Podziękowanie i garść wrażeń

Chciałabym podziękować wszystkim misjonarzom, którzy stanęli na mojej drodze w czasie wyprawy do Papui Nowej Gwinei (02.09.2008 - 26.09.2008 r).

Byłam tam z koleżanką trzy tygodnie, a plan podróży opracowywałam sama na podstawie wszelkich dostępnych informacji.Okazało się, że PNG to kraj trudny do zwiedzania z różnych względów: niewielkiej ilości dróg i środków transportu, zaplecza noclegowego i egzotycznej kultury mieszkańców oraz niebezpieczeństw, które przyniosła cywilizacja np. napady, kradzieże.
Dzięki uprzejmości i wiedzy pracujących tam misjonarzy, ludzie z ich egzotyczną kulturą stali się bardziej zrozumiali, chociaż jest to niezwykle trudne.

To niepodległe od 1975r. państwo leży w Oceanii, na drugiej co do wielkości wyspie świata. Terytorialnie jest większe od Polski, a zamieszkałe jest przez.... - mówi się, że 4-5-6 milionów ludzi; doliczono się 864 plemion mówiących różnymi językami.
 

PNG jest zróżnicowana ...  

...pod względem krajobrazu i klimatu: są tam lasy tropikalne, góry oraz liczne wyspy. Z tego względu, aby chociaż trochę poznać egzotykę i mistykę (tak! – są bardzo przesiąknięci wierzeniami w obecność i moc duchów) należało zwiedzić północ kraju z nieprzeniknionymi rejonami największej rzeki Sepik, cześć środkową – góry: Highland oraz pobyć na przynajmniej jednej wyspie i poobserwować groźnie mruczące wulkany.

Najtrudniej zgłębić rejon rzeki Sepik. Nie wiem czy starczy wyobraźni, jeśli ktoś nie miał tam możliwości być. Dotarcie do wiosek wymaga czasu i znajomości realiów: potrzebny jest lądowy środek transportu, potem canoe, ludzie, którzy objaśnią wszystko i przenocują. Tam nie działają komórki, nie ma sklepów, hoteli, nie działa elektryczność, trzeba pić deszczówkę i to dużo, bo wilgotność powietrza sięga 100%. Za to nie brakuje malarycznch komarów. Trzeba to polubić, a i okazało się, że można się zachwycić (poza komarami)!
Piękno przyrody i życzliwi ludzie, których należy przyjąć takimi jacy są: z ich tradycją, mentalnością, która najlepiej jest widoczna w Domach Duchów (Haus Tambaran). Teraz to już wiem.
 

Pierwszym spotkanym misjonarzem - był ksiądz Jan Rykała SAC, proboszcz z Wewak (Boram), miasteczka leżącego nad Morzem Bismarcka, gdzie jest lotnisko, są hotele, jest prąd i sklepy. To właśnie on wraz z bratem Januszem wprowadził nas w realia: pokierował eskapadą, abyśmy mogły kontynuować przygodę.
 

Wewak jest uroczo położone, można przespacerować się plażą, podziwiać bazar z egzotycznymi owocami. Miasto było pierwszym miejscem, w którym wylądowałyśmy w PNG i skąd otrzymałyśmy zbawczą pomoc. Tutaj też czekały pierwsze emocje i wzruszenia, np. kiedy na pierwszej porannej Mszy św. w kościele parafialnym Szalom, na słowo księdza wantok wszyscy obecni podchodzili do mnie się przywitać. Dla mnie był to szok powodujący łzy wzruszenia. Wyjaśniam, że wantokami (w jednym z urzędowych obowiązujących języków: pidżin) nazywa się ludzi mówiących tym samym językiem, z tego samego klanu. Słowo wymawia się łantok, czyli one talk w języku angielskim i oznacza jedną mowę, a wantoki zawsze są serdecznie przyjmowani.
Jadąc ulicami miasteczka widziałam liczne budynki kościołów: luteranie, protestanci, baptyści, świadkowie Jechowy... czego tam nie było. Tym trudniej pełnić misję w „kraju duchów ” przy tak dużej ilości kościołów i sekt. Uświadomiłam sobie, że misjonarz musi być pogodnego usposobienia, otwarty na inną kulturę, a tam gdzie potrzeba, musi mocno stać na straży swoich przekonań. I to jest trudne, bo trzeba znaleźć złoty środek.
Z Wewak zostałyśmy przekazane dalej nad rzekę. Pobyt nad rzeką to była 7 dniowa przygoda.
 

W górach podróżowałyśmy począwszy od Goroki poprzez Kundiawę, Mingende, Mount Hagen i odległą prowincję – Enga (Par i Jambu). W Highlandzie oczarowywały inne widoki i inni ludzie. No i nie było tak gorąco. Jedno było wspólne: życzliwość spotykanych ludzi, a radość ze zrobionych im zdjęć, wręcz zdumiewała. Nasuwał się wniosek, że to cywilizacja niesie z sobą niebezpieczeństwo, a „dzikość”, jak się ją zrozumie i zaakceptuje, jest bardziej dla mnie „do zniesienia” i wtedy jest bezpiecznie. Jak ktoś powiedział: busz może być wszędzie.
 

Koniec eskapady to zasłużony odpoczynek na wyspie New Britain w cudnym Kokopo.
Niedaleko, w miejscu zwanym Rakunaj, jest sanktuarium beatyfikowanego w 1995r. przez Jana Pawła II - Petera Torota, którego wizerunek jest w każdym kościele w Papui.
 

Bóg zapłać wszystkim Misjonarzom i Misjonarkom, szczęść im Panie Boże w pełnieniu swej misji.

Grażyna Trautsolt