|
Dwa miesi±ce minê³y szybko. By³ to czas, którego bynajmniej nie przele¿a³em do góry brzuchem. Ta parafia ma tylko siedem tysiêcy mieszkañców, osiedlonych na dwóch wyspach w dwudziestu jeden wioskach.
S± tu trzy szko³y podstawowe i jedna ¶rednia dla ch³opców – wszystkie one s± szko³ami katolickimi. W tym czasie odby³y siê te¿ rekolekcje w ka¿dej wsi i trzy pierwsze komunie – i zwi±zana z tym ca³a tona papierów do wype³nienia. Toniêcie w papierach nie jest jednak moim hobby i kiedy tylko uda³o siê przepchn±æ taczki biurokracji za liniê za³atwione, przyszed³ czas na kolejny rejs. Jeszcze tylko gruntowny przegl±d silnika i… tu pech. G³ówna czê¶æ no¶na konstrukcji silnika do motorówki bezpardonowo orzek³a – „non serviam”. Tym razem czê¶æ trzeba by³o sprowadziæ – zamówiæ w Australii, a przysz³a prosto z Japonii. Miesi±c pop³yn±³ jak z p³atka, a dobra pogoda i ³agodne wiatry razem z nim.
Zaczê³o siê „Taleo” – to nazwa takiego wiej±cego z zachodu wiatru o du¿ej sile, bardzo uci±¿liwego dla ¿eglarzy.
Zebrawszy siê „w sobie” oraz wszystkie zapasy wiedzy i odwagi, na jakie mnie by³o staæ, poszuka³em ¶mia³ka do za³ogi i pop³ynêli¶my. W cieniu wyspy by³o jeszcze spokojnie. Zaraz jednak poza ni± pierwsza fala i pierwsze wiadro wody na twarz uprzytomni³y nam, ¿e sprawa nie bêdzie...
...taka prosta i sucha jak ostatnio. Trzymetrowe fale robi³y wra¿enie. A pomocnik co piêtna¶cie, dwadzie¶cia minut musia³ wylewaæ wodê, która, choæ wcale nieproszona, obficie wlewa³a siê nam siê do ³ódki. Cztery godziny z ma³ym haczykiem i oto pierwsza wyspa przed nami. Ale¿ ulga, gdy pod³o¿e jest stabilne i nic woko³o siê nie rusza! No i oczywi¶cie wszystko by³o nie¼le zasolone. Gdybym od razu gotowa³ obiad, wystarczy³oby rêk± zamieszaæ w garnku, a obiad by³by osolony nawet w nadmiarze. Tego samego dnia przypu¶ci³em jeszcze szturm na dach, by pozaklejaæ dziury, chocia¿ nad jednym pokojem do spania. Jako¶ jeszcze nie polubi³em zimnych pryszniców w samym ¶rodku nocy. Wybrany, najmniej dziurawy, kawa³ek dachu zosta³ poddany kuracji i tym razem noc by³a sucha.
Dzieñ nastêpny to same niespodzianki. Parafianie dopisali. Frekwencja prawie stuprocentowa i wszystko przygotowane. Tu muszê pochwaliæ katechistów i liderów parafialnych. Naprawdê siê postarali i przygotowali ludzi uczciwie i porz±dnie. Nikt nie unika³ odpowiedzi na zadawane pytania egzaminacyjne, a odpowiedzi w zasadzie by³y poprawne. Tego dnia zwi±zek ma³¿eñski zawar³o 8 par, a nastêpnego 36 dzieci i 1 doros³y przyjê³o sakrament chrztu. Doros³y przygotowywa³ siê ju¿ od ponad dwu lat. Tutaj nie ma bia³ych sukien i smokingów czy garniturów. Bieda warunkuje ogromn± skromno¶æ ubioru, a klimat jego sk±po¶æ. Niektórzy decyduj± siê jednak na strój tradycyjny i oni w³a¶nie dodaj± kolorytu i fantazji ca³ym uroczysto¶ciom.
Kolejne dwa dni by³y niemal¿e powtórk±, tyle ¿e po drugiej stronie wyspy. Dwie i pó³ godziny pieszo w jedn± stronê po pla¿ach i klifach, i ju¿ jeste¶my na miejscu. Teraz ci, co przygotowywali ludzi do sakramentów, wraz z nauczycielami ze szko³y, dostali ode mnie nowe – „bojowe” zadanie, a mianowicie przygotowaæ dzieci do I Komunii ¶w. Maj± na to pó³ roku. Có¿, nie bêdzie to dla nich ³atwy orzech do zgryzienia, zw³aszcza ¿e w trakcie proboszcz jeszcze ich sprawdzi.
Przysz³a pora na nastêpn± wyspê. Przygotowania i podró¿ przesz³y spokojnie. Kiedy dop³ynêli¶my do zatoki, okaza³o siê, ¿e w³a¶nie teraz jest odp³yw i nie ma przej¶cia przez rafê koralow±. Szczê¶liwie, zatoka by³a po zawietrznej stronie wyspy – zakotwiczyli¶my poza raf± i odczekali¶my parê ³adnych godzin, hu¶taj±c siê na falach, a¿ nadejdzie przyp³yw. Tym razem wizyta zapowiada³a siê krótko. Tutejszy szef wyspy na wstêpie o¶wiadczy³, ¿e wszystkie uroczysto¶ci trzeba bêdzie przenie¶æ na nastêpny raz, bo ostatnio u nich du¿o siê dzia³o i nie dali rady odpowiednio siê przygotowaæ. No có¿, bywa i tak.
Podczas tej wyprawy odwiedzili¶my trzy takie wyspy. Na jednej z nich mieli ¿a³obê po ofiarach, które zginê³y, gdy ich motorówka zatonê³a parê dni wcze¶niej na morzu. Na innej wyspie stracili motorówkê, ale na szczê¶cie wszyscy siê uratowali. Nie s± to rzadkie przypadki na oceanie, ale zawsze potrzeba trochê czasu, aby po nich siê pozbieraæ. Zw³aszcza ¿e Papuasi s± lud¼mi uczuciowymi i bardzo ¿ywo reaguj±cymi na wszelkie ¿yciowe wydarzenia – zarówno smutne, jak i weso³e. No có¿ – trzeba siê cieszyæ z tego, co dobre, a wspó³czuæ tym, którzy maj± k³opoty.
Ca³y patrol mia³ jednak bilans dodatni – mimo lawirowania w labiryncie dziur pod³ogowych czy ma³o szczelnych ¶cian. Wiêc nale¿y siê cieszyæ.
W drodze powrotnej natura zafundowa³a nam niespodziankê. Kiedy byli¶my na otwartym morzu, zaczê³o siarczy¶cie laæ i wiaæ. Przez cztery godziny nic nie by³o widaæ prócz deszczu. Jedynym wska¼nikiem kierunku by³ kompas, bo nie mam GPS-u. Wra¿enie jest ciekawe, gdy nie widaæ nic oprócz wody przed, pod, nad i woko³o siebie i nie wiadomo, gdzie siê p³ynie. Na szczê¶cie nie ma czasu, by o tym my¶leæ i martwiæ siê o to. Trzeba popracowaæ i powojowaæ nie¼le, a tym, co zaprz±ta ca³± uwagê w danym momencie jest w³a¶nie ta fala, z któr± siê akurat zmagam. Nie da³o siê pop³yn±æ na ¿adn± wyspê, bo nie wiadomo, gdzie one s±. Parli¶my wiêc naprzód, a¿ przep³ynêli¶my przez deszcz i, jak zwykle bywa po burzy, za¶wieci³o nam s³onko. Jaka to ulga, gdy wreszcie cokolwiek widaæ i robi siê ciep³o! A dalej ju¿ by³o prosto, choæ nie mogê powiedzieæ – jeszcze niejednokrotnie musia³em nie¼le zadzieraæ g³owê do góry, by zobaczyæ szczyt fali. Ca³o¶æ jednak zakoñczy³a siê szczê¶liwie i weso³o. Du¿o emocji i jeszcze wiêcej adrenaliny, ale warto by³o. W koñcu misjonarz to ten, co z ludu zosta³ wziêty i do ludzi pos³any – wiêc trzeba do nich i¶æ. A ¿e czasem droga jest trochê mokra i wcale nie ca³kiem równa, to có¿… (no i czasem trochê krócej siê ¿yje…). O du¿ej ³odzi to na razie jeszcze mogê sobie pomarzyæ. Postoi sobie jeszcze w suchym doku odrobinê.
Tym sposobem ¿yczê wszystkim czytelnikom „Horyzontów…” i przyjacio³om misji du¿o u¶miechu i pozdrawiam.
Ks. Dariusz Wo¼niak SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei Zdjêcia: br. Janusz Namy¶lak SAC, ks. Jan Ryka³a SAC, ks. Dariusz Wo¼niak SAC |