Potrójne 100-lecie w Boiken (PNG)

Słowo boiken oznacza bardzo „nieprzyjemną” trawę – gdy się po niej idzie boso, rani stopy, nogi, nawet zostawia kawałki igieł pod skórą, które mogą potem powodować ropienie. Stąd wywodzi się nazwa stacji.

Miejsce, gdzie powstała było terenem walk plemiennych. Nikt się tam nie osiedlał. W takich miejscach powstawało wiele stacji misyjnych.

Stacja w Boiken leży nad brzegiem oceanu, naprzeciw wysp Kairiru i Mushu, gdzie mogę „oglądać” innych współbraci. Jest tu ok. 1 km plaży.

Wszystko zaczęło się około 100 lat temu….

Na terenie północnej części PNG katoliccy misjonarze zaczęli działać w latach 90. dziewiętnastego wieku. Osiedlili się na jednej z wysp – Tumleo – należących do tego kraju. Po kilku latach, traktując Tumleo jako bazę, zaczęli rozglądać się za miejscem, gdzie mogliby rozszerzyć swoją działalność. Wybrali maleńką wyspę u wybrzeży Boiken – Yuo, gdzie przybyli 14 stycznia 1908 r. Zostało tam 2 misjonarzy. Zajęli się troszkę ludźmi, ale przede wszystkim tym, by najpierw ich pozyskać. Żyło tam wtedy dużo ludzi, nie tak...

...jak obecnie – tylko 8 – 9 rodzin.

Misjonarze zaczęli rozglądać się za czymś na stałym lądzie (głównej wyspie), bo wysepka Yuo była mała. Na horyzoncie, w odległości może 15 min. podróży łodzią motorową – dawniej pływali na dłubankach, przy pomocy wioseł – był ląd. Znaleźli kawałek ziemi, na której obecnie jest stacja Boiken. Wylądowali tu na plaży 8 maja 1908 r. Byli to werbiści: o. Theodore Schleuter i o. Emil Jerome.

W stulecie ich przybycia obchodzona była wielka celebracja. Przygotowań, planów – co niemiara. Ale jak przyszło do realizacji, było gorzej.
Z terminem jubileuszu przybycia pierwszych misjonarzy do Boiken zbiegał się termin 100-lecia diecezji, no i 100-lecia parafii.
Wyszło tak, że choć dość dużo mówiono o jubileuszu, to i tak sam musiałem kończyć wszystkie przygotowania.

Odbyły się pięciodniowe celebracje – był dzień młodzieży, w którym brały udział wszystkie szkoły z tego regionu; dzień Katolickich Matek; dzień głównej uroczystości z udziałem biskupa, premiera Papui, prowincjała werbistów i innych gości; dzień kulturalny, tj. ze śpiewami i tańcami. Był też dzień starszych, którzy pamiętają najdawniejsze czasy czy mają najdawniejsze wspomnienia ze współpracy z misjonarzami.
O dziwo, pierwsza opinia po zakończeniu celebracji była taka: „Ojcze, to dziwne, ale pierwszy raz na takich wielkich zlotach nie bili się, nie było żadnych rozrób, zamieszek”.

Trudne to było, szczególnie dla mnie, do przeprowadzenia, bo wszystko spoczywało na mojej głowie, ale z pomocą Bożą wszystko poszło pomyślnie. I dziękować Bogu.

Podczas przygotowań został odnowiony dom, w którym mieszkam i część kościoła – odbyło się to z dużą pomocą pewnej grupy polonijnej z Sunschine z Melbourne. W ramach przygotowań został też wybudowany, przylegający do jednej ze ścian kościoła, ołtarz polowy jako dziękczynienie Bogu za całe stulecie. Jest to stała i solidna budowla – myślę, że przetrwa dziesiątki lat. W tę konstrukcję został też wkomponowany symboliczny, wykonany przez Papuasów, pomnik upamiętniający pierwszych misjonarzy, którzy tam przyszli.

A na początku były stacja i kościół z buszowego materiału, kryte liśćmi palm. Misjonarze zajęli się przede wszystkim organizowaniem szkoły, bo to była podstawa. Toteż w dzisiejszych czasach wielu ludzi stąd, z okolicy Boiken, zajmuje wysokie stanowiska w różnych gałęziach życia w całej Papui.

Stacja była rozbudowywana. Zawsze przebywało tam 2-3 księży, kilku braci, dużo misjonarzy świeckich z Niemiec czy Austrii. Pracowali, rozbudowywali stację. Była tam też dość duża ferma krów. Jednym słowem – ziemia ta była wykorzystywana.
Jedną z ważnych działalności takiej stacji było wówczas zapewnienie sobie źródeł utrzymania. W odległości około 4 km, w wiosce Kararau misjonarze znaleźli kawałek ziemi, ok. 200 ha, na którym urządzili plantację palm kokosowych. Istnieje ona do dzisiaj, tyle, że trochę zaniedbana. Nie przynosi dochodu. Nawet niedawno biskup dał ją w ajencję jednemu z miejscowych notabli. Oczyścili plantację i znowu próbują robić koprę – akurat jest na to popyt. Plantacja podlega bezpośrednio biskupowi i ja nie mam z nią nic wspólnego.

Teren stacji przed wojną i jakiś czas po wojnie był rozległy (ok. 200 ha ziemi), więc i ludzi było dużo, żeby wszystkiego dopilnować, zrobić we właściwym czasie, dbać o to. Żyją jeszcze ludzie, którzy to pamiętają.
Jednym z nich jest Petrus Siegro. Był blisko misjonarzy. Opowiadał mi jak przyszli Japończycy i wywieźli ostatnich misjonarzy.

Petrus był wtedy młodym chłopcem pomagającym na stacji. Po Mszy św. ksiądz robił dziękczynienie, a on przygotowywał śniadanie. Był tam też jeden brat. Rozeszła się wiadomość, że Japończycy na przybrzeżnym stateczku stoją na wybrzeżu i już idą w stronę stacji. Petrus wołał księdza, żeby przyszedł i jeszcze coś zjadł. Ksiądz w albie i ornacie przyszedł do domu, nic nie jadł. W domu (z materiału buszowego), w którym mieszkali, przebrał się, zamknął okna i drzwi. Wręczając klucze Petrusowi powiedział: „Nie dawaj tych kluczy nikomu, do czasu aż my wrócimy”. To były ostatnie słowa tego misjonarza…
Poszedł w kierunku plaży. Co się z nimi stało? Zostali zabici.

Ale to jest już inna historia, jak byli traktowani misjonarze i ilu ich zginęło, nawet u wybrzeży Wewak, na zbombardowanym przez Amerykanów statku, bo nie wiedzieli, że tam są jeńcy. U wybrzeży Wewak, może w odległości 4 km od brzegu zginęło – utonęło, zostało zabitych – ponad 100 osób.

Tak się złożyło, że wraz z tą opowieścią, tenże Petrus wręczył mi pęk kluczy i powiedział: „To jest klucz od domu ojca”.
Ten dom został zbombardowany, spłonął, bo to był teren walk i to dość intensywnych. U wybrzeży Kairiru, tam gdzie obecnie jest stacja St. Johns (pod opieką ks. Darka), była baza marynarki wojennej na tę część Nowej Gwinei. Toteż słuchałem wielu opowieści, jak były bombardowane wyspy Yuo, Karasau. Te historie są ciągle żywe, bo żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają, co się wtedy działo.

Stacja, zbombardowana, spłonęła. Kto pierwszy przyszedł po wojnie – nazwisk już nie pamiętam. Historia nie jest spisana, brak dokumentacji. Zachowały się tylko jakieś fragmenty. Odbudowano stację, ale przeniesiono ją ok. 200 m dalej od brzegu, na kilkumetrowy pagórek. Tak zlokalizowana stacja trwa do dziś.

Ten czas, kiedy pracowali misjonarze, ludzie pamiętają dość dobrze – jest wiele historii, opowieści jak to ojcowie z Boiken zakładali inne stacje, Dagua, Ulupu czy Hawain. Są też opowieści jak przechodzili rzeki, góry na stronę, gdzie obecnie pracuje ks. Jacek, do Warabung i też zakładali stacje. Ludzie jedno pamiętają w sposób szczególny: robili drogi, aby misjonarz mógł do nich dotrzeć na koniu.
Bo wtedy były w użyciu konie, przywiezione przez misjonarzy. Nawet na stacji był uprawiany pewien rodzaj zboża, by je wykarmić. Z początku budziły wielki strach, bo cóż to za stwór: człowiek na koniu – oni w życiu czegoś takiego nie widzieli.

Podjęta została też dość systematyczna praca w tym i dalszych regionach, zakładane były nowe stacje. Na tym terenie zostały wyszczególnione, nazwijmy to parafie – my nazywamy je erie, które wprawdzie nie tak jak teraz, ale dość systematycznie, kilka razy do roku misjonarz odwiedzał, przebywał i żył wśród nich. Budował dla nich kościółki i prowadził wszelką pracę duszpasterską.

Misjonarze byli w Boiken do początku roku 1990. Stacja była rozbudowana, dobrze utrzymana, ale później zaczęło brakować misjonarzy. Starsze pokolenie wymarło, następców nie było. Stację przejęło lokalne duchowieństwo. Ponad 10 lat nie było tu białego misjonarza.
Nie mogę oceniać, ale muszę stwierdzić, że stacja, kiedy ją objąłem, była bardzo zaniedbana i podupadająca. Trzeba było zakasać rękawy i coś robić, by nie upadła całkowicie. Stąd idea odnowienia i reperacji kościoła, poprawienia domu, żeby to jeszcze jakiś czas posłużyło ludziom, bo budowa nowej stacji w najbliższej perspektywie nie wchodziła w rachubę.

Trzeba zatem ratować to, co jest możliwe. Do tej pory, jak wspomniałem, dom, w którym mieszka misjonarz został odnowiony. Kuchnia, łazienka też zostały poprawione (każda z nich była wybudowana jako osobny budynek). Większość energii, wysiłku i pieniędzy poszła jednak na odnowienie kościoła. Część prezbiterium została już całkowicie odnowiona.
Pozostała jeszcze wymiana kilku postów z głównej konstrukcji, bo są przeżarte przez mrówki; wymiana dziesięciu płyt, by to przykryć, pomalować i, co najtrudniejsze, wymiana dachu na kościele. Z tego względu, że stacja jest nad brzegiem oceanu, sól robi swoje i to w bardzo szybkim tempie. Jest to niepokojące, bo po deszczu pozostaje wewnątrz wiele kałuż – po prostu przecieka do środka, bo blacha jest tak przeżarta. I to chyba będzie przyprawiać mnie o ból głowy zaraz po powrocie z urlopu.

Przy okazji odnawiania malowidła na ścianie w prezbiterium udało się ustalić wszystkie osoby, które pozowały do niego. Ich imionami i nazwiskami zostały podpisane poszczególne postacie, poza jednym katechetą, który pracował w tym czasie w Boiken, a pochodził gdzieś z okolic Timbunke, z Sepiku. Pamiętano tylko jego imię. Nie wszyscy żyją.
Znalazł się lokalny artysta, który ma zmysł dobierania kolorów i malowidło zostało jak najwierniej odtworzone.
Obraz namalował w 1962 lub 63 roku pewien australijski misjonarz świecki. Nawet upamiętnił na nim swojego synka – stoi tam jako biały ministrant.

Tyle z historii stacji. A jubileusz…

W planach i marzeniach, żeby jubileusz świetnie przygotować wszyscy się prześcigali. Ich ambicją było, żeby pokazać się jak najlepiej, ale z drugiej strony na przeszkodzie stała ich mentalność. Może i coś ich niegdyś zdeprawowało, ale nauczyli się już żyć za pieniądze. Kiedy były prowadzone jakieś prace na stacji, trudno było znaleźć kogoś, kto przyszedłby bezinteresownie i pomógł.
Była jednak grupa kilku czy nawet czasem kilkunastu mężczyzn chętnych. Kilku nawet mieszkało na stacji jakiś czas, żeby służyć pomocą. Mnie kosztowało to tylko przygotowanie im posiłków, żeby mieli siłę pracować. Niektórzy patrzyli na to dziwnym okiem, bo nauczyli się przez dłuższy okres, że ze stacji można ciągnąć pieniądze.
Znalazła się jednak dość pokaźna grupka ludzi, z którymi można było coś robić. Byli też tacy, którzy niby chcieli wspomóc, ale w rzeczywistości oczekiwali korzyści materialnych, co wyszło na jaw w czasie jubileuszu czy zaraz po. Mówili: „A myśmy się tyle napracowali”.
Ja też się napracowałem i czy dostałem choć jedną kinę za to? Nie, bo to jest praca dla ludzi; na chwałę Boga, dla dobra stacji. Przecież ja tego ze sobą nie zabiorę i nie żądam za to zapłaty.
Kilka kobiet było zawsze takich usłużnych, które pomogły w przygotowaniu posiłku, zrobieniu tego, co potrzebne.

Myślę, że dość dużo ludzi to zauważyło i że po tym jubileuszu będzie trochę bardziej pozytywne podejście do pracy misjonarzy. Wykorzystywałem środki z ofiar czy to od Polonii w Australii czy z Polski. Dostałem też ze swojej parafii pewną sumę. Każdy grosz został dobrze zużytkowany. Dziękuję wszystkim za wszelaką pomoc i tym, którzy, mimo mentalności ludzi z tej okolicy, przełamali się, przyszli i pomogli w przygotowaniach. Myślę, że nie zostaną bez nagrody, ponieważ pojawiła się możliwość, że będziemy mogli też coś robić w kościółkach w poszczególnych eriach, że są pewne środki, które przeznaczymy na ich odnowienie czy naprawę.

Na Yuo odbył się jednodniowy jubileusz w styczniu, dokładnie w rocznicę przybycia pierwszych misjonarzy. W tej erii ludzie sami wszystko przygotowali. Wybudowali nawet formę pomnika z krzyżem oraz wykonali tablicę pamiątkową. Sami zorganizowali uroczystość.

Na ten jednodniowy jubileusz przybyło ok. 20 księży. Byli wszyscy współbracia, dużo werbistów i księża diecezjalni. Mszy św.przewodniczył Wiceprowicjał werbistów. Pogoda w miarę dopisała – rano dopłynęliśmy w dobrych warunkach, ale po południu zerwał się wiatr i nie było człowieka, który nie zostałby polany fontannami wody. Był to już czas taleo.

Organizatorzy przygotowali piękne przedstawienia o przybyciu pierwszych misjonarzy, taką formę teatru: najpierw wrogie spojrzenia czy nawet próba walki z duchownymi, później stopniowo, stopniowo atmosfera się zmieniała. Tak to świetnie zorganizowali, że od razu utworzyła się procesja ubranych w stroje tradycyjne i ruszyła pod pomnik, który wiceprowincjał werbistów poświęcił. Krótka przerwa, później Msza św. z bardzo ciekawą i trafiającą do uczestników refleksją, wygłoszoną przez tegoż wiceprowincjała.

Ludzie byli zdziwieni, bo nigdy nie było tylu księży na wyspie. Później był posiłek i śpiewy grup, które tańczyły w tych pięknych strojach. Słońce piekło niemiłosiernie, ale przynajmniej 2 tygodnie przed uroczystościami modliłem się, żeby tylko pogoda dopisała, bo kiedy jest czas taleo leje codziennie i bardzo mocno wieje. Jeden z księży, który znał historię werbistów stwierdził, że był to bardzo podobny czas do tego, w którym przybyli ci pierwsi. O mało nie utonęli u wybrzeża – takie były fale.

My z kolei uciekaliśmy dość szybko, bo pogoda zmieniała się gwałtownie – wiatr wzmagał się i fale tworzyły się coraz większe. Opóźnienie powrotu byłoby niebezpieczne. Na szczęście słońce wytrzymało i zdążyliśmy wrócić na stały ląd. Przed wieczorem zaczęło lać i tak było przez kilka kolejnych dni.

Ale uroczystość odbyła się przy pięknej pogodzie – Pan Bóg wysłuchał mojej prośby.

Ks. Krzysztof Morka SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei
Zdjęcia: ks. br. Janusz Namyślak SAC