List z Meksyku Drukuj Poleć znajomemu

Po czterech dniach posługi sakramentalnej z Dolores wyruszyłem do pobliskich stacji misyjnych ze swym przewodnikiem, katechetą Silbino.

El Palmito – wioska uprzywilejowana ze względu na sąsiedztwo z Dolores. Około trzydziestu domów, piękna kaplica od czterech lat na niewielkim wzgórzu, systematyczna katecheza i modlitwa niedzielna. Każdego roku odbywa się pierwsza Komunia św., a biskup udziela bierzmowania. Trzeba się koniecznie przywitać z liderami wioski i ustalić program. Informacja szybko dociera do wiernych, choć już wcześniej byli poinformowani o wizycie przez miejscowe radio. Malutka kaplica została wypełniona przez dzieci i kobiety. Jest trochę młodzieży i kilku mężczyzn. Mszę św. poprzedza spowiedź trwająca półtorej godziny, katecheza oraz przygotowanie Mszy św. i pieśni. Po trzech godzinach ...

... spotkanie modlitewne dobiega końca. Jeszcze trochę rozmów z wiernymi, szybki posiłek i w drogę do kolejnej stacji, bo chcemy być na czas.

Po pokonaniu niewielkiego wzgórza nasza droga wiodła w dół aż do rzeki, gdzie spotkaliśmy rozrzucone domy nowej, nieco mniejszej wioski San Francisko. Nie ma tu ani kaplicy, ani domu parafialnego. Udaliśmy się do szkoły, do najważniejszej osoby, prosząc o pomoc w zorganizowaniu spotkania. Wnet dzieci rozbiegły się do domów, aby zaprosić rodziców i sąsiadów na Mszę św. Oczekiwanie trwało długo, ponieważ jak się okazało, rozpoczęło się wielkie przygotowanie: kąpiel, mycie, prasowanie, strojenie i malowanie. Tu wszyscy są katolikami. Msza św. ze względu na licznie zgromadzonych wiernych odbyła się na placu szkolnym. Mężczyźni przygotowali miejsce modlitwy. Panowała wspaniała atmosfera. W trakcie Mszy św. był chrzest. Na szczęście przed nocą, która zapadła błyskawicznie, zakończyliśmy spotkanie. Jedna z rodzin zaprosiła nas na wieczerzę i gościnę. Pierwsza noc poza plebanią. Wszystko było tajemnicze i interesujące. Nie mogłem zasnąć z powodu szumu wody ze strumyka i z płynącej rurą gumową do zbiorników z odległego źródła (jedyny sposób na zgromadzenie wody dla rodziny), piania kogutów przez całą noc czy bydła powracającego do swej zagrody.

Wczesnym rankiem, po porannej toalecie w strumyku i śniadaniu u miłych gospodarzy, wyruszyliśmy w drogę do sąsiedniej miejscowości. Przed nami autostrada przez góry i lasy, ubita końskimi kopytami. Gospodarz podarował nam tylko jednego konia, a byłem z przewodnikiem. Podróż zacząłem na końskim grzbiecie. Szybko miałem ochotę uwolnić się od niego.

Podróż trwała trzy godziny pośród skał, drzew i niemal takiej samej ilości kaktusów, a czasami zwierząt domowych, które szukały schronienia w cieniu starych kaktusów. Bogactwa tajemniczym górom dodawała rzeka przypominająca bez złudzenia żmiję przedzierającą się przez zarośla.

Wreszcie na horyzoncie Santa Matilde. Mieszka tu siedemnaście rodzin, oprócz dwóch protestanckich wszystkie są katolickie. Jest też kilka pustych domów, ponieważ rodziny powracają jedynie na wakacje. Szybko przywitaliśmy się z domownikami i zaprosiliśmy ich na Mszę św. W szkole od jakiegoś czasu nie odbywały się lekcje. Oczekiwałem na ludzi ponad dwie godziny, paradując w białej sutannie, którą zabrałem ze sobą z kraju. Młode pokolenie nie wiedziało, co to znaczy Msza św.

Ostatni raz był tu ojciec jezuita przed około 10 laty, a świecki misjonarz przed 2 laty. Po pierwszych pytaniach zrozumiałem, że chrzest to szczyt życia sakramentalnego. Więc pierwsze zadanie – zdobyć zaufanie. Dzięki pieśniom religijnym szybko zbudowaliśmy wspólnotę przyjaźni. To był pierwszy krok.

Mszę sprawowałem na dziedzińcu, wśród wspaniałych drzew pomarańczowych i grapefruitowych. Katecheza dotyczyła sakramentu chrztu św., przywilejów i obowiązków. Na szczęście znalazłem dwie osoby, które da się przygotować na katechetów, a później na liderów wioski. Obiecałem, że wkrótce wrócę, aby umocnić ich w wierze.
Po Mszy św. pogawędka z wiernymi, obiad i wzruszające zaproszenie pewnego staruszka do jego chorej żony. Około czwartej po południu ruszyliśmy w drogę powrotną. Nocleg w San Francisko i następnego dnia powrót do Dolores...

Ks. Marek Rudecki SAC, misjonarz w Meksyku