Siostry Misjonarki w PNG

Chciałabym się podzielić swoimi refleksjami na temat pracy kobiet - Sióstr Misjonarek opierając się na tym, co widziałam i słyszałam podczas mojej wyprawy do Papui Nowej Gwinei we wrześniu 2008r.

Wybrałam się na daleką indywidualną eskapadę opracowując trasę, która wydawała mi się być ciekawa i różnorodna pod wieloma względami, przede wszystkim krajobrazu i kultury mieszkańców. Nie obyło się bez pomocy misjonarzy, którzy swoją wiedzą i doświadczeniem dzielili się z ciekawą podróżniczką i jej towarzyszką - czyli mną i Elwirą.

Do tej pory, podróżując samotnie po egzotycznych i dalekich krajach, zawsze obserwowałam z ciekawością życie i zwyczaje „tambylców”. Nigdy jednak nie miałam okazji rozmawiać z ludźmi, którzy na co dzień borykają się z innością i muszą się umieć „odnaleźć i znaleźć innych”, pełniąc swą misję w odległych zakątkach ziemi, gdzie wszystko jest egzotyczne.
Ogólnie rzecz biorąc, słyszymy o misjach i misjonarzach – to Powołanie. Ale czy ktoś zastanawiał się, jak wygląda życie kobiety, która daleko od własnego kraju i wśród ludzi innej kultury musi pełnić swą misję? Przecież została posłana przez Boga i Kościół!
Ale wszak kobieta nie jest słaba, wprost przeciwnie; a jeśli do tego ma w sobie Ducha – to przeniesie góry.
Od początku.

O siostrze Dorocie - Służebniczce Ducha Świętego, słyszałam już w Polsce....


... w trakcie swoich przygotowań. Przebywa w Papui długo, ale dokładnie nie wiem. Zmieniała miejsce swej służby - wiem, że była w dalekiej prowincji Enga w górach. Podobno nie znalazła tam swojego miejsca, a ja ją poznałam na misji w Timbunke, leżącym nad największą rzeką Sepik. Dotrzeć tam można tylko drogą wodną. W tym uroczym miejscu z bajkowym pejzażem jest: dom misjonarek, dom księży, kościół, zaplecze, a po paru minutach drogi dotrzeć można do szpitala. Dalej już wioska i oczywiście Dom Duchów. W domku mieszkają trzy Siostry, w tym wspomniana wyżej s. Dorota, jedyna Polka. Jeszcze ciemno, a Siostry z latarkami (agregat jest włączany w godzinach 18.30 – 21.30) wstają, potem indywidualna cicha modlitwa w kaplicy. Msza Święta w misyjnym kościele odbywa się po wschodzie słońca. W naszym przytulnym pokoiku, gdzie spałyśmy z koleżanką Siostry zadbały o świecę, pachnące mydełko i ręczniki. Na koniec upiekły ciasto z mączki sagowej. Kobiety umieją zatroszczyć się o atmosferę w najtrudniejszych warunkach.

Widziałam, jak Siostry pucują swoje mieszkanko, myją schody, w domu po prostu widać rękę kobiety. Śniadanie przy wspólnym stole i ciężka praca w szpitalu, bo to właśnie szpital jest miejscem ich pracy. Są i nocne dyżury, idą wtedy z latarkami przez tropikalną noc, aby czuwać przy chorych. Nie ma prądu, nie działają komórki, brak internetu i innych atrybutów cywilizacji. Ale jest cudny zachód słońca i życzliwość mieszkańców (rozmawiałam!). Dobrobytem są lodówki na naftę, a zbawienna jest zimna woda deszczowa do picia. S. Dorota mówiła o piciu 8 litrów dziennie! To przecież tropik.

Są i malaryczne komary (komarzyce!) i trzeba się chronić przed malarią. Tam podobno wszyscy chorują i wtedy trzeba łykać proszki, które na jedno pomagają, a na drugie szkodzą.
Życie.

Siostrę Kingę poznałam na misji w Mingende położonym wśród gór, niedaleko Kundiawy. To stara misja. Są domy, bazarek, szpital i kościół. Szpital uchodzi za najlepiej wyposażony, ale pracuje tam tylko jeden lekarz. Za lekarzy „robią” Siostry, a w trudnych przypadkach odsyłają do sąsiedniej Kundiawy, do dr Jana.

Siostra Kinga oprowadzała mnie po swoich włościach: najcudniejsza była sala dla dzieci, pełna kolorowych ścian, na których rysunki pocieszały małych chorych pacjentów. Każdy zwiedzany przeze mnie szpital miał tę sama zasadę: składał się z pawiloników, w których były poszczególne oddziały. Między nimi na trawce odpoczywali pacjenci i odwiedzająca ich rodzina. Spali pod łóżkami, to oni „robili za salowych”.

Szpitale są płatne, aby nauczyć ludzi szacunku. To tylko symboliczne 8 kina, ale i tak często to teoria. Pacjenci bywają różni: pobite i posiekane w kłótni małżeńskiej kobiety, panie w ciąży - tylko, że potrafią zaraz po porodzie uciec z noworodkiem. Siostry mają pełne ręce roboty i muszą często decydować, bo od tego zależy zdrowie i życie.

W Jambul w dalekiej górskiej prowincji Enga rządzi s. Jadzia. Tam mieszkańcy posługują się jednym z języków lokalnych, których doliczono się w Papui ponad 864 i nawet uniwersalny język wprowadzony przez misjonarzy, zwany pidżin, jest językiem obcym. Nawet siostra i ksiądz nie do końca ich rozumieją

S. Jadzia jest w Papui dopiero od roku. Ona też upiekła ciasto na nasze powitanie. Wieczorem gościłyśmy w domu Sióstr (jest ich dwie) proboszcza ks. Józefa i seminarzystę Michała z sąsiedniego Par. Jakże sympatycznie tak posiedzieć. Okolice są przepiękne! Radość spotkanych na spacerze ludzi jest ogromna, proszą o zdjęcia, oglądają i wołają wszystkich, aby zobaczyli w aparacie ich wizerunek. Odwiedzają chorych niosąc w paczuszce "smakołyki".

Siostra musi czuwać nad włączeniem agregatu. Źródłem prądu jest woda, której poziom był bardzo niski: byłyśmy w porze suchej. Same problemy.
Aby nawiązać kontakt ze „światem” Siostra jedzie (około pół godziny) do niedaleko położonej stolicy prowincji –Wabag. Namiastka cywilizacji: laptop i można odebrać lub wysłać pocztę. Sukces.

Siostry mogą wyjeżdżać na urlop raz na trzy lata, w przypadku tragedii, np. śmieci Rodziców – dostaje się urlop okolicznościowy, ale nie obejmuje to sytuacji kiedy np. umiera rodzeństwo. Misje to trudna szkoła życia.

Nie umiem ocenić, ile radości daje bycie potrzebnym, bo siostry są konieczne, nie dość, że wykonują kawał solidnej roboty, to jeszcze dbają o to, aby było pięknie i miło. Dowodem są polskie kwiatki: w np. Yampu było tego sporo: onętek (potocznie „warszawianki”) - kwitną od białego poprzez różowy do bordo oraz aksamitki pomarańczowe i żółte To musiały przywieść polskie siostry i zaszczepić, aby przywołać swój kraj pochodzenia. Tak myślę.

To nie tylko misjonarki, ale kobiety. Spotkałam na swej drodze takie trzy Panie, wspaniałe Siostry swą codzienną pracą w tak trudnych warunkach najznakomiciej dające świadectwo Ewangelii. Jest ich w Papui i na świecie wiele. I szczęście, że są.
Bóg im zapłać.

Grażyna Trautsolt