Rozmowa z ks. Zbigniewem Dobkiem SAC

R. – Po wielu latach pracy w Brazylii wyjechał Ksiądz do Mozambiku. Dlaczego?
K. –
Zaprosili mnie do pomocy współbracia pallotyni z prowincji Santa Maria. Zdecydowałem się między innymi dlatego, że znałem język i od razu mogłem przystąpić do pracy. Przydałby się jeszcze język miejscowy di tchope, ale w większości można się dogadać po portugalsku, gdyż jeszcze 30 lat temu Mozambik był kolonią portugalską. 11 lat temu zakończyła się wojna (rewolucja) o podłożu politycznym.
W dużej mierze Mozambijczycy zawdzięczają pokój papieżowi Janowi Pawłowi II, który odwiedził kraj w 1988 r., podczas wojny, i wezwał do dialogu. Poparł to swoim słowem i modlitwą. I rzeczywiście – po jego wyjeździe rozpoczął się dialog, zakończony po kilku latach pokojem. Mozambijczycy doceniają rolę Jana Pawła II, znają go i cenią. Jak wyjeżdżałem na wakacje do Polski, prosili, żebym powiedział Polakom, by nie byli smutni z powodu Jego śmierci.

R. – Ilu misjonarzy pallotyńskich jest w Mozambiku? Jakie były początki tej misji?
K. –
Jest nas trzech. Jako że tworzymy bardzo małą wspólnotę prowincja Santa Maria przysyła do nas kleryków na roczną praktykę – jeżeli są chętni po ukończeniu teologii. Do tej pory było ich pięciu. Ich zadanie to przede wszystkim rozmowy z ludźmi, bycie wśród nich, kontakt z młodzieżą.
Pallotyni przyjechali do Mozambiku w 1998 r. – była to pierwsza misja...

...zagraniczna prowincji Santa Maria. Trudne warunki przy organizowaniu misji, choroby misjonarzy, wreszcie śmierć jednego z nich przez chwilę postawiły istnienie tej placówki pod znakiem zapytania. Ale obecnie wszystko się stabilizuje. Na razie przyjechałem tu na 3 lata. Co dalej – przyszłość pokaże.

R – Jaka jest obecnie Wasza sytuacja?
K. –
Na razie jest nam ciężko, bo obsługujemy naszą misję i sąsiednią – opuszczoną. We dwóch dojeżdża-my do 50 wiosek. Ponieważ mamy jeden samochód jest to dosyć męczące, bo jeden drugiego podwozi i zostawia, a potem się szukamy, wychodzimy do drogi lub ten drugi łapie miejscowe samochody – to dość dziwne uczucie, jak się jedzie z kozami itp.
Kosztuje nas to trochę wysiłku. Z naszych obserwacji wynika, że trzeba by prowadzić ewangelizację pogłębiającą. Zatrzymać się na dłużej w wiosce, pobyć z jej mieszkańcami. Ale przy tej ilości wiosek nie jest to za bardzo możliwe. Jedną wioskę można zaledwie parę razy w roku odwiedzić. To powoduje niedosyt, zmęczenie i frustrację z naszej strony.

R. – Wiosek jest dużo. A jak z możliwością dojazdu? Czy pracuje się tak samo jak w Amazonii?
K. –
My jesteśmy przy głównej trasie z północy na południe – to jedyna droga asfaltowa, z dziurami oczywiście. Wioski są rozrzucone w promieniu ok. 70 km. Trzeba się najeździć po polnych drogach, po piachach. Kręgosłup trochę boli. Ale praca jest ciekawa.

Afryka jest jednak bogatsza niż Amazonia, jeżeli chodzi o tradycje i kulturę, tradycje religijne. Afrykańczyk żyje w świecie duchów. Jest bardzo związany ze swymi przodkami. Bóg jest taki odległy, a przodek bliższy.
Afrykańczycy grzebią swoich zmarłych w wioskach, przy domu. Wszystkie ryty są zwrócone do przodków. W ich wierzeniach jak ktoś umrze, może stać się wrogiem, który może poważnie szkodzić. Wkładają wiele wysiłku, żeby zdobyć przychylność przodków. Nie obchodzą urodzin, innych uroczystości, ale rocznice śmierci zawsze świętują. To jakby wesele, w którym bierze udział cała wioska. Najpierw ryt, a potem picie, tańce. Tam gdzie są rodziny katolickie zapraszają także nas. Ja osobiście lubię chodzić na te spotkania. Mam wtedy kontakt z całą wioską – ludźmi różnych wyznań: katolików, tradycyjnych, muzułmanów. Ponieważ katolicy są przeważnie w mniejszości prowadzę tylko Liturgię Słowa, z modlitwą i krótką katechezą. Zauważyłem, że wszyscy chętnie tego słuchają. Wtedy nawiązuję znajomości, przyjaźnie.
Mam takiego starszego przyjaciela, muzułmanina, Remani, który podziwia bardzo Jana Pawła II. Podoba mu się, że zawsze wypowiadał się przeciwko wojnie. Inny, Łali (Wali) chętnie zaprasza na piwo, ale jak się ściemni, bo wtedy Allach nie widzi. Ahmed uczył się w NRD, a tacy jak on są teraz przy władzy. Jeszcze za komuny studiowali w Polsce, NRD, Bułgarii czy Rosji. Jak wrócili dokonali rewolucji i chcieli idee komunistyczne wprowadzać. To było przeciwko Kościołowi. Ale potem, po zmianach w Europie zmienili się i oni. Nie są już tak ortodoksyjni.

Kiedy kończyła się ważność mojego paszportu szukałem ambasady, ale w Mozambiku nie ma. Najbliżej jest w RPA. Tu jest tylko konsul. Zadzwoniłem, rozmawiałem po polsku, pojechałem, a tu konsul czarny. Skończył w Polsce ekonomię. Mówi po polsku bardzo ładnie, jest poważny, rzeczowy, bardzo sympatyczny. Ożenił się z Polką z Łodzi, blondynką. Polacy, którzy prowadzą tu jakieś interesy bardzo chwalą jego pomoc i kompetencje. Bardzo dobrze Polskę reprezentuje.

R. – Jacy są Mozambijczycy? Jak wpłynął na nich okres kolonialny?
K. –
Są bardzo przywiązani do swojej tradycji. żyją w strukturach klanowych. Jest patriarchat, ale też duża władza wujków i ciotek, towarzyszących siostrzeńcom czy siostrzenicom w okresie dojrzewania. Dzieci i młodzież na katechezie otrzymują jedno pouczenie, a ciotka czy wuj „prostuje” to co od nas usłyszeli. Dzieci są rozdarte i nie jest łatwo wywrzeć na nie znaczący wpływ. Nawet katolicy (których tu jest zaledwie 20%) ze swoimi kłopotami idą do czarownika, nie do nas.

Kolonia była tu jeszcze przed 30 laty. Katolicyzm przyszedł, można powiedzieć, z okupantem. Księża w większości byli Portugalczykami, niestety wielu na usługach rządu kolonialnego. Natomiast misjonarze innych narodowości byli niemile widziani, tak przez rząd kolonialny, jak i przez księży portugalskich. Toteż chrześcijaństwo nie mogło się zakorzenić; nie miało świadectw, nie miało siły.
Mimo to niektórzy starsi ludzie wspominają kolonie z nostalgią, „bo nie cierpieli głodu”. Inaczej sądzą ci, którzy chcieli czegoś więcej od życia, byli inteligentni, zdolni do administrowania i rządzenia.

R. – Jaki jest system edukacji w Mozambiku?
K. –
W czasie rewolucji został zniszczony system edukacji kościelnej, bo wtedy do władzy doszli ludzie kształceni w Europie Wschodniej, gdzie przejęli idee komunistyczne. Odebrali Kościołowi wszystko. Szkoły w większości są państwowe, ale teraz niejednokrotnie władze proszą Kościół, by zajął się kształceniem. I w niektórych większych ośrodkach zakony prowadzą szkoły podstawowe i średnie.
Nasza misja jest blisko Quissico, małego miasteczka
– tam jest 10-klasowa szkoła, a w wioskach są tylko 4lub 7-mio klasowe. Szkoła średnia jest w stolicy, jakieś 100 km od nas. Szkolnictwo funkcjonuje dość dobrze, ale poziom nauki jest raczej słaby. Młodzież, która chce się czegoś więcej nauczyć przychodzi z wiosek do miasta. Jako, że teren misji jest duży, koczują wokół nas
– ok. 100 uczniów. Ustawiają sobie domki ze słomy, paliotes i mieszkają. Mają wodę od nas, a żywność przynoszą sobie z domu; najczęściej orzechy kokosowe, liście warzyw. Mozambik, jak cała Afryka, jest wspomagany materialnie. Dostaje pieniądze z różnych organizacji pozarządowych, ONZ, Ameryki, ale jest duża korupcja. Szkolnictwo jest jednak dość dobrze prowadzone. Większość dzieci i młodzieży uczy się.
Staramy się też przybliżyć do nauczycieli, pracować z nimi, ale to nie takie proste. Wychodzi mentalność afrykańska – figura szefa. Jak ktoś tu jest odpowiedzialny za cokolwiek zaraz czuje się szefem i lubi to pokazywać. Na pierwszym miejscu u nauczycieli jest nie edukacja, nie służba, ale władza, której nieraz nadużywają.

Idąc do kościoła przechodzę przez teren szkoły. Jedni mają lekcje w salach, a inni pod drzewem – siedzą na matach, a nauczyciel wykłada. Kiedyś widziałem taką scenę: nauczyciel siedział na krześle, a przed nim stało 3 uczniów. W ręce trzymał jakąś książkę czy zeszyt – pytał pewnie – a w drugiej kij. Jak dziecko czegoś nie wiedziało, to „buch” tym kijem po głowie, a dziecko nawet się nie ruszyło. To było zaraz na początku jak przyjechałem, toteż ich nie znałem, a że jestem biały moje „wtrącanie się” nie byłoby dobrze przy-jęte. Nie znaliśmy się.

Teraz organizujemy spotkania z nauczycielami, rozmawiamy z nimi, staramy się wytłumaczyć, czym jest edukacja. Na część mamy pewien wpływ. Nie jest jednak łatwo wejść w to środowisko. Trzeba wiele dyplomacji, by pozwolili się przybliżyć, by słuchali – przecież mają władzę, a to w ich mentalności trzeba pokazać. No i na ważniejszych stanowiskach są ci, którzy kształcili się w Europie Wschodniej. Wśród nauczycieli jest już wielu ludzi młodych i kobiet.
Posłaliśmy do szkoły średniej 5 chłopaków. Prowadzimy pracę powołaniową i jeżeli ktoś chce iść tą drogą, pomagamy mu ukończyć trzyletnią szkołę średnią. Wynajęliśmy w studenckim miasteczku paliotę dla nich. Odwiedzamy ich co 2 tygodnie, żeby zobaczyć jak się uczą, co robią, dowieźć żywność czy drewno. To tak jakby takie mniejsze seminarium. W 13 klasie mają coś w rodzaju matury. Zajmuje się nimi współ-brat, który mieszka bliżej.

R. – Przy tak niskim procencie katolików czy w tych 50 wioskach są większe wspólnoty?
K. –
Wiosek jest jeszcze więcej, ale w tych 50 są katolicy. W niektórych są kościółki, najczęściej słomiane, a w innych ustawiają ławeczki z gałęzi pod drzewem i tam się modlimy.
W sobotę i niedzielę każdy z nas prowadzi liturgię Mszy św. i katechezy w innej wiosce, często w dwóch. W tygodniu prowadzimy formację katechetyczną. Mamy 1 samochód, toteż jedzie jeden z nas, zbiera katechetów z kilku wiosek, siadamy pod drzewem i studiujemy poszczególne tematy. Potem kolejne sektory. Jak wracamy do pierwszego zmieniamy temat i powtarzamy wędrówkę. Nie bylibyśmy w stanie katechizować ludzi w każdym tygodniu, toteż uczymy katechetów, liderów i ekipy liturgiczne, a oni z kolei prowadzą systematyczną pracę w wioskach.

Zajmujemy się też w miarę możliwości tą drugą misją i mamy Msze św. w kościele centralnym.
Prowadzę też ze wspólnotami rodzaj kursu biblijnego, refleksję o rzeczywistości w świetle Słowa Bożego. Spotykamy się w czwartki – jest całkiem spora grupa zainteresowanych. Uczymy się wzajemnie – bardzo ciekawe jest to co mówią. Wtedy widać jak bliskie są im elementy Starego Testamentu, jak umywanie rąk, patriarchowie, rodzina, poligamia (która istnieje do dzisiaj w wioskach) i wiele innych elementów. Potem przechodzimy do Nowego Testamentu, żeby Ewangelia oświeciła to wszystko i dała nowe perspektywy. To już jest trudniejsze – tam Ewangelia jest Nową Nowiną. Ale w tej rzeczywistości jest wspaniałym światem, daje odpowiedź na wszystko. Razem szukamy tych odpowiedzi. Trzeba ich zainteresować, bo chętnie ograniczyliby się do rytu nie do nauki. Nie chcą wiedzieć dlaczego tak jest. Tak ma być, bo tak jest; tak samo jak w rytach tradycyjnych. Naszą religię przyjmowaliby tak samo, ale dbamy, by za tym szła nauka, zrozumienie, przełożenie na ich życie. Chodzi o to, by doprowadzić ich do świadomego uczestnictwa w sakramentach i życia według Ewangelii. Do najprostszego tematu trzeba się przygotować, żeby ludzie słuchali.

R. – Jak przebiegają te spotkania?
K. –
To jest raczej dialog. Trzeba przygotować kilka pytań, żeby pobudzić uczestników, bo zachowują się
tak, jakby chcieli powiedzieć to, co wg nich chcemy usłyszeć, żebyśmy byli zadowoleni, ale i tak zrobią po swojemu. To może być pozostałość z czasów kolonialnych. Toteż trzeba stopniowo i cierpliwie drążyć, prowokować pytania, wtedy powiedzą coś więcej.

A bywają różne sytuacje, np. w pewnej wiosce, gdzie jest sporo katolików mieszka niewidomy chłopiec, Fernando. Przemiły, inteligentny. Bardzo uważnie słucha, zapamiętuje, także Liturgię Słowa, katechezy, Mszę św. Moi koledzy zainteresowali się dlaczego nie widzi. 100 km dalej został niedawno otwarty ośrodek, gdzie jest okulista i urządzenia do badań wzroku. Zaproponowaliśmy, że możemy tam zabrać chłopca. Zapytaliśmy rodzinę i dziadek nie pozwolił, bo to jest cierpienie, którym chłopiec został naznaczony przez przodków i ma to nosić. Ponieważ tam jest środowisko katolickie pracowaliśmy nad tym – matka i ktoś z rodziny są katolikami, ojciec nie żyje, reszta wyznaje kulty tradycyjne. Dziadek był ochrzczony za czasów kolonialnych.

Zgodnie z tradycją podczas rytuału za zmarłych Mozambijczycy składają w ofierze kozła (znów odniesienie do Starego Testamentu). Tłumaczę im, że Pan Jezus jest Barankiem ofiarnym, Barankiem Bożym, który tą jedną jedyną ofiarą odkupił wszystko, toteż nie potrzeba ofiar z kozła, nie potrzeba, żeby ktoś był naznaczony przez przodków i ponosił za nich jakieś ofiary. To już jest zbędne – Jezus Chrystus jest tą jedną jedyną Ofiarą, która oczyszcza i daje odkupuje nas wszystkich, a Zmartwychwstając przynosi pokój. Pokój na zawsze. Dzieje się to przez udział we Mszy św. i życie Ewangelią. Do tego staram się powracać często na katechezie, w liturgii. I chyba zaprocentowało, bo ostatnio jeden z katechetów przekazał nam, że dziadek Fernanda zgodził się, byśmy pomogli chłopcu.

R. – Wpływ wierzeń tradycyjnych na chrześcijan jest zagadnieniem bardzo interesującym. My ciągle wierzymy w różne przesądy, np. związane z czarnym kotem, a tamtejszy kościół jest przecież o wiele młodszy. Jakie jest zdanie Księdza na ten temat?
K. –
Mentalność Afrykańczyka jest zabobonna i przez to wiara tradycyjna, wzmacniana jeszcze przez czarowników, ma dużą siłę. Opiera się na lęku. Lęk jest więzieniem dla umysłu, dla ich ducha, zbudowanym i utrzymywanym przez czarowników.
Afrykańskie powiedzenie mówi, że aby nawrócić mężczyznę lub kobietę trzeba nawrócić całą wioskę, bo gdy nawróci się tylko jedną osobę, to staje się osamotniona w swojej wierze. Musi mieć wiarę mocną i pogłębioną, żeby móc się utrzymać w ufności Jezusa Chrystusa i żeby nie zwyciężył lęk, że przodkowie mogą się obrazić, że kara dotknie rodzinę. Zresztą rodzina, klan też wywiera nacisk, a nikt z nich nie wyjdzie poza rodzinę, bo wtedy, bez przodków, w ich mniemaniu jest nikim. Taka osoba może wytrwać w wierze tylko mając bardzo głęboką duchowość, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy ktoś stale nad tym czuwa. Na razie, w takim wymiarze jak jesteśmy w stanie działać, można mówić o obcowaniu wiary tradycyjnej z katolicką, o przenikaniu elementów chrześcijańskich do zachowań klanu, ale i odwrotnie. Wzajemne przenikanie otwiera umysł, zmienia postawy.

Podchodzę do uczuć Mozambijczyków z dużym respektem, ale też umieszczam w nowym kontekście. Mówię im, że wiara w przodków to jest to samo, co nasze świętych obcowanie. Też mamy bliskość duchową ze zmarłymi. To zdają się dobrze rozumieć. Zawsze podkreślam, że Pan Jezus Zmartwychwstały przyniósł pokój, że nastąpiło pojednanie. I teraz musimy żyć w pokoju.
Staram się mówić krótko i prosto, powtarzając te same słowa, żeby im to zapadło w pamięć i w serca. Przez studiowanie Pisma Świętego, katechezę, poprzez formację liturgiczną można wiele wytłumaczyć. Wiele tradycji mogą zachować, tylko trzeba je ewangelizować.

Właśnie konfrontacja, szukanie i budowanie Królestwa Bożego jest bardzo ciekawa.
W Mozambiku jest bardzo dużo języków. Nasza diecezja jest dość duża i na jej terenie ludzie posługują się kilkoma językami, toteż kiedy biskup, który jest Mozambijczykiem, jedzie do jakiegoś regionu, nie może się porozumieć inaczej niż po portugalsku. Znajduje się więc właściwie w takiej samej sytuacji jak my. Nawet rezydujące niedaleko nas siostry Mozambijki borykają się z tym problemem – dwie z nich pochodzą z innego regionu i żeby się dogadać, muszą uczyć się języka miejscowego. Te różnice językowe wykorzystują sprytnie czarownicy. Przychodzi czarownik z innego regionu, pogada coś w swoim języku, drugi to tłumaczy, a tworzą przy tym cały teatr. A jak ja chcę z nimi pogadać, to stosują przeróżne uniki: a to słabo mówią po portugalsku, a to tylko w obcym języku i nie może-my się dogadać. Widać, że nie chcą. Nie są agresywni wobec nas.

Ludzie chodzą do nich ze sprawami konfliktowymi i kłopotami zdrowotnymi. Chodzą też do uzdrowicieli, którzy leczą ziołami czy korzeniami, „pomagając” czarami i zaklęciami. Ale też służba zdrowia słabo tu funkcjonuje. Pielęgniarki czy pielęgniarz opatrzą jakieś skaleczenie czy coś prostego, a jak sprawa jest poważniejsza odsyłają, żeby rozwiązać w domu, tzn. problem dotyczy przodków lub sąsiadów i idź do czarownika, bo my ci nie pomożemy. To jest szpital, a zamiast leczyć – odsyłają! Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że nie mają leków, nie mają warunków do leczenia.

Próbują pomagać siostry zakonne, ale oni i tak później idą do czarownika.
Niedawno zauważyłem, że jeden z naszych podopiecznych w szkole średniej jest przewiązany sznurkiem. Kiedy był w swojej wiosce, chorował i ktoś go sznurkiem przewiązał, z jakimiś gestami, słowami i zaleceniem, że dopóki jest zawiązany nie będzie choro-wał, ale jak sznurek zdejmie – zachoruje. Ma być przewiązany dopóki sznurek sam nie spadnie. Mówi, że kiedyś odwiązał, ale zaraz zachorował i znowu zawiązał. Niby przechodzi formację, niby jest z nami, a w sposób zabobonny przy zdrowiu się utrzymuje! Kolega, który nimi się zajmuje, mówił mu, żeby zdjął sznurek, ale nie posłuchał. Tu trzeba jeden ryt wyprzeć drugim – może jakąś nowennę, np. do Ducha Świętego, potem spowiedź i Komunia św., żeby to był akt ufności. Chrystus jest życiem, pokojem, jest zdrowiem. To przecież nasza duchowość chrześcijańska. Dobra Nowina o życiu.

R. –Z tego co Ksiądz mówił, wynika, że najważniejsze jest być wśród tych ludzi, nawiązać z nimi osobisty kontakt.
K. –
Tak. A to wymaga wiele wysiłku. Wokół nas mieszka młodzież, toteż staramy się ją formować przez rozmowy, katechezę, spotkania, ale i grać z nimi w piłkę. Ciężko z nimi rozmawiać. Są żywi, inteligentni, ale trzeba ich ciągnąc za język. No i najchętniej rozmawialiby w swoim języku. Portugalskiego uczą się w szkołach, ale jeszcze nie znają go dobrze.
Dzieci też – w kościele są takie cichutkie, jak w szkole. Zresztą, jeśli któreś się poruszy, to zaraz dorośli idą i szarpią je. To ich wychowanie – dziecko ma być posłuszne. To jest zabijanie naturalnej żywiołowości dzieci. A one są bardzo fajne, takie żywe. Młodzież też.
Mozambijczycy często chorują na malarię. Są takie odmiany, które osłabiają zdrowie, umysł. Tak, że po kilkunastu malariach widać, że są osłabieni, umysłowo również. Nie mają takiej żywotności, błyskotliwości. Duże żniwo zbiera także AIDS – 17 %. Wielu mężczyzn pracuje w RPA – są górnikami, gdyż tam jest wiele kopalń rzadkich minerałów. Przypuszczalnie tam się zarażają, a potem zarażają swoje rodziny. Umieralność jest bardzo duża.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum