Rozmowa z ks. Kazimierzem Czulakiem SAC, misjonarzem w Meksyku
R. – Księdza droga w służbie Bogu i ludziom jest bardzo bogata: praca w kraju, wykładowca w seminarium duchownym w Kamerunie, praca na stanowisku prowincjała... I teraz misjonarz w Meksyku. Dlaczego wyjazd na misje? Dlaczego do Meksyku?

K. – W tym pytaniu pojawiły się słowa: misjonarz, misje. Muszę przyznać szczerze, że taka opcja życiowa nie pojawiała się „oficjalnie” w mym myśleniu, planowaniu, czy też w mych rozmowach z przełożonymi, współbraćmi, krewnymi i znajomymi.

„Prowokacje misyjne” przychodziły bardziej z zewnątrz i to w sposób zgoła nieoczekiwany. Przypominam sobie czasy studiów w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim; były to czasy, kiedy siostry obliczanki posługiwały w naszej lubelskiej pallotyńskiej wspólnocie. Nie pamiętam dokładnie roku, ale miało to miejsce w dniu mych imienin; siostra Witalisa (myślę, że nie przeinaczam jej imienia) wyśpiewała w czasie obiadu przygotowaną przez siebie „balladę”, w której wyruszałem do krajów misyjnych.

Mój trzyletni pobyt w Kamerunie związany był z konkretną potrzebą. Zaawansowana już była...  ... wtedy sprawa współpracy pallotynów z Regii Rwandyjsko-Zairskiej i ówczesnej Delegatury w Kamerunie. Wchodziła w grę sprawa studiów teologicznych alumnów pallotyńskich w École Théologique świętego Cypriana w Ngoya (dzielnica stolicy Kamerunu). Kierownictwo tego, inaczej nazywając, Międzyzakonnego Wyższego Seminarium Duchownego otwarło bramy także i pallotynom. Gdy obecność pallotyńskich studentów w tym ośrodku była już faktem, zwrócono się do pallotynów również z prośbą o wykładowcę z naszego Stowarzyszenia. W tym kontekście, w czasie mego wakacyjnego zastępstwa w Niemczech, delegat z Kamerunu, już świętej pamięci ksiądz Josef Böckenhof, przyjechał do Korschenbroich (miejsce mego pobytu; lipiec 1994 roku) i zaproponował mi taki rodzaj współpracy (myślę, że maczał w tym palce mój kolega kursowy ks. Henryk Kazaniecki). Pierwszy Przełożony Prowincji Zwiastowania Pańskiego, ksiądz Lesław Gwarek, wyraził zgodę na mój trzyletni wyjazd do Kamerunu.

Noszę w sobie przeświadczenie i często powtarzam że ów pobyt w Afryce przyczynił się w jakiś sposób do mego zaistnienia w „pallotyńskim Rzymie” (czyli w Generalacie), skąd mogłem wyruszać w świat i poszerzać – w czasie wizytacji lub przy innych okazjach – moją wiedzę na temat pallotyńskich misji.

A Meksyk? Na pewno można powiedzieć, że dwukrotny – prowincjalski – pobyt w tym kraju stanowi jakiś przyczynek do późniejszej mej wyprawy do tego kraju. Mając na uwadze cząstkowe rozpoznanie terenu, powiedziałem nowemu przełożonemu prowincjalnemu, by w czasie swego pobytu w Meksyku (Święto Bożego Miłosierdzia w 2011 roku) zorientował się, czy mogę jeszcze, przynajmniej trochę, przydać się naszym współbraciom. Po powrocie księdza prowincjała do Polski, po naszej rozmowie, kupiłem książki do języka hiszpańskiego.

R. – Na ile wyjazdy w charakterze osoby wizytującej misje pallotyńskie pozwoliły Księdzu poznać Meksykańczyków? Jak te wcześniejsze wrażenia mają się do misyjnej codzienności?

K.
– Szumne wypowiadanie się na ten temat byłoby przesadą, a nawet nadużyciem. Wizytacje mają swój rytm; najczęściej chodzi przede wszystkim o spotkania ze współbraćmi. Były to jedynie kilkudniowe wyprawy. Owszem, mają miejsce również i inne spotkania, ale zawsze jest to jedynie cząstkowe rozpoznanie sytuacji. Obecnie mogę się przyjrzeć bardziej dogłębnie temu wszystkiemu.

R. – Jakie były pierwsze wrażenia? Jak Ksiądz radzi sobie z językiem, z lokalnymi obyczajami? Jak Ksiądz został przyjęty przez lokalną wspólnotę? Jak Ksiądz odnajduje się, realizuje duszpastersko w meksykańskich realiach?

K.
– Do Meksyku dotarłem w dniu 25 października 2011 roku. Po raz pierwszy znalazłem się w tym kraju o tej porze roku (jesień, pora sucha). Trzeba było przystosować się trochę do nowego klimatu; czasem jakby brakowało oddechu (Tenango del Aire, jak wiemy, jest położone na wysokości przekraczającej 2300 metrów; kilka kilometrów dalej znajdujemy się już mniej więcej na polskich Rysach).

Język do końca pozostanie wyzwaniem. Łatwiej coś przeczytać, przygotować tekst; trudniej ze zrozumieniem i mówieniem. „Jakaś tam” znajomość innych języków pomaga i równocześnie przeszkadza. Kiedy ostatnio był w Meksyku Ojciec święty Benedykt XVI, przeczytałem przy tej okazji, co w czasie swej pierwszej pielgrzymki mówił Meksykańczykom Jan Paweł II (w 1979 roku). Wynotowałem sobie fragment jego improwizowanego przemówienia do studentów (na placu przed bazyliką w Guadalupe), w którym prosi uczestników spotkania o wyrozumiałość, gdyż mylą mu się wyrażenia języka włoskiego i hiszpańskiego.

Na obecnym etapie mego rozwoju doświadczam na sobie wprost i namacalnie tego, co jest znaną sprawą – to już nie jest ta głowa. Kilka dekad lat wcześniej łatwiej przychodziłoby zapamiętywanie słówek i zwrotów.

Znalazłem się wśród dużo młodszych współbraci. Status „starca” był argumentem przemawiającym na rzecz wyjazdu; dochodziły do mnie wieści: przydałby się we wspólnocie ktoś starszy wiekiem. I potwierdzam tego rodzaju odczucie; taka świadomość urealnia i pomaga.

Myślę, że na miarę mych możliwości przydaję się też w pracy duszpasterskiej. Sprawuję Eucharystię (co tydzień, a czasem częściej, głosząc słowo Boże), powoli zaczynam spowiadać (prosząc, by penitenci nie mówili szybko). Bywają dni, kiedy kilkakrotnie idzie się ze Mszą Świętą do ołtarza. W pewien sposób nadrabiam dawne lata, kiedy – posługuję się czasem takim wyrażeniem – „uprawiałem teologię administracyjną”.

Po ostatnim naszym starcie w nowej parafii wyzwania duszpasterskie pomnożyły się.

R. – Co Ksiądz sądzi o Kościele meksykańskim, o formach pobożności Meksykańczyków? Czy Ksiądz ma pod swoją opieką jakiś szczególny zakres działalności? Proszę o opowiedzenie o swojej pracy.

K. -
Potwierdzam, po ośmiu miesiącach mego pobytu w Meksyku, że jest to naród pobożny. Meksykańczycy, między innymi oczywiście, lubią świętować. Największe uroczystości poprzedzane są i okraszone „nowennowym” przygotowaniem. Pierwsze moje doświadczenia w tej właśnie materii wiązały się z grudniowym świętowaniem Matki Bożej z Guadalupe, a najświeższe z obchodami Patrona naszej parafii, którym jest św. Jan Chrzciciel. Szykują się nowe, gdyż na terenie parafii mamy kaplice św. Michała i św. Mateusza, które też żyją swym rytmem świętowania.

Odkrywam jednocześnie, jak potrzebne jest duc in altum (wypłynięcie na głębię). Jest to oczywiste: rzuca się w oczy zewnętrzność świętowania (ileż muzyki i tańców, ileż wystrzałów sztucznych ogni, które słyszy się z bliska i z sąsiednich miejscowości!). Ta pobożność (wiemy, że nie jest to problem jedynie meksykański) potrzebuje pogłębienia. Powołuję się jeszcze raz na lekturę tekstów pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Meksyku. To ten Papież – myślę, że nie tylko w mym przekonaniu – przyczynił się do swoistego ocalania pobożności ludowej. Poświęcił też tej sprawie swoje przemówienie w meksykańskim sanktuarium maryjnym (Zapopan, 30 stycznia 1979). Ukazując doniosłość pobożności ludowej, Jan Paweł II wskazał równocześnie na potrzebę jej oczyszczania z elementów pogańskich.

Chce się powiedzieć: Meksyk potrzebuje nowej ewangelizacji; Tenango del Aire potrzebuje pogłębionej misji (potwierdzają to również nasi współbracia, którzy niedawno rozpoczęli pracę duszpasterską w nowej parafii w Valle de Chalco).

W czasie ostatniej celebracji święta Patrona naszej parafii (św. Jan Chrzciciel), gdzie był udzielany także sakrament bierzmowania, podpadł mi taki szczegół. Główny celebrans, znający dobrze rzeczywistość meksykańską, skonkretyzował bardzo praktycznie pytanie związane z odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych: „czy jesteście gotowi wyrzec się zabobonów, magii; czy jesteście gotowi nie dawać posłuchu innym sektom”?

R. – Czy Ksiądz ma pod swoją opieką jakiś szczególny zakres działalności?

K.
– Od samego początku pobytu w Tenango del Aire zostałem obdarzony, między innymi, zadaniem przygotowania i przeprowadzenia dni skupienia dla wspólnoty.

R. – Radości i smutki w pracy misjonarza – proszę o kilka słów na ten temat. Jeśli to możliwe w kontekście ogólnej sytuacji społeczno-polityczno-kulturowo-obyczajowej Meksyku.

K.
– Małymi kroczkami rozpoznaję teren. Znikoma jest moja wiedza na ten temat (nie przeżyłem jakiegoś specjalnego okresu przygotowawczego związanego z wyjazdem do Meksyku). Aktualnie przeżywamy szczyt kampanii wyborczej w tym kraju (wybory nowego prezydenta Meksyku, wybory do parlamentu, wybory lokalne). Panuje duże ożywienie. Biskupi meksykańscy też zabrali głos, przypominając kryteria, którymi winien kierować się chrześcijanin. Słyszę o kandydatach, którzy bardziej lub mniej są związani z Kościołem, o tych, którzy – posługując się znanym niemeksykańskim powiedzeniem – nie są skłonni do „przyklękania”, i również o takich, którzy są wrogo nastawieni (ten kraj też ma swoje tradycje).

Uogólniając, znany jest „status” mego pobytu w Meksyku; w czym mogę, pomagam. Na pewno zawsze można zrobić coś więcej i lepiej. Dzięki Bogu, dzięki ludziom, nie mogę narzekać.

Od czasu do czasu uczestniczę w spotkaniach księży dekanalnych i całej diecezji, która liczy sobie dopiero 9 lat. Zapamiętuję coraz więcej twarzy. Aktualnie diecezja Valle de Chalco, w której jesteśmy obecni, czeka na nowego biskupa.

Gdy chodzi o szersze plany działalności polskich pallotynów w Meksyku, chcę powiedzieć, że będzie to bardziej możliwe, gdy wystartujemy z pracą formacyjną. Często powołuję się na stwierdzenie obecnego jeszcze nuncjusza apostolskiego w Meksyku, którym jest ksiądz arcybiskup Christopher Pierre (Francuz). W czasie spotkania z nim (Święto Bożego Miłosierdzia w 2010 roku), usłyszałem (jeszcze jako przełożony prowincjalny) takie mniej więcej słowa: są pewne przeciwwskazania, ale warto się odważyć i zacząć.

R. – Dziękuję za rozmowę. Życzymy wielu łask w realizacji Bożego posłannictwa.

Rozmawiała Jolanta Fidura