku, że Papuas czuje się szczęśliwy, gdy jest najedzony i wypoczęty, a w dodatku nie musi nic robić.

PAPUASI SĄ EMOCJONALNI
Nie potrzeba długich obserwacji, aby zauważyć, jak dużą rolę odgrywają emocje w życiu Papuasów. Wystarczy pójść na spotkanie grupy charyzmatycznej, aby ujrzeć, jak wpadają w trans i uniesienie.

Pewnego razu, będąc jeszcze w Chimbu, pojechałem do jednej z filii, aby odprawić Mszę św. dla grupy charyzmatycznej. Przed Mszą św. usiadłem, aby wysłuchać spowiedzi i w pewnym momencie usłyszałem, jak ktoś strasznie płacze. Wyszedłem przed kaplicę, aby sprawdzić, co się stało i zobaczyłem mężczyznę w średnim wieku stojącego wśród grupki ludzi, zanoszącego się płaczem. Łzy szerokim strumieniem lały mu się po policzkach. Spytałem stojących obok, co mu się stało, czy może ktoś umarł. Na to jedna z osób odpowiedziała: „Nie, Ojcze, on został przyjęty do grupy charyzmatycznej i w ten sposób właśnie cieszy się z tego zaszczytu."

Niestety, Papuasi często nie potrafią kontrolować swoich emocji, a to prowadzi do wielu rodzinnych tragedii. W parafii Boram, w której pracowałem przez 5 lat, jeden z kościelnych liderów zabił swoją żonę. Chciał iść z kolegami do baru i zabrakło mu kilka kina na piwo, więc zażądał od żony, aby mu dała pieniądze. Żona odmówiła, doszło do kłótni, w czasie której mężczyzna chwycił za kołek znajdujący się pod ręką i tak mocno żonę uderzył, że ta już nie wstała.
Takie przykłady niestety można mnożyć.

WANTOK CZYLI SAMI SWOI
Najprostszy podział społeczeństwa według Papuasów to wantoki, czyli swoi i niewantoki, czyli obcy. Wantok jest pojęciem bardzo szerokim i obejmuje członków zarówno bliższej, jak i najdalszej rodziny, a także członków plemienia, wioski czy klanu. Wantoka trzeba zawsze wspierać i pomagać mu, wantokowi trzeba współczuć. Takie podejście daje Papuasowi poczucie bezpieczeństwa.

Doskonale to myślenie ilustruje poniższa historia związana z opisaną wcześniej o zabiciu żony.
Pewnego razu wiozłem na spotkanie rady parafialnej liderów z wioski, z której pochodził wyżej przedstawiony parafianin, zabójca żony. Przejeżdżaliśmy obok więzienia, gdzie odsiadywał siedmioletni wyrok za zabójstwo. Wszyscy jego wantocy z wioski zaczęli się nad nim użalać, że z niego takie biedaczysko, że musi siedzieć w więzieniu, że taka kara go spotkała, że teraz tak musi cierpieć.
Nie wytrzymałem i mówię do nich: „Jakoś nie słyszałem, aby ktokolwiek z was użalił się nad tą kobietą, która została zamordowana, no bo ona nie była waszą wantoczką, nikt z was nie współczuje dzieciom, które straciły rodziców, bo matka nie żyje, a ojciec siedzi w więzieniu".
Umilkli, ale nie byli zadowoleni z moich słów. Później wiele razy przychodzili i prosili, abym napisał opinię, jaki to ten mężczyzna był dobry zanim został osadzony w więzieniu.

MYŚLENIE KALEGO
Pewnego dnia w parafii Warabung, gdzie obecnie pracuję, przyszło do mnie kilku liderów. Okazało się, że niedaleko stacji misyjnej otwarto buszowy bar. Poużalali się, że w ten sposób młodzież jest rozpijana, rodziny cierpią, bo ojcowie się upijają i tracą pieniądze, które można by było zużyć na lepsze cele, choćby opłacenie szkoły dla dzieci. Stwierdzili, że bar działa nielegalnie, bo właściciele nie uzyskali zgody sołtysa, ani pastora bądź księdza. Mówię do nich, że dobrze, iż chcą to rozwiązać i doskonale wiedzą jak to zrobić. Jeden z nich był sołtysem, a więc jego zadaniem jest, aby wezwać policję, a inni mają mu pomóc. Przytaknęli, ale nie byli zachwyceni, bowiem chcieli to rozwiązać moimi rękami.

Jednakże to nie koniec, bo wkrótce przyszli z prośbą, abym podpisał zgodę (tutaj tego wymagają) na otwarcie przez nich baru!!! Jeden z nich miał dług i chciał w ten sposób znaleźć pieniądze, aby go spłacić. Wtedy już nie mówili, że rodziny będą cierpieć z powodu pijaństwa. Słów, które usłyszeli, nie godzi się tutaj przytaczać, ale już wiedzą, aby nigdy więcej nie zwracać się do mnie z taką prośbą. Jak w takich sytuacjach nie mieć skojarzeń z myśleniem sienkiewiczowskiego Kalego?

Takie myślenie Papuasi przenoszą na grunt kościelny. Wiedzą, jakie prawo obowiązuje w Kościele i co grozi za jego nieprzestrzeganie. Choćby w kwestii wielożeństwa. Wszyscy wiedzą, że jeżeli mężczyzna weźmie drugą żonę, to ani on, ani ta kobieta nie będą mogli przystępować do sakramentów. Jednakże większość w takich przypadkach przychodzi, aby się upewnić, że i do nich ta zasada się odnosi.

Kiedy pracowałem w Chimbu, takie wypadki były nagminne. Pewnego razu przyszedł mężczyzna ze swoimi dwiema żonami. Stwierdził, że zazwyczaj w rodzinach, gdzie jest wielożeństwo, jest wiele kłótni, bo żony ze sobą walczą o względy męża. Jego żony zaś żyją ze sobą w idealnej zgodzie. Poza tym ktoś im powiedział, że jak już będą starzy, to będą mogli otrzymać ślub kościelny, a więc on by tak chciał otrzymać ślub z jedną z żon, a druga by z nimi żyła jak siostra z rodzeństwem i wszyscy by mogli przystępować do sakramentów. Co do tego to im się właśnie pokazały oznaki starości. Pytam, co to są te znaki starości, a oni na to, że siwe włosy.
Pracowałem wówczas z ks. Janem, który mimo młodego jeszcze wieku, był sowicie przyprószony srebrem. Pytam więc: „A czy uważacie, że ks. Jan jest już stary?". Zgodnie odparli, że nie. „A zobaczcie ile ma siwych włosów, tak więc siwe włosy nie świadczą jeszcze o starości, a po za tym ktoś was wprowadził z tym wszystkim w błąd".
Zaśmiali się i mężczyzna stwierdził: „Myśmy chcieli tylko spróbować, a nuż się uda".

TRAIM TASOL - TYLKO SPRÓBOWAĆ
Ta właśnie zasada próbowania doskonale pasuje do skłonności Papuasów do naciągania innych i żerowania na kimś.
Wewak jest miejscem, gdzie roi się od największych leni w prowincji i wielu z nich na różne sposoby próbuje znaleźć pieniądze na używki, dlatego pukają do wszystkich drzwi kościelnych.

Pewnego razu zapukał do naszych drzwi w Boram młody człowiek z historyjką, że jego żona jest ciężko chora i od wielu dni leży w szpitalu, a nie mają pieniędzy na opłacenie szpitala, na lekarstwa i jedzenie. Zapytałem go, z której jest parafii, a następnie kto tam jest proboszczem. I tu zaczęła się „strzelanina", bo mimo wielu prób nie udało mu się trafić na imię proboszcza. Wyraziłem zdziwienie, że go nigdy nie zauważyłem w szpitalu, mimo iż 2 razy w tygodniu odwiedzam wszystkie oddziały. Skoro jednak go przeoczyłem, to wezmę trochę jedzenia i pojedziemy na oddział, gdzie jest jego żona. Tego było już za wiele i młodzieniec z rezygnacją przyznał, że on tylko próbował (traim tasol), a nuż się uda coś wyłudzić.

Jednakże nie dobrze jest myśleć, że każdy pukający do drzwi Papuas to naciągacz. Pewnego razu do tych samych drzwi zapukał starszy pan i gdy wyszedłem, przygotowany na kolejną historyjkę, on kompletnie mnie zaskoczył. Powiedział: „Proszę Ojca wyhodowałem kilkadziesiąt kur, aby pomóc córce w opłaceniu studiów. Zanim je sprzedam, pierwszą kurę chcę ofiarować tobie". Wręczył kurę i odszedł. Muszę przyznać, że mnie zatkało.

PAPUASKIE ŁZY
Jeden ze starszych misjonarzy wyznał kiedyś: „Mam wrażenie, że papuaska kultura jest kulturą śmierci, bo nic nie jest w stanie zmobilizować ich do działania tak, jak śmierć wantoka."

Faktem jest, że w wypadku śmierci wszyscy wantocy są stawiani na równe nogi i muszą „dorzucić się" do tradycyjnych zwyczajów związanych ze śmiercią. Bywa, że zmarły po śmierci napodróżuje się więcej niż za życia, bo potrafią go obwieźć po wszystkich miejscach, gdzie był znany, aby wszyscy mogli go opłakać.

Kilka lat temu zmarł krewny naszych sąsiadów w Wewak. Jego ciało przez kilka dni było w kostnicy w pobliskim szpitalu. Rodzina odebrała ciało z kostnicy i w drodze do wioski najpierw przywieźli trumnę do naszych sąsiadów. Płaczu, zawodzeniu i rzucaniu się na trumnę nie było końca. W końcu ciało zabrano do wioski. Wieczorem tego samego dnia nasi współbracia, przebywający wówczas w Wewak, ponownie usłyszeli płacz i zawodzenie. Już myśleli, że zawrócono z trumną. Wyglądają na zewnątrz, a tam sąsiedzi odsłuchują z magnetofonu nagranych płaczów - zdawać by się mogło szczerych - przy zwłokach i wszyscy zanoszą się śmiechem.

W parafii Roma opowiadano mi przypadek, który wydarzył się kilka miesięcy temu. Zmarł mężczyzna w jednej z wiosek. Ciało zostało umieszczone w kostnicy w mieście, podczas gdy w wiosce szykowano się do pogrzebu. W końcu rodzina kupiła trumnę i pojechała do kostnicy odebrać ciało. Ciało było zawinięte w prześcieradło i tak je zapakowali do trumny. Przyjechali do wioski, jak zwykle przy takich okazjach wylano morze łez i w końcu ciało zostało pochowane. Po kilku dniach przyjechała policja z pytaniem, gdzie pochowali tego zmarłego, bo zabrali z kostnicy nie te zwłoki co trzeba. Policjanci wykopali zmarłego, zabrali zwłoki i mówią do ludzi w wiosce: „A teraz jedźcie do miasta zabrać zwłoki waszego wantoka". Tak też zrobili. Tym razem odebrali już właściwe zwłoki, przyjechali do wioski i pochowali, ale już bez płaczu. Jak to jeden z nich stwierdził: „Przecież on został już wcześniej opłakany".

Papuasi z pewnością po swojemu przeżywają śmierć bliskich, ale ilość wylanych łez nie świadczy jeszcze o żalu po stracie.

KOMPENSEISIN (pidgin) - ODSZKODOWANIE
Tutejsze obyczaje są takie, że można Papuasów podzielić na tych, co właśnie zapłacili odszkodowanie, są w trakcie płacenia lub też będą płacić.

Właściwie w Papui można zapłacić odszkodowanie za wszystko, bo każda okazja do wyciągnięcia pieniędzy jest dobra. Jednym z najbardziej rozpowszechnionych odszkodowań jest płacenie za ziemię. W Papui nie ma kawałka ziemi niczyjej, dlatego tzw. papa bilong graun, czyli właściciele ziemi, bezustannie żądają odszkodowań za ziemię, którą kiedyś sprzedali bądź oddali w użytkowanie. Nieważne, że otrzymali za nią zapłatę, co kilka lat żądają dopłaty. W Wewak przez wiele lat nie można było otworzyć kawałka wybudowanej obwodnicy, bo „papy bilong graun" ją blokowali. Dopiero kiedy otrzymali kilkaset tysięcy odszkodowania, droga została otwarta. Jednakże pieniądze nie posłużyły wiosce w rozwoju, gdyż kilku liderów zgarnęło forsę i w krótkim czasie przepuściło w stolicy kraju.
Nie ma w Papui prowincji, gdzie taki proceder nie miałby miejsca.

Odszkodowanie można jednak płacić za rzeczy z pozoru mało ważne. Kilka lat temu, będąc jeszcze w Chimbu, jechałem odprawić Mszę św. do jednej z filii w parafii. Nagle z krzaków wyleciał jakiś kundel i wpadł mi pod samochód - nawet nie było czasu zahamować. Wtedy jak spod ziemi pojawili się Papuasi wrzeszczący, że zabiłem ich psa. Zatrzymałem samochód, podbiegli z krzykiem, że mam zapłacić odszkodowanie. Nieważne, że nie było w tym mojej winy. W tym momencie obejrzałem się i zobaczyłem, że pies podniósł się, otrzepał i uciekł. Pokazałem, że psu nic się nie stało i odjechałem. Na drugi dzień ludzie ci przychodzą, pokazują ogon psa i mówią, że pies przyszedł do domu i padł, a więc jednak muszę zapłacić to odszkodowanie. Mimo targów musiałem zapłacić 50 kina, bo gdybym nie zapłacił, nie mógłbym przejechać tamtą drogą bez problemów. Wielu parafian przyglądało się tym całym targom w milczeniu. Dopiero gdy ci ludzie poszli, kilku odzyskało nagle mowę i stwierdziło, że pewnie sami później zabili psa i zjedli go, a sytuację wykorzystali, aby wyciągnąć pieniądze.

A gdy w grę wchodzi choroba bądź śmierć, z odszkodowaniami rozpoczyna się cały, iście cyrkowy, ceremoniał.

Kilka lat temu w prowincji Chimbu miał miejsce wypadek samochodowy. Kierowca załadował burtę samochodu workami z kawą - tyle ile dało się zmieścić. Na tych workach usiadło jeszcze kilka osób. Poza tym kilka osób weszło do kabiny. Samochód nie wytrzymał tego obciążenia i na wąskich górskich drogach stoczył się w przepaść. Ci, którzy siedzieli w kabinie i nie zdołali wyskoczyć zginęli. Po pewnym czasie do właściciela samochodu przyszedł elegancko napisany na komputerze list z... zaświatów. List od kierowcy, który zginął w wypadku, a w nim słowa: „To Twoja wina, że zginąłem w wypadku, bo wiedziałeś, że jestem niedoświadczonym kierowcą, a wysłałeś mnie po kawę".
Czyż nie jest to cwany sposób wyłudzenia odszkodowania? Wielu Papuasów, opowiadających tę historię, było święcie przekonanych, że list pochodził od zmarłego.

W tej samej prowincji w jednym z miejsc samochód stoczył się w przepaść. Zginęło kilka osób. Ludzie z miejsca, w którym wydarzył się wypadek, wydobyli ciała z wraku i zażądali od rodzin zabitych, że jeżeli chcą zabrać ciała, muszą najpierw zapłacić odszkodowania.
Przykłady o odszkodowaniach można by mnożyć i czasami można dojść do przekonania, że pierwszym słowem, które Papuas wypowiada, pojawiając się na tym świecie nie jest „mama" czy „tata" ale „kompeseisin".

Ks. Jacek Bilik SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei
Zdjęcia: ks. Adam Golec SAC, br. Janusz Namyślak SAC, ks. Dariusz Woźniak SAC