|
30 lipca wyjechaliśmy pod opieką ks. Bartka na wycieczkę do stanu Guerrero Mexico. My – tzn. trzech szafarzy nadzwyczajnych, ministranci z parafii pw Matki Bożej Gromnicznej i ja – Maria Guadalupe.
Stan Guerrero znajduje się w południowo-wschodniej części Mexico. Jest podzielony na 7 regionów, takich jak: Centrum, Północ, Acapulco, Wybrzeże Małe, Wybrzeże Wielkie, Region Górski i Ziemia Gorąca. Wjeżdżając w ten region w pobliżu miasta Arcelia, znaleźliśmy się w jednej z ośmiu gmin w tym rejonie, na zachodzie stanu, który łączy się w tym miejscu ze stanem Estado de Mexico i Michoacan. Pani Franciszka i pan Antoni są rdzennymi mieszkańcami tej ziemi. W Arcelia mama Franciszki przyjęła nas z wielką radością i gościnnością. Tam byliśmy prawie przez cały pierwszy dzień, kąpiąc się w rzece i przeżywając kilka zabawnych chwil.
Był to też cudowny czas dla mnie, ponieważ upłynęło dużo czasu od momentu, kiedy ostatni raz słuchałam szumu płynącej rzeki. Ponadto solidnie wypoczęliśmy po podróży, która trwała około 7 godzin. To był czas, w którym, jak przypuszczałam, doznam nowych doświadczeń w pięknej przygodzie Bożej. Następnego dnia kąpaliśmy się w zimnej wodzie (to była jedna z małych ofiar, która mnie czekała, by spotkać Boga i samą siebie).
Arcelia leży w rejonie Ziemi Gorącej, gdzie króluje bujna zieleń. Temperatura waha się miedzy 25°C-30°C w ciągu roku. Przebywaliśmy tam w okresie deszczowym, więc było niemożliwe, żeby...
... nie padało – prawie każdego dnia.
Drugiego dnia z samego rana, w czasie ulewnego deszczu, odmówiliśmy różaniec, przygotowując się do wyjazdu w góry na rancho Los Cajones, które jest oddalone od Arcelia o godzinę jazdy. Po przyjeździe od razu nasunęło mi się pytanie: „Dlaczego miejsce to nazywa się Los Cajones?”. Odpowiedz była prosta. W przeszłości miejscowość była znana z produkcji miodu pszczelego (los cajones oznacza szuflady).
Jest to wioseczka typowo rolnicza. Nie ma w niej ani telewizora, ani samochodów osobowych, ani internetu, a są tylko radio i samochody terenowe, żeby ułatwić pracę w polu. Nie ma też stałego napięcia, chociaż jest prąd z baterii słonecznej, którą urząd gminy podarował każdej chacie. Ludzie żyją z tego, co da ziemia: kukurydza, dynia, chili i owoce: arbuz, pomarańcze itp. oraz zioła. Są też hodowane zwierzęta, jak krowa, której mleko służy do spożycia i wyrobu sera oraz drób, dziczyzna, wieprzowina i wołowina. W każdej zagrodzie są krowy, cielaki i kozły. Warto było zabrać tu najmłodszych, aby poznali życie rolnicze, nazwy roślin i zwierząt oraz ich obyczaje.
Patrząc na to wszystko pomyślałam, że ludzie dorośli nie potrafią słuchać głosu ciszy i żyją w pośpiechu, są zależni od czasu, podziwiając, nie potrafią podziwiać, dostrzegać nawet rzeczy małych. Ludzie z prowincji są tak bogaci przez te proste rzeczy, które uczą ich słuchania, cierpliwości i mądrości, którą daje też ziemia. Ich życie to codzienna komunikacja z Bogiem przez pośrednictwo wody, drzew, ptaków oraz nieustanna ufność w Bożą Opatrzność. W stosownym czasie proszą o dobre żniwa, o błogosławieństwo dla swego dobytku oraz o zdrowie dla najbliższych i siebie samych.
Warto nadmienić, że są bardzo dobrze zorganizowani w pracy ewangelizacyjnej. W miejscowej wspólnocie jest człowiek, któremu powierza się pieczę nad parafianami w czasie nieobecności proboszcza, zjawiającego się tu raz na miesiąc. Trudnym i niepokojącym wyzwaniem dla nich jest przeciwstawienie się różnorodnym sektom, które czasami pojawiają się w ich włościach. Większość w tym rejonie to katolicy, uczestniczący w sakramentach (Eucharystia, spowiedź czy sakrament chorych).
Podczas naszego pobytu przeżyliśmy z nimi trzy Msze święte, adoracje i czas obopólnych świadectw. Doświadczyliśmy ich problemów i trudności. Zaznaliśmy wielkiej gościnności z różnorodnością pokarmów, przynoszonych przez różne rodziny, abyśmy nie byli głodni. Osobiście poznałam część życia niektórych osób, przede wszystkim tych z domu, w którym nas przyjęto – ich ducha i potrzebę Boga.
Także ja poczułam szczególnie potrzebę Boga w ciszy – w ostatnim dniu, kiedy szłam sama przez górę zwaną Las Pentildeas, pomimo lęku wysokości i strachu przed urwiskami. Wówczas usiadłam u stóp Pana, jak Maria biblijna. Zostawiłam przez moment opiekę nad dziećmi i zajęcia domowe, które niepokoiły Martę i byłam dyspozycyjna, jak Maria, aby doświadczyć pięknej zażyłości z Bogiem. Podziękować także za kontakt ze światem stworzonym, jakim jest przyroda, oraz za pozwolenie poznania małej wioseczki Los Cajones. Także podziękować bardzo za skonfrontowanie z rzeczywistością mych lęków, kiedy szłam w błotnym i śliskim terenie górskim. W tym momencie myślałam o wielkiej miłości, którą ma Bóg dla nas, dla każdej istoty stworzonej, oraz o pomocy, której udziela naszej wierze, a także pewności, że modlitwa osób, które modliły się za mnie i za wszystkich uczestników wycieczki, dała pożądany skutek. Nie byłam sama, podobnie jak mówi motto diecezji Altemirano: „Nie jesteście sami”, które określa po części klimat naszego pobytu – ponieważ jest z nami Bóg.
My im towarzyszyliśmy kilka chwil, kilka dni, ale oni nam towarzyszą zawsze ze swą wiarą i modlitwą. Niedługo znów spotkamy się ze wspólnotą z Los Cajones.
Maria Guadalupe Zaragoza Bravo Tłum. i zdjęcia: ks. Bartłomiej Pałys SAC, misjonarz w Meksyku |