Primero Dios
Od roku, w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Tenanago del Aire przybywają pielgrzymi z naszej pallotyńskiej parafii w Valle de Chalco.
W pierwszą niedzielę lutego br. grupa 30 pielgrzymów wyruszyła od Naszej Pani Ucieczki Grzeszników do Jej Syna bogatego w Miłosierdzie. Tym razem w duchu dziękczynienia za pierwszy rok wspólnego pielgrzymowania, z prośbą o siły i wytrwałość w dalszym dziele przyciągania ludzi do źródeł nieskończonego Miłosierdzia.


W tym jubileuszowym pielgrzymowaniu wziąłem udział także ja. Był to mój drugi raz, odkąd jestem ponownie w Valle de Chalco. Trochę się bałem o moje kolano, ale ono nie zawiodło, zatem i ja.

Trasa wiedzie linią kolejową uczęszczaną bardzo rzadko przez składy towarowe. Biegnie ten szlak ze dwieście metrów od naszego kościoła i prowadzi do samego Tenango. Jest to trasa z dwóch powodów najlepsza: unikamy spotkania z ulicą i panującym na niej meksykańskim „porządkiem” w ruchu drogowym, po drugie torami jest bezpieczniej i mamy naprawdę ładne widoki. Jedynie kamienie i podkłady kolejowe troszkę pogarszają komfort. No, ale kto nam obiecał, że będzie łatwo?

Tak sobie myślę, że pielgrzymka jest jak życie, czasami naprawdę idzie się fajnie, ale większość drogi to wysiłek, wyrzeczenie i podejmowanie decyzji. Nie zawsze są one trafne i czasami znów musimy wrócić na pierwotny szlak. Nie jest on łatwy, ale doprowadzi nas do celu przy odrobinie determinacji i wysiłku.

Do przejścia...
... mieliśmy, zgodnie z GPS, 18 600 m.

Relacja z trasy.
Ok. 6.15 rano – rozpoczęliśmy ten dzień od wspólnej modlitwy, zawierzenia się Nuestra Senora del Refugio i wyruszyliśmy do Jej Syna. Po drodze przyłączyło się do nas jeszcze kilkanaście osób. Łącznie zebrało się nas trzydzieścioro. Najmłodszy uczestnik liczył trzy latka, a jego siostra siedem. Kiedy wyruszaliśmy, towarzyszyły nam jeszcze ciemności nocy, które wkrótce miały poddać się potędze dnia.

Po przekroczeniu dwupasmowej drogi wkroczyliśmy w rejon pięknego krajobrazu.
Po obu stronach otaczały nas pozostałości po mitycznym jeziorze, na którym kiedyś pływały indiańskie miasta-wyspy. Niewiele go już zostało, ale w połączeniu z widokiem na wulkany efekt był cudowny.

Kiedy zegar wskazał godzinę 7.30, byliśmy zaledwie o ponad 5 km od naszych domów. Tempo było odpowiednie dla każdego z uwagi na różnicę wieku. Byli wśród nas też pielgrzymi liczący niemal 70. rok życia i, jak wcześniej pisałem, dzieci, w sumie kilkoro.

Przed nami zaczynał się kolejny etap wędrówki. Camino del sol „Droga słońca”, a właściwie należałoby powiedzieć „w słońcu”.
O tej porze roku po chłodnych nocach wychodzi słońce, które wręcz wylewa swój żar na ziemię. Wszelka zieleń ulega wysuszeniu dosłownie na pył.

Z upływem czasu, po każdym kolejnym kilometrze, najmłodszym uczestnikom szło się coraz trudniej. Ale od czego są silne ramiona ojca małego Gerardo, pieszczotliwie nazywanego Lalito, albo chętna i wzajemna pomoc współtowarzyszy.

Ja też chętnie się zaangażowałem. Łącznie przez jakieś 6 km niosłem Ana Caren, co kosztowało mnie nieco wysiłku. W pewnym momencie pomyślałem o słowach Jezusa na temat pomocy w dźwiganiu krzyża. Zrozumiałem wtedy, niosąc na ramionach coś nieco ponad 20 kg, że tak naprawdę trzeba mi jeszcze większego i bardziej odpowiedzialnego zaangażowania się w krzyż mój i innych ludzi, bo tak uczynił Chrystus i taki wzór nam pozostawił. Zrozumiałem, że te 20 kg to radość z pomagania konkretnej osobie w jej trudzie. Niosąc tę dziewczynkę, wiele myślałem o krzyżu Chrystusa w życiu moim i innych. Czasami „niby nic” może stać się ciekawą inspiracją do przemyśleń.

Nasz pierwszy i najdłuższy odpoczynek był na 11 kilometrze. Czas na posiłek i wytchnienie, oczywiście na torach. Wszystko smakowało przewspaniale. Miłym gestem było, że wszyscy się dzielili tym, co zabrali do jedzenia. Ja skupiłem się na otrzymanym jabłku, no i nawodnieniu się.

Kiedy słońce zbliżało się do zenitu, było ok. 11.00, zostało nam jeszcze 500 metrów do celu. Ana Caren pokazuje to na GPS-ie. Po jej twarzyczce widać, że jest zmęczona.

Prawie u celu. Zostało ok. 20 min. drogi do sanktuarium, jest już prawie 11.40. Cień na wagę złota, co chyba dobrze widać. Tylko niespełna kilometr dzieli nas od celu. Tradycją stało się, że każdy nowicjusz zabiera na tym odpoczynku kamień powulkaniczny i kładzie go przy krzyżu na starej, zniszczonej hacjendzie na wejściu do Tenango.
A potem tylko śpiew, Koronka do Bożego Miłosierdzia i finał – Msza Święta.

U Jezusa Miłosiernego. Fantastyczne uczucie. Figurki Dzieciątka Jezus w tym dniu Presentasion del Nino Jesus (Objawienia Pańskiego) to wielka tradycja Meksykan. Każdy taką posiada i 2 lutego każdego roku przynosi ją do świątyni z prośbą o błogosławieństwo.

Tak to wyglądało. Nasza jubileuszowa pielgrzymka do Tenango del Aire.
Może skromny tekst i zdjęcia, ale jestem dumny, że to się przyjęło. Był to pomysł mój i ks. Bartka, kiedy byłem tu, po przejęciu parafii w Valle de Chalco, po raz pierwszy. Bartek dał temu początek i niech tak dalej będzie.

Primero Dios. Na pierwszym miejscu Bóg. Niech tej pięknej inicjatywie Bóg błogosławi, a Dziewica Maryja Ucieczka Grzeszników niech nas wiedzie do Jej Syna.

Pozdrawiamy z ks. Jarkiem, który jest obecnie proboszczem w Valle de Chalco. I zapraszamy do wspólnego pielgrzymowania nawet na dystans – duchowo.

Br. Michał Szczygioł SAC
Zdjęcia Autora