Prowadzi nas tylko Opatrzność Boża

W pierwszym półroczu tego roku wyjechało do pracy misyjnej 5 księży pallotynów: ks. Czesław Kolasa, ks. Sławomir Stanclewicz i Ryszard Andrzejczyk do Wenezueli, ks. Adam Suszko do Meksyku i ks. Jacek Wójcik do Brazylii. Przed wyjazdem zapytałyśmy ich kiedy i dlaczego wybrali misjonarską drogę.

Ks. Czesław Kolasa
– Od święceń moich i ks. Sławka (do chwili tej rozmowy) minęło pół roku. Nasze doświadczenia duszpasterskie ograniczyły się właściwie do zastępstw w parafiach, bo już od sierpnia mieliśmy kurs języka hiszpańskiego. Trochę się nauczyliśmy i na początek to musi wystarczyć.
Może to będzie trochę chwalenia się, ale mam trochę rodzinnego dziedzictwa misyjnego – brat mojej mamy, ksiądz diecezjalny z diecezji lubelskiej ponad 10 lat jest już na misjach. Wyjechał po 10 latach pracy w Polsce. Był proboszczem lubianym i szanowanym. Jego parafia bardzo dobrze funkcjonowała, miał samochód, umeblowane mieszkanie, a tu nagle rezygnuje ze wszystkiego i jedzie na misje. Pytałem sam siebie: Właściwie po co on tam jedzie? Nie wiedziałem wtedy, że o misjach...

... myślał od początku, ale sytuacja polityczna uniemożliwiała wyjazd. Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z nim o misjach, dopiero kiedy wyjeżdżał. Zrozumiałem wtedy, że nie jest ważne, że ktoś ma wiele dóbr, ale istotne jest to, że potrafi z tego zrezygnować, podjąć się czegoś innego, w pierwszej chwili dla nas niezrozumiałego. Listy i zdjęcia wuja-misjonarza, jego opowieści podczas urlopu pomogły mi zrozumieć, że tamci ludzie czekają całe lata, żeby spotkać księdza, usłyszeć o Panu Bogu, a tu w Polsce jest dosyć księży. Zacząłem się wtedy na serio interesować misjami – pisałem trochę do werbistów, trochę do kombonianów, ale że w mojej rodzinnej miejscowości jest kilku pallotynów, to ostatecznie trafiłem do nich.

Powiem szczerze, że nigdy nie myślałem o Ameryce Południowej. Od początku interesowała mnie Oceania, a konkretnie Papua. Gdyby nie podział prowincji na dwie – pewnie teraz przygotowywałbym się do wyjazdu do Papui.

Jadąc na misje trzeba być bardzo otwartym, dyspozycyjnym, bo nie wiadomo co tam czeka, jacy są tamtejsi ludzie. Słyszy się dużo, przygotowuje teoretycznie, ale w praktyce trzeba często rezygnować ze swoich planów lub je mocno weryfikować na rzecz szarej, konkretnej pracy. Trzeba być do dyspozycji tamtych ludzi i tamtejszych przełożonych.

Ks. Sławomir Stancelewicz - Moja droga misyjna nie jest tak barwna. Kiedy szedłem do seminarium napisałem w podaniu, że chcę służyć Bogu i Ojczyźnie. Chciałem pozostać w Polsce. Teraz myślę, że bardziej tu chodziło o ojczyznę niebieską, choć Polskę bardzo kocham.
Pierwsze zwiastuny mojego powołania misyjnego poawiły się w nowicjacie, w momencie spotkania misjonarzy z Brazylii, a szczególnie ks. Jana Sopickiego.

W pierwszych latach seminarium byłem bardzo rozczytany w „Dzienniczku duszy” małej Tereski i zachwycała mnie jej postawa – kobiety, która w bardzo młodym wieku została zakonnicą klauzurową i całe swoje życie poświęciła misjonarzom, wspierając ich przede wszystkim modlitwą. Byłem zachwycony jej duchem. I to chyba właśnie św. Tereska pomogła mi w podjęciu ostatecznej decyzji wyjazdu na misje. 1 października 1997 r., w Jej święto, kiedy papież Jan Paweł II ogłaszał Ją Doktorem Kościoła, stałem na Mszy św., wewnętrznie rozdarty, gdyż nie wiedziałem co powinienem dalej robić po święceniach diakonatu. Myślałem: Panie Boże, jak mi dasz odpowiedź, nie będę się wahał. Odpowiedź przyszła przed Komunią: No przecież jesteś zachwycony ideą misji, moją ideą. Nie zastanawiaj się i podejmij tę decyzję. Jesteś chyba przygotowany do tego. I poszedłem za tym głosem.

Ks. Czesław – Decyzja ta wyraźnie nosi ślady Bożej interwencji – nigdy ze Sławkiem nie rozmawialiśmy na temat misji, choć przez rok mieszkaliśmy razem. Obaj, zresztą nie tylko my, słuchaliśmy w nowicjacie z wielkim zafascynowaniem misjonarzy, zadawaliśmy pytania, ale nic nie wskazywało, że mamy jakieś wspólne dążenia. Na 6 roku dowiedzieliśmy się, że nasz kolega, Ryszard Andrzejczyk, starszy święceniami, choć młodszy wiekiem, pracujący jako wikariusz w Ołtarzewie, zgłosił chęć wyjazdu na misje. Spotkaliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać o misjach. Rysiek miał kontakt z księżmi, którzy w 1997 r. wyjechali do Wenezueli i wtedy zdecydowaliśmy się na wyjazd do Wenezueli. Napisaliśmy podania i szybko zawieźliśmy do Prowincjała, ks. Parzyszka. Stwierdził, że mamy szansę szybko wyjechać.

Ks. Sławomir – Ale nie sądziliśmy, że aż tak szybko.

Ks. Czesław – Myślałem, że przynajmniej z rok popracuję na parafii, że z rok potrwa nauka języka, a tu na wiosnę, jeszcze przed święceniami kapłańskimi prowincjał powiedział nam: Jedziecie do Wenezueli. W pierwszej chwili chcieliśmy uciekać. Od sierpnia zaczęliśmy naukę w Centrum Formacji Misyjnej. Nie wyjechaliśmy na kurs języka zagranicę, co budziło nasz niepokój. Wtedy ks. Halemba (dyrektor CFM) sprowadził lektorkę, Hiszpankę, która przez dwa miesiące uczyła nas konwersacji. To nam pomogło uwierzyć w siebie. Pani Margarita była przez dwa lata na misjach w Dominikanie, więc mogła nam też wiele powiedzieć o pracy misyjnej w tamtych stronach. Udało nam się przełamać własny strach i zaczęliśmy mówić.

W Wenezueli przez rok będziemy osobno, w różnych parafiach, żeby poznać tamtejsze środowisko, zwyczaje i opanować język.

Redakcja
– Co Księża wiedzą o Wenezueli?

Ks. Czesław – Kiedy usłyszałem o Wenezueli, to przypomniałem sobie, że na przestrzeni kilku ostatnich lat ze dwa razy Miss Świata pochodziła z Wenezueli i że jest tam ropa naftowa. O Kościele tamtejszym nie wiedziałem nic.
Potem dowiedzieliśmy się, że tam, tzn. na wschodzie kraju bardzo brakuje księży, co wynika przede wszystkim z przedkładania wartości rodzinnych ponad wszystko. Bardzo niewiele jest powołań. W diecezji, w której mamy pracować większość księży jest w wieku emerytalnym.

Redakcja – Czy dużo jest katolików w Wenezueli?

Ks. Sławomir – W Wenezueli jest 95% katolików, to znaczy ochrzczonych.

Ks. Czesław – Mieszkańców jest ponad 20 mln. W miastach mieszka 90%. Leżą one głównie na wybrzeżu, zajmują 20% powierzchni kraju. Reszta to stepy albo puszcza amazońska. Z jednej strony wspaniała przyroda, a z drugiej miasta na wzór amerykańskich – dzielnice gdzie znajdują się instytucje, w których mieszkają ludzie bogaci i ogromne dzielnice biedy, slumsy. Właśnie w takich dzielnicach na przedmieściach Caracas nasi współbracia podjęli pracę. Tam bardzo potrzebna jest pomoc księży. Trzeba też zająć się problemami socjalnymi, sierotami, dziećmi niechcianymi. Zagrażają im tzw. szwadrony śmierci, które zabijają dzieci ulicy.

Ks. Sławomir – Problemem jest też przemyt, duża migracja ludzi. Słyszeliśmy, że nasza parafia będzie miała ok. 100 tys. ludzi, którzy przychodzą i odchodzą. Wiąże się to z pracą – tu są huty. Dominują dwa zawody: metalurg i prostytutka. Myślę, że będzie trudno trafić do nich.

Redakcja – Czy mogliby księża coś powiedzieć o swoim spotkaniu z Ojcem Świętym?

Ks. Sławomir – Spotkanie to było dla mnie wielkim przeżyciem. Pierwszy raz byłem w Rzymie i pierwszy raz spotkałem się osobiście z Ojcem Świętym. Wspaniały był klimat prywatnej audiencji. Protokół dyplomatyczny mówi, że Papież siedzi, a uczestnicy audiencji podchodzą z tyłu do wspólnego zdjęcia. Wszystko odbywa się ruchem zegara. My, licząc, że misjonarzowi nikt nie zwróci uwagi, podeszliśmy z przodu. Na początku Ojciec Święty powiedział: „To wy jesteście Ojcowie Biali?”. Kiedy sprostowałem, że pallotyni – zaraz skojarzył z Rwandą i osobą ks. Hosera. Zapytał, gdzie jedziemy. Szybko powiedziałem, że do Wenezueli, choć Czesio z wrażenia próbował mi wmówić, że do Rwandy. Papież zapytał czy się nie boimy. Bez zastanowienia odpowiedziałem: Ojcze Święty! Czego się bać?. Zaczął się śmiać – pewnie pomyślał: Młody i głupi. Jak patrzy się na Ojca Świętego, widać, że jest człowiekiem bardzo schorowanym, ale wielkiego ducha. Każdemu, kto do niego podchodził, Ojciec Święty bardzo uważnie przyglądał się.

Redakcja - A jaka była księdza droga na misje?

Ks. Ryszard Andrzejczyk - Myśl o wyjeździe i pracy w kraju o zupełnie innej kulturze, daleko od rodzinnego domu, towarzyszyła mi już w szkole średniej. To moja pierwsza miłość – trwa już 10 lat. Misjami zainteresowałem się dzięki werbistom, szczególnie dzięki jednemu z nich, który pochodził z moich stron, a pracował w Afryce, w Botswanie. Świat, o którym opowiadał przyciągał mnie nieodparcie. Pamiętam doskonale jego pożegnanie z parafią. Kiedy zaczynałem szkołę średnią, przyszła wiadomość, że ten misjonarz jest bardzo chory. Wiadomość o jego śmierci zaskoczyła wszystkich. Poczułem wtedy, że muszę go zastąpić. Zacząłem chodzić na spotkania do werbistów, spotykałem jego znajomych, odwiedziłem jego grób w Pieniężnie. Pod koniec szkoły średniej przeczytałem w czasopiśmie Księży Werbistów „Misjonarz” artykuł „Bilet w jedną stronę”. Była w nim przytoczona rozmowa tego właśnie misjonarza z jego przełożonym, w której powiedział, że ma przeczucie, że już nigdy nie wróci do kraju rodzinnego. I rzeczywiście - dostał już tylko bilet do nieba. To było zarzewie mojego powołania – przyjaźń z misjonarzem z mojej parafii. Wszystko inne doszło później.

Przez wszystkie lata seminarium towarzyszyła mi myśl o powołaniu misyjnym, ale długo nie mogłem się zdecydować. Nawet tuż przed święceniami, kiedy należało podjąć decyzję, nie wiedziałem co robić. Otrzymałem propozycję pracy w Wiedniu, we wspólnocie, którą znałem już z wyjazdów wakacyjnych. Podobała mi się kultura tego kraju, interesowały mnie potrzeby tego Kościoła, od strony nowej ewangelizacji. Kiedy jednak jechałem z kolegą do Otwocka, na praktykę diakońską, zaczęliśmy rozmawiać o słowach, które zadecydowały o naszym powołaniu. Wtedy zrozumiałem, że zawsze najistotniejsze w moim powołaniu były słowa: Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, aby wyprawił robotników na swoje żniwo. Po wieczornej rozmowie stwierdziłem, że chcę wyjechać na misje.

Po kilku dniach zadzwoniłem do Ks. Prowincjała i powiedziałem, że chciałem się z nim spotkać w najbliższych dniach, bo coś się dzieje z moim powołaniem, czym go chyba trochę przestraszyłem. Spotkaliśmy się dwa dni później. Powiedziałem, że dlatego tak długo zwlekałem z ostateczną odpowiedzią, co chcę robić, ponieważ straciłem swoje powołanie. Prowincjał zbladł, zapytał, jak to się stało. Odpowiedziałem, że po prostu chciałem jechać na misje. Ksiądz odetchnął z wyraźną ulgą i stwierdził, że od razu należało tak mówić.

Przeżyłem wielkie rozczarowanie, gdy dowiedziałem się, że muszę przez jakiś czas popracować w parafii w Polsce. Myślałem, że to przez brak wiary muszę pozostać w Polsce. Jesienią dowiedziałem się, że na 6 roku są klerycy, którzy myślą o wyjeździe. Doszło w końcu do spotkania. Każdy z nas coś myślał, ale nikt nie wiedział nic konkretnego. Przez chwilę chciałem ich nawet egoistycznie namawiać, modliłem się w ich intencji, żeby się zgodzili. W końcu zdecydowaliśmy się – jedziemy! I wkrótce rozpoczęliśmy przygotowanie w CFM.

Ciekawe jest to, że ludzie z mojej rodzinnej miejscowości widzieli we mnie misjonarza – od kiedy poszedłem do seminarium dopytywali się kiedy jadę. Pewnie gdybym tego nie zrobił, myśleliby, że stchórzyłem.

Ks. Jacek Wójcik – Święcenia kapłańskie otrzymałem 4 maja 1996 r., a następnie pracowałem w parafii w Sosnowcu. Poszedłem do seminarium Księży Pallotynów z myślą o wyjeździe na misje. W moim mieście rodzinnym, Pelplinie, jest też seminarium duchowne, ale pallotynów wybrałem ze względu na misje.

Bardzo chciałem pracować na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Wychowałem się w cieniu katedry w Pelplinie i chciałem pracować w dużym kościele, a takim jest bazylika w Yamoussoukro. Niestety, nastąpił podział Prowincji Polskiej na dwie i misja ta przypadła Prowincji Zachodniej. Zdecydowałem się więc na wyjazd do Brazylii, gdyż kraj ten interesował mnie już w szkole podstawowej. Interesowałem się też piłką nożną, która tak bardzo popularna jest w tym kraju.

Znałem kilku misjonarzy pracujących w Brazylii. Szczególnie podziwiałem ks. Józefa Maślankę, którego poznałem podczas jego pobytu w Polsce. Jego młodsi współbracia też opowiadali o nim jako wzorze misjonarza i wspaniałym człowieku.
A moje zainteresowanie misjami zaczęło się w dzieciństwie, choć wtedy jeszcze sobie tego nie uświadamiałem. Kiedy byłem trzecioklasistą, ministrantem pojechałem na wycieczkę na Mazury, zorganizowaną przez ks. Lewandowskiego z parafii katedralnej. Odwiedziliśmy wtedy księży werbistów w Pieniężnie, które jest swoistym centrum misyjnym.

Redakcja – Jak Ksiądz wyobraża sobie pracę w Brazylii?

Ks. Jacek – Trochę wiem o tym kraju. Teraz jest mi znacznie łatwiej, bo już się przygotowuję. Mam to szczęście, że w domu, w którym teraz mieszkam w Warszawie, przebywa ks. Tadeusz Korbecki, pionier misji pallotyńskich w Brazylii. Mogę tylko Bogu dziękować za to, że każdego dnia mogę się czegoś dowiedzieć o kraju mojej przyszłej pracy. Uzyskuję odpowiedzi na interesujące mnie pytania. Jest też wspaniałe ukierunkowanie w przyszłej pracy duszpasterskiej. Dużo pomaga też lektorka, która przez 4 lata pracowała w Brazylii.

Ks. Adam Suszko – Już dawno, bo w seminarium myślałem o wyjeździe na misje. Nie umiem wskazać konkretnych przyczyn. Tak jak nie umiem powiedzieć dlaczego zostałem księdzem. Na pewno nie naśladowałem brata księdza – kiedy dowiedział się, że chcę zostać księdzem – osłabił kontakt ze mną, żeby nie wpływać na moją decyzję. To było dla mnie bardzo dobre – dawało pewność samodzielnej decyzji, właściwej odpowiedzi Panu Bogu.

Moje zainteresowanie misjami rozwinęło się w seminarium, pod wpływem kontaktów z księżmi opowiadającymi o swojej pracy misyjnej. Myśl o wyjeździe na misje zrodziła się kiedy byłem na 4 roku. Było nas kilku – tamci współbracia z kursu wyjechali do Wenezueli. Ja zostałem przy Meksyku.

Może tam jest potrzebna bardziej konkretna praca, bo to teoretycznie kraj katolicki. Ale przecież to praca dla Pana Boga! To Pan Bóg nieustannie działa na człowieka, wspomagając go w decyzjach.

Rozmawiały: Jolanta Fidura, Anna Mieleszko
Zdjęcia archiwum