| Kościół katolicki jest w lesie... |
|
czyli o Misterium Kościoła odnalezionym w amazońskiej dżungli „Kościół to nie tylko dom z kamieni i złota. Kościół żywy i prawdziwy to jest serc wspólnota.” – po raz kolejny tę prawdę mogłam odkryć będąc, gościem na misji w Novo Airao. Do księdza Jana Sopickiego przybyliśmy wraz z moim narzeczonym w niedzielę 24 sierpnia. W czasie drogi w naszych sercach rodziło się wiele najróżniejszych i czasem absurdalnych pytań: czy trafimy, czy nasz ekwipunek jest wystarczający, czy przeżyjemy W trakcie podróży do wspólnot, w której towarzyszyliśmy ks. Janowi, najpierw płynąc Rio Negro, następnie jej dopływem – Rio Jau, mogliśmy przyjrzeć się pracy misjonarza, można powiedzieć „od podszewki”. Sześć dni spędzonych wspólnie na barce, spotkania z caboclos, Msze Święte – okazało się, że faktycznie misjonarz musi być człowiekiem „z głową na karku”, mocno stojącym na ziemi i wzrokiem utkwionym w Chrystusa. Ksiądz Jan zmieniał się, gdy przychodziła taka potrzeba: kiedy mieliśmy uszkodzony silnik – w mechanika; kiedy oczekiwaliśmy mieszkańców wspólnot – w muzyka z harmonią; kiedy mieliśmy pytania – w tłumacza; kiedy poszukiwaliśmy i oglądaliśmy kajmany – w osobę dbającą o nasze bezpieczeństwo. W każdym z tych momentów był przede wszystkim kapłanem – niesamowite było dla mnie jego świadectwo o powołaniu – człowiek powołany do miłości, do miłości Kościoła. Wszędzie, gdzie przybywaliśmy, byliśmy witani z niezwykłą otwartością – przyjazd księdza z Polakami był niezbyt częstym wydarzeniem. Caboclos podkreślali wagę takich spotkań poprzez zakładanie, dla nas mogłoby to się wydawać zwykłych, jednak dla Brazylijczyków żyjących w Amazonii – odświętnych strojów. W mojej pamięci szczególnie utkwił taki oto obraz. Po długim okresie spędzonym na wodzie wysiedliśmy z naszej barki. Ksiądz Jan przywitał się z przedstawicielami miejscowej wspólnoty i powiadomił ich, że tego wieczoru – a on właściwie już się zaczynał, gdyż jawił się nam piękny zachód słońca – będziemy celebrowali Eucharystię. Informacja miała trafić do wszystkich mieszkańców dzięki metodzie „podaj dalej”. My w tym czasie poszliśmy do pobliskiej szkoły, czyli budynku składającego się z jednego pomieszczenia mogącego pomieścić kilkanaścioro dzieci, by przygotować wszystko do Mszy Świętej. Dona Elza – prawa ręka księdza Jana zajmowała się rozłożeniem kartek z tekstem liturgii oraz mini śpiewniczków stworzonych z myślą o wyprawach misyjnych. Ksiądz przygotowywał szaty i naczynia liturgiczne, ale kiedy już wszystko od strony „technicznej” było gotowe, zabrakło niezwykle istotnego elementu – miejscowego ludu Bożego!
Potem wziął znowu akordeon i ponownie rozpoczął grę. I w tym momencie z oddali zaczęły zbliżać się w naszą stronę niewielkie światełka. To caboclos w oddali oświecali sobie drogę i zdążali ku miejscu, skąd słyszeli akordeon księdza Jana. W tym momencie przed oczyma stanęła mi scena z filmu „Misja”, gdzie ojciec Gabriel (Jeremy Irons) misjonarz – jezuita, znajdując się na nieznanych sobie terenach zamieszkałych przez Indian Guarani, rozpoczął grę na oboju – wówczas pochowani mieszkańcy dżungli, obserwujący go od pewnego czasu i celujący strzałami swych łuków, zaczęli wychodzić ze swoich zakamarków i przysłuchiwać się nieznanym dźwiękom. Oczarowani nimi podeszli przyjacielsko do nieznanego przybysza. Jedynym nieprzychylnym filmowemu bohaterowi w tej scenie był szaman plemienia. W miejscu, gdzie my byliśmy żadnego wrogo nastawionego czarownika – dzięki Panu Bogu – nie było, a na dodatek po chwili cała sala szkolna wypełniła się dziećmi i garstką dorosłych. Lud Boży przybył! Rozpoczął się czas przygotowania śpiewów, wstępnej katechezy, zawiązywania wspólnoty i mogliśmy wspólnie uczestniczyć w Najświętszej Ofierze.
Kiedy teraz patrzę na czas spędzony w Brazylii, konkretniej czas na misji w Amazonii, to jedno jest dla mnie pewne – nie była to żadna turystyka ani „wolny wyjazd”, to była przygoda i rekolekcje. Z jednej strony zupełnie inny świat, kultura, klimat, ludzie, dzikie zwierzęta, gęsta dżungla, z drugiej zaś mając świadomość powszechności Kościoła, czułam się jak w domu i to co było dla mnie „inne” i „nieznane” nie sprawiało, że byłam zagubiona, ale przeciwnie: otwarta na bogactwo świata, który pokazywał mi Pan Bóg. |