|
Rozważanie Matki Teresy z Kalkuty |
Jezus zechciał być podobny do nas.
Dlatego prawda winna być wypowiedziana!
Życie winno być przeżyte!
Światło winno być zapalone!
miłość winna być kochana!
radść winna być dawana!
pokój winien być rozprzestrzeniany!
A WY ZA KOGO MNIE UWAŻACIE?
Ty jesteś... |
|
Czytaj całość
|
|
Rozmowa z ks. Grzegorzem Szmitem SAC, misjonarzem w Meksyku |
R. – Zacznijmy od krótkiej charakterystyki pracy Księdza.
K. – W Meksyku jestem od 4 lat. Na początku był 6-miesięczny kurs języka w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie i adaptacja w Tenango del Aire. Był to czas poznawania języka, kultury, zwyczajów, oswajania się z realiami meksykańskimi, a także poznawania ludzi, ich mentalności i parafii.
Jak wiele znaczy znajomość języka przekonałem się namacalnie.
Meksykanie mają w zwyczaju wychodzenie w plener, często całymi rodzinami i organizowania czegoś w rodzaju pikników. Pewnego razu wyszliśmy z grupą młodzieży z parafii na taki piknik. Wokół wybranego miejsca rosły wspaniałe kaktusy, których owoce są tam spożywane. Na skórze owoców jest mnóstwo małych kolców, o czym nie wiedziałem. Jeśli powchodzą w rękę, sprawiają wiele bólu, a bardzo trudno ich się pozbyć – trzeba ręce myć pumeksem, mocno szorować.
Chciałem zerwać taki owoc i zjeść go. Młodzież krzyczała, żebym go nie dotykał, bo mi powchodzą kolce. Nie rozumiejąc jednak, co mówią, zignorowałem ostrzeżenia i zerwałem owoc ręką…
Przez tydzień nie mogłem niczego dotknąć, tak mnie bolała dłoń.
R. – Po krótkim okresie bycia wikariuszem…
K. – Byłem nim bardzo krótko, bo zaledwie półtora roku. Przypadła mi funkcja proboszcza i kustosza w Tenango. Przełożeni uznali, że... |
|
Czytaj całość
|
|
Czy Afryka to kraj rodzinny? |
Kiedy już wydawało mi się, że moje marzenie o wyjeździe na misje nie zostanie zrealizowane i nawet się z tym pogodziłam – pracowałam wtedy we Francji – odwiedziły nas współsiostry z Kamerunu. Zapytały czy nie zechciałabym tam pojechać i pomóc im. Uzyskałam zgodę i 15 października 2007 wraz z s. Orencją wyruszyłyśmy do Kamerunu.
Przyleciałyśmy, a tam gorąco i duszno. Ja ubrana podwójnie, potrójnie, żeby jak najwięcej rzeczy zabrać ze sobą. Nasze kochane współsiostry wyjechały na nasze powitanie. Oglądając wszystko bardzo szeroko otwartymi oczami, przyjechałyśmy pod wieczór do Yaounde. Podziwiałam piękne jezioro, piękny błękit, pustynię najpierw skalistą, potem piaszczystą, wyrzeźbione koryto, bo tylko w porze deszczowej jest tam woda. Przepiękne widoki. A potem widziałam nad mokradłami jedynie baraczki kryte blachą. I wszędzie woda, woda, woda...
Nie miałam problemu z aklimatyzacją. Ale po 4 miesiącach zaatakowała mnie pierwsza malaria. Dostałam bardzo silne tabletki, po których kręciło mi się w głowie. Z czasem się przyzwyczaiłam, leki zostały dostosowane do mnie. Ale po malarii przyczepiła się jakaś bakteria. Trudno, trzeba zaakceptować, to co jest.
Jakiś rok, półtora temu Pan Bóg mnie doświadczył. Byłam bardzo osłabiona po lekach, do tego stopnia, że zaczęłam mdleć, a potem nie mogłam chodzić. Męczyłam się przez 3 miesiące, a potem poszłam do pracy, do której się przygotowywałam. Miałam przejąć szkołę szycia – prowadzić zajęcia z dziewczętami, zająć się stroną organizacyjną, przygotowaniem pracy. Umiem także robić na drutach i na szydełku, choć nie jestem w tym mistrzynią.
We wszystko wprowadzała mnie s. Rafała – to była jej szkoła, ona ją zakładała i uczyła mnie, jak się w tym odnaleźć.
Wprowadziła mnie też w katechezy dla dzieci. Pokazała mi salkę przy parafii i powiedziała: „Tu, Siostro, będziesz przygotowywać dzieci do I Komunii Świętej”.
Na początku umierałam z obawy, czy dobrze mówię, czy prawidłowo buduję zdania. Ale Duch Święty działa i rozumiemy się. Jeśli braknie mi słowa, potrafią... |
|
Czytaj całość
|
Mandi to jedno z 3 centrów naszej parafii w Wewak. Cały region ma nazwę MASOMA - od pierwszych liter wiosek, które do niego przynależą: Mandi, Sawarin i Maur. Na tym terenie, w Brandii, jest też szkoła średnia i stacja pomp zaopatrująca miasto Wewak w wodę pitną.
W Mandi znajduje się kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, natomiast w Sawarin i w Brandi, przy stacji pomp są kaplice. Ludzie z regionu schodzą się co niedziela na nabożeństwo albo na Mszę św.
Każdego roku, w niedzielę ok. 24 czerwca, obchodzimy w Mandi święto patronalne. Przychodzą wtedy ludzie z wyżej wymienionych miejscowości oraz uczniowie i nauczyciele ze szkoły średniej, oczywiście katoliccy, bo trzeba pamiętać, że Papua jest krajem wielowyznaniowym.
Tegoroczne święto pragnąłem przeprowadzić inaczej. Chciałem ludzi do niego trochę przygotować przez krótkie rekolekcje. Zaczęliśmy w czwartek pokazem filmu „Szata”, na który przyszły tłumy, choć początkowo nie zapowiadało się dobrze, bo jak przyjechałem prawie nic nie było przygotowane: ani agregatu prądotwórczego, ani przedłużaczy, aby doprowadzić prąd od jednego z mieszkańców, który miał agregat, potem wysiadł mój odtwarzacz DVD. Lecz wtedy ktoś przyniósł swój odtwarzacz, ktoś inny głośnik, który mogliśmy podłączyć do odtwarzacza, aby nie oglądać niemego filmu i w ten sposób projekcja się udała, aczkolwiek z powodu przestojów skończyła się stosunkowo późno. Na szczęście 10 kilometrowa droga Mandi - Boram, nie jest zła, toteż przed północą byłem już w łóżku.
Następnego wieczoru była adoracja.... |
|
Czytaj całość
|
|
"Polski" ośrodek dla trędowatych w Indiach |
Od ponad 40 lat w Indiach funkcjonuje Ośrodek Rehabilitacji Trędowatych założony przez polskich misjonarzy i nieprzerwanie związany z naszą ojczyzną. DŻIWODAJA (dotychczas stosowana nazwa angielska JEEVODAYA) w sanskrycie znaczy „świt życia”. Miejsce to jest dla setek i tysięcy ludzi potrzebujących, szczególnie tych najbiedniejszych z biednych – trędowatych, prawdziwym świtem, początkiem innego życia.
Dżiwodaja zostało założone w 1969 roku przez ks. Adama Wiśniewskiego SAC i Barbarę Birczyńską. Na terenie, który udało się im zakupić, postawili trzy wojskowe namioty, w których zamieszkali wraz z grupką dzieci dotkniętych trądem. Ks. Adam udzielał porad lekarskich biednym z okolicy, a pani Barbara zajęła się budowaniem osiedla.
Już 31 stycznia 1971 (po roku i 2 miesiącach) administrator apostolski diecezji Raipur mógł poświęcić kaplicę i pierwsze stałe budynki tworzące Ośrodek.
Zgodnie z ideą założycieli Dżiwodaja niesie pomoc medyczną – trąd jest chorobą uleczalną, ale „normalny” indyjski lekarz nie przyjmie pacjenta z widocznymi okaleczeniami spowodowanymi trądem, bo straciłby innych pacjentów; czasami nie rozpoznaje też trądu we wczesnym stadium. Lekarz w Dżiwodaja (w latach 1969-1987 ks. Adam Wiśniewski; od 1989 – do dziś Helena Pyz) przyjmuje wszystkich ludzi potrzebujących pomocy. Oprócz trądu ogromnym problemem są: gruźlica i inne choroby zakaźne, ostatnio także AIDS. Przychodnia w Dżiwodaja przyjmuje około 10 tysięcy pacjentów rocznie.
Drugim nurtem pracy Ośrodka jest pomoc edukacyjna. Dzieci... |
|
Czytaj całość
|
| «« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»
| | Pozycje :: 1 - 5 z 376 | |
|
|
Odwiedziło nas 1209200 Odwiedzających
|
|