|
Ciekawo¶æ ludzka to taka dziwna cecha, która potrafi inspirowaæ, a nawet prowokowaæ do podejmowania kroków i wyzwañ zmieniaj±cych bardzo wiele w ¿yciu owego ciekawskiego.
By³o piêkne marcowe popo³udnie (2004 roku), gdy opu¶ci³em sta³y l±d – pop³ynêli¶my na now ± parafiê. Perspektywy na przysz³o¶æ by³y piêkne, widoki na dzi¶ wspania³e; niemal¿e landrynkowy zachód s³oñca, jak z pocztówki, i woko³o tylko woda z towarzysz±cymi nam delfinami.
Dobrze ju¿ po zmroku dotarli¶my na wyspê, zwan± Kairiru. Gor±ce i serdeczne powitanie, a nastêpnie kolacja, rozpoczê³y now± kartê mojej historii w Papui. Jak to jednak bywa, „ok³adki zazwyczaj s± kolorowe i atrakcyjne dla oka”. Pó¼niej okaza³o siê, ¿e … (no w³a¶nie!) stacjê misyjn± – czyli dom i zaplecze dopiero trzeba zbudowaæ i to zupe³nie od podstaw, du¿a ³ód¼ stoi w suchym doku i tam jeszcze...
... sobie „poodpoczywa” trochê, a pozosta³a tylko jedna ma³a motorówka i to bez silnika, bo ten jeszcze „nie powróci³”.
Kiedy wreszcie uda³o siê skompletowaæ przynajmniej podstawowe wyposa¿enie do motorówki i rozpocz±æ budowê domu, przyszed³ czas, by odwiedziæ pozosta³e wyspy „mojego ma³ego archipelagu”. No có¿: awaryjny silnik, jakie¶ 160 litrów paliwa, jedzenie, ubrania, przeno¶ne biuro parafialne itp. – kapkê ponad 300 kg plus pomocnik i jeszcze ja. Wiêc w drogê.
Chocia¿ by³o wietrznie, buja³o nawet nie specjalnie. Fale ponad dwumetrowe, ale za to d³ugie i spokojne, wiêc nuc±c sobie „pojawiam siê i znikam…”, brnêli¶my w dal. Przez ponad pó³ dystansu do pierwszej wyspy towarzyszy³y nam ró¿ne stada delfinów. Mi³e to zwierz±tka i by³o na co popatrzeæ.
Pierwsza wyspa, pierwsza wizyta i wszystko zupe³nie inaczej ni¿ by³o dotychczas. Inne twarze – to zrozumia³e, ale inne te¿ obyczaje, tradycja i zupe³nie inny sposób podchodzenia do ¿ycia – du¿o spokojniejszy i bardziej pragmatyczny. Bardzo ciekawe jest to, ¿e nie ma tutaj miejsca na: „nie chce mi siê…” albo „mam do¶æ…” czy inne „ale…”. Mo¿e jest to poniek±d zas³uga oceanu. Przecie¿ z ³ódki czy z kanu nie mo¿na wysi±¶æ w pó³ drogi i odpocz±æ, gdy kto¶ siê znudzi³, zmêczy³ czy ma do¶æ. Trzeba najpierw dop³yn±æ do brzegu – czyli doprowadziæ sprawê do koñca.
Serdeczne powitanie i ofiarna pomoc w rozpakowaniu ³odzi i wyci±gniêciu jej na l±d (na tej wyspie nie ma wspania³ych, bia³ych, piaszczystych pla¿) dominowa³y w atmosferze tego dnia. Pó¼niej to ju¿ tylko „chyc” do domu, który stoi niemal¿e na pla¿y. Pod³oga, ¶ciany, dach; nawet woda by³a w zbiorniku na deszczówkê. Ry¿em i konserw± na kolacjê uczcili¶my pierwszy dzieñ nowego marynarza na otwartym morzu. Gwia¼dzista noc by³a widoczna miejscami nawet przez dach. Ale szybka zmiana pogody i skromne pó³ godziny ulewy nauczy³y nas, ¿e dach, a raczej sitko, które z niego zosta³o nie ochroni nas przed wod±.
Wspania³e gwia¼dziste widoki zmieni³y siê w mokre koszmary. Przez nastêpne parê dni przy¶wieca³a nam, jak nieodzowna gwiazda, nadzieja, ¿e ju¿ nie bêdzie wiêcej padaæ w nocy. Czasem siê nawet udawa³o. Wiadomo, pocz±tki to ustalanie planu pracy, wyznaczanie zadañ i celów oraz rozstrzyganie, jak to wszystko zrealizowaæ. Tam, gdzie ksi±dz przyje¿d¿a raz na kwarta³ i jest tylko przez tydzieñ, to do¶æ trudne zadanie do wykonania. Popo³udnia i wieczory, to d³ugie godziny na pogawêdkach, opowiadaniach „storów”, a przez to wzajemnym poznawaniu siebie i miejscowych obyczajów i tradycji.
Czas stacjonarny dobiega jednak szybko koñca, wiêc znów trzeba za³adowaæ ³ód¼ i w drogê. I tak siedem razy – tydzieñ w tydzieñ. Czasem mocno buja³o, czasem nie¼le la³o, na niektórych wyspach deszcz wlewa³ siê przez ¶ciany do ³ó¿ka. Ale najweselej by³o na ostatniej wyspie – kiedy wszed³em do ma³ego domku dla ojca i… przelecia³em przez pod³ogê – wystawa³a mi z niej tylko g³owa – có¿ za „mi³a” niespodzianka.
Pewnie sobie pomy¶leli, ¿e ich proboszcz za du¿o je. No có¿, pozaznacza³em sobie bezpieczne ¶cie¿ki w labiryncie dziur i tak min±³ tydzieñ. Ry¿ siê skoñczy³, konserwy te¿, a po kawie i herbacie nie pozosta³o nawet wspomnienie. Na szczê¶cie parafianie wykazali siê opiekuñczo¶ci±, wiêc proboszcz nie zg³odnia³. Przy nastêpnej wizycie bêdzie pewnie du¿o pracy, ale na razie bêd± j± mieli katechi¶ci i liderzy parafialni. Trzeba bêdzie przygotowaæ wszystkich kandydatów do sakramentów i przeprowadziæ nauki.
Drogê powrotn± „wzi±³em na raz”. Zajê³o nam to dziewiêæ godzin w piêknym równikowym s³oñcu i po piêknym oceanie. Na drugi dzieñ skóra z nosa i uszu zwinê³a siê sama pod rêcznikiem. Nie pomog³y nawet kremy.
Ogólnie pierwsza wizyta by³a owocna i przede wszystkim bardzo mokra – tak na morzu, jak i na l±dzie. Szkoda tylko, ¿e tradycji i obyczajów nie mo¿na poznaæ za jednym zamachem, jak kart szybko przeczytanej ksi±¿ki. Du¿o jest jeszcze do zrobienia i wielu rzeczy jeszcze mo¿na siê nauczyæ i poznaæ. Teraz kolej na dwa miesi±ce pracy na drugiej parafii, a pó¼niej znowu na wodê.
Ale o tym, co by³o podczas kolejnej wizyty po paru miesi±cach pogadamy sobie w kolejnym odcinku. Tym razem bêdzie raczej sztormowo.
AHOJ! I z Bogiem! Ks. Dariusz Wo¼niak SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei Zdjêcia: ks. Dariusz Wo¼niak SAC Ci±g dalszy nast±pi |