MISJONARZ W GÓRACH MEKSYKU
Pierwszym polskim pallotynem na ziemi meksykańskiej był ks. Marek Rudecki SAC. Przybył do Meksyku 15 sierpnia 1997 r. Podjął pracę duszpasterską i misyjną w placówce pallotynów amerykańskich na północy kraju, w diecezji Hidalgo del Parral, w miejscowości Guadalupe y Calvo.

Parafia ta położona jest wśród gór, dolin i wąwozów. Zajmuje obszar 3000 km2 . Najbardziej znaną miejscowością jest tu Dolores, do którego przed 250 laty dotarli pierwsi misjonarze, jezuici, a przed 230 laty osiedlili się franciszkanie. Niezwykle wyboiste drogi utrudniają dotarcie do ok. 300 wiosek i kilku miasteczek, w których mieszka ok. 60000 osób. To właśnie wśród nich, po latach prześladowań i zaniedbań, na nowo rodzi się, przy współudziale misjonarzy, Kościół katolicki.

„Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie. Odkryłem dwa światy religijne. Pierwszy w Guadalupe y Calvo i wokół niego, gdzie od ponad 150 laty są obecni księża, więc nieustannie trwa praca duszpasterska, choć rezultaty są niewielkie. Tu aktywność protestantów i świadków Jehowy jest wielka. Kilka wiosek opanowali już całkowicie. I drugi świat – wokół Dolores, gdzie nie ma księży ani systematycznego duszpasterstwa. Wszyscy zostali tu ochrzczeni, najczęściej w Dolores, podczas...
... Wielkiego Tygodnia, kiedy przebywał tu kapłan z Monterrei” – pisał ks. Marek na początku swego pobytu. Większość ludzi nie pamięta odpowiedzi mszalnych, nie umie się spowiadać, nie przyjmowała sakramentów świętych. Są biedni i osamotnieni, często więc szukają pociechy wśród sekt.

„Mieszkańcy El Palamito ostatni raz uczestniczyli we Mszy św. przed siedmioma miesiącami. Przeżyłem tu niezwykłą Mszę św. – chociaż ludzie szczelnie wypełniali kaplicę, ale jakby ich nie było. Nie pamiętali odpowiedzi mszalnych. Nie umieją się spowiadać. Ostatnią spowiedź odbyli przed I Komunią lub bierzmowaniem. Przed trzema laty zbudowali małą kaplicę na najwyższym wzgórzu, a teraz budują wieżę pod nowy dzwon. Tak wyląda sytuacja religijna w najbliższej od Dolores miejscowości, gdzie do tej pory najczęściej przybywał kapłan z posługą.
A cóż dopiero powiedzieć o innych, do których nie dociera żadna cywilizacja!

Bardzo często religijność ludzi zaczyna się i kończy na sakramencie chrztu św. Proszą z wielką wiarą o ten sakrament, przemierzając długą drogę do kościoła parafialnego. Kiedy udzielałem chrztu, okazało się, że na 7 małżeństw tylko jedno żyło w sakramencie małżeństwa. Gdybym zastosował kryteria polskie co do rodziców chrzestnych, to obawiam się, że nie znalazłbym kandydatów dla wszystkich dzieci w całym miasteczku. Nie wszyscy też znali Ojcze nasz.

Zobaczyłem dwie szkoły w wioskach. Tego widoku nigdy nie zapomnę. To nie trzeci, ale czwarty świat. Aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach uczą się dzieci” – tak ks. Marek wspomina swoje pierwsze doświadczenia.

Systematyczna i zaangażowana praca przynosiła jednak dobre efekty: „Na początku «moi Meksykanie» nawet nie umieli odpowiadać w czasie Mszy św. Dawałem karteczki i powoli uczyłem. Stopniowo zaczynali rozumieć. Trzeba było znaleźć odpowiedzialnych ludzi do pomocy: katechistów, katechistki, którzy pokończyli jakieś szkoły. Porobiłem liderami osoby, które, jak mi się wydawało, rokowały jakieś nadzieje. Zrobiłem jakieś niewielkie przeszkolenie, dałem wskazówki, materiały informacyjne. Otrzymali podręczniki dla katechisty i dla ucznia i już oni organizowali dzieci. Kiedy przyjeżdżałem, sprawdzałem, czego się nauczyli. Jak słuchali tego dorośli, to i oni przy okazji się uczyli.

Zaczynałem od podstawowych pytań. Jak ktoś umiał Wierzę w Boga, to już był wyższy poziom. Pewnie, że nie wszyscy się nauczyli, bo nie każdy miał takie zdolności, ale starsza młodzież chwytała znakomicie i po pewnym czasie potrafili już odpowiadać na pytania «na myślenie religijne». Uczyłem ich, by nie tylko znali na pamięć, ale i myśleli po katolicku.

Ci ludzie nie mieli nigdy możliwości systematycznego kontaktu z księdzem, a oni lgną do tego. Myślę, że są zadowoleni z takich możliwości poznania Dobrej Nowiny.

Spotkania z wiernymi odbywałem w kaplicach, a tam, gdzie ich nie było – w szkołach lub w centrum wioski, na dziedzińcu przed jakimś domem. Uczestniczyło w nich od 10 do 350 osób – prawie wszystkie dzieci, dużo kobiet, trochę młodzieży żeńskiej i zaledwie kilku mężczyzn. Sprawowałem Mszę św. i sakramenty. Przy okazji odbywała się katecheza i spotkanie z liderami wioski.

Każdego dnia w innej miejscowości korzystałem z posiłków i noclegów. Po tygodniowej wyprawie wracałem do swego domu, by się wykąpać, zabrać świeżą bieliznę oraz zjeść coś innego niż groch i placki z kukurydzy. A po dwóch czy trzech dniach wyruszałem na nową wyprawę, ale już w innym kierunku.

W wielu miejscowościach dorośli spotykali księdza po raz pierwszy. W różny sposób wyrażali entuzjazm i wdzięczność. Mężczyźni z wioski Święty Hieronim zbudowali w ciągu miesiąca, od daty ustalenia spotkania, kaplicę, by w niej po raz pierwszy uczestniczyć we Mszy św. W takich wioskach zaczynałem budowę życia religijnego od fundamentów, od przygotowania animatorów i zorganizowania katechezy niedzielnej dla dzieci w pierwszej kolejności. Starsza młodzież nie ukończyła nawet podstawówki, dorośli zresztą też.
Dzieci nie znały nawet znaku krzyża. Po kilku miesiącach systematycznej katechezy dzieci opanowały katechizm i podczas następnych spotkań popisywały się wiedzą.

W wiosce, liczącej 20 domów, uczy się w szkole podstawowej od 30 do 60 dzieci.
Ludzie są bardzo biedni. Najczęściej utrzymują się z rolnictwa i handlu.

Problemem bywa mentalność tych ludzi, ich kultura. Trzeba dostosować się do nich, szanować ich tradycje i wciągać je w życie Kościoła, żeby to był ich Kościół. Jeśli jednak ma się dobrą wolę, słucha się ludzi i obcuje z nimi, dzieli ich dole i niedole, to szybko nawiązuje się wzajemna sympatia i zrozumienie. Ja jestem bogaty w całe doświadczenie Kościoła uniwersalnego, polskiego, a oni z kolei są bardzo gościnni, bardzo otwarci”.

Mimo wszystkich trudności ks. Marek podsumowywał czas pracy w górach Meksyku słowami:

„Był to okres najcudowniejszy, obfitujący w wielkie łaski Bożego Miłosierdzia, choć trudny ze względów klimatycznych i geograficznych. W porze letniej towarzyszy najpierw skwar słoneczny i tuman kurzu, a potem deszcz, praktycznie uniemożliwiający dotarcie do miejscowości z braku mostów i właściwych dróg. Miejscowości są położone na wysokości od 500 do 3000 m n.p.m.
Na dotarcie samochodem do wioski najbardziej oddalonej od kościoła parafialnego potrzebuję dwa, a nawet trzy dni. Dziesięć kilometrów pokonuję w ciągu godziny. Na jedną wyprawę nie wystarcza mi bak benzyny. Z benzyną nie ma problemu, ale w odległych częściach parafii trzeba zapłacić prawie dolara za litr.

Warto było jednak pokonywać te trudności, by spotkać ludzi spragnionych Boga i kontemplować cudowną przyrodę”.

Oprac. JMF
Zdjęcia: archiwum ks. Marka, ks. Lesław Gwarek SAC