Strona główna arrow Rok 2000 arrow Nr 10 (1/2000) arrow "Trzymała mnie modlitwa"
"Trzymała mnie modlitwa" Drukuj Poleć znajomemu

Rozmowa z Matką dwóch misjonarzy, panią Kazimierą Sopicką (przypomnienie wywiadu z 2000r.)

R. – Jest pani matką dwóch misjonarzy, księży Jana i Krzysztofa. Proszę opowiedzieć Czytelnikom „Horyzontów Misyjnych” o swojej rodzinie.
K.S.
– Mieszkam z synem Stanisławem i jego rodziną we Frydrychowicach. W tej samej miejscowości mieszka też córka Zofia. Dwaj synowie są misjonarzami w Brazylii, Jan od niedawna niesie posługę kapłańską w Portugalii. Czwarty syn, Karol, zginął w czasie wyprawy w Himalaje. Zostawił żonę i syna. Wcześniej odeszła 4-letnia Krysia. Mąż, Stanisław, zmarł 22 maja 1974 r. Został sparaliżowany, gdy przerabiał młyn. Nie było łatwo dać sobie radę po śmierci męża. Dzieci były w szkole podstawowej. Musiałam zająć się rodziną, utrzymać dom i gospodarstwo, obrobić trzynaście morgów pola. Dzieci pomagały po lekcjach. Jakoś dawaliśmy sobie radę. Siły dodawała mi wiara...

... w Boga. Trzymała mnie modlitwa. Jeżeli człowiek zrozumie jaką wartość ma Eucharystia, to ciągnie do Kościoła, bo tu znajduje siłę i ukoenie.
Zmarł jeszcze jeden syn, Marian. Miał 9 lat, gdy zachorował na białaczkę.
Mam też przybranego syna, również Krzysztofa, chłopca z rozbitej rodziny, którego Janek przywiózł z seminarium, nie pytając mnie o zgodę. Przyjęłam go z radością. Obecnie mieszka i pracuje w USA.
Dzieci często mnie odwiedzają. Bardzo lubię swoje synowe. Moją największą radością są wnuki i wnuczki. Przy nich czuję się dużo młodsza.

Pallotynem jest także mój najmłodszy brat, Seweryn Koszyk. Pracuje w USA. Był kapelanem w szpitalu, a po przejściu na emeryturę i operacji zajmuje się ubogimi. W latach 60 zajmował się powołaniami; być może to właśnie on zachęcił Janka do wstąpienia do pallotynów. Janka już w czasie chrztu ofiarowałam Bogu i przeczuwałam, że pójdzie drogą kapłańską. Krzysztof zdecydował się wstąpić do seminarium dopiero kiedy stwierdził, że „jest już gotowy”.
Nasz dom był zawsze otwarty dla wszystkich. Przez kilkanaście lat na wakacje przyjeżdżało ponad czterdzieścioro dzieci z Warszawy. Nasza rodzina mieściła się w jednym pokoju, nawet nieraz wychowawczyni spała z nami. Pozostałe pokoje i strych zajmowały dzieci, często z rozbitych, nieszczęśliwych rodzin, z domów dziecka. Mimo trudnych warunków było bardzo wesoło.

R. – Jak Pani przyjęła decyzję synów o wyjeździe na misje?
K.S
.
– W chwili wyjazdu dziecka w dalekie strony każda matka przeżywa chwile bojaźni, lęku i niepewności. Ja także je przeżywałam, ale towarzyszyła mi myśl, że skoro taka jest wola Boża, to Pan Bóg ich poprowadzi. Mimo wszystko było to bardzo ciężkie przeżycie, szczególnie kiedy wyjeżdżał Janek. Bałam się jak w tym dalekim, nieznanym kraju przyjmą mojego syna-misjonarza. Wyobrażałam sobie, że tam żyją same dzikusy. Przerażała mnie odległość, to że nie będzie go można odwiedzić, ani pielęgnować gdyby zachorował. Krzysztof, przyjmując święcenia, nie myślał o wyjeździe. Nie wiem, co skłoniło go do zmiany planów. Przypuszczam, że chciał sprawdzić siebie. W Brazylii przez rok pracowali w jednej parafii, tak, że Krzysztofowi było łatwiej przy bracie poduczyć się języka i poznać tamtejszą obyczajowość.

R. – Jak Pani sobie wyobrażała ich pracę na misjach?
K.S.
– Powołanie kapłańskie nie jest pracą zawodową, tylko posługą kapłańską i duszpasterską. Jeśli Pan Bóg powołał ich do tej posługi, to jest to jednoznaczne z tym, że swoim życiem i działaniem będą potrzebni, w każdym miejscu, gdzie ich pośle Kościół. Posługa na misjach wymaga większego trudu i poświęcenia się, a o takiej pracy zawsze marzyli moi synowie, Jan i Krzysztof. Obawiałam się, że praca ta będzie trudna i niebezpieczna.

R. – Czy wizyta w Brazylii uspokoiła Pana obawy?
K.S.
– Wprawdzie ich listy i przyjazdy na urlopy co 3 lata częściowo uspokajały mnie, ale całkowicie uspokoiłam się dopiero po krótkim pobycie u nich w Brazylii. Dzięki ofiarności wspaniałej katoliczki z zagranicy, która po zapoznaniu się z misjami pallotynów w Brazylii ofiarowała mi bilet do Brazylii i z powrotem, mogłam spełnić swoje ciche marzenie wyjazdu do Brazylii.

R. – Jak Pani została przyjęta przez Brazylijczyków?
K.S.
– Byłam w Rio de Janeiro. Zostałam przyjęta bardzo gorąco i spontanicznie przez parafian moich synów. Cieszyli się, że przyjechała mama „ich” księdza. Brazylijczycy to ludzie otwarci, szczerzy, bardzo przyjaźnie nastawieni i gościnni. Chcieli, żebym im wszędzie towarzyszyła, ale bez Janka nie potrafiłam się porozumieć. Byłam bardzo szczęśliwa, widząc z jaką serdecznością, życzliwością i głębokim szacunkiem traktują moich synów i mnie. Dla mnie jako matki wielką radością było, kiedy widziałam, że moi synowie są tam lubiani i szanowani.

R. – Jakie wrażenie zrobiła na Pani Brazylia?
K.S.
– Brazylia to kraj olbrzymi i gorący, o pięknych krajobrazach i bujnej roślinności. Upały daje się znieść, bo powietrze jest wilgotne. Byłam tam akurat w środku lata czyli wtedy, kiedy w Polsce jest zima. Dzięki życzliwości różnych ludzi zwiedziłam Rio de Janeiro i okolice. Oprócz pięknych krajobrazów i przyrody, wielkiego bogactwa widziałam też straszną, bardzo „rzucającą się w oczy” nędzę mieszkańców biednych dzielnic miasta.

R. – Czy polscy księża są lubiani w Brazylii?
K.S.
– Nasi księża są bardzo lubiani i poważani. Bardzo spodobała mi się spontaniczność Brazylijczyków i ich pełne zaangażowanie we wspólnych modlitwach i Eucharystii. Widziałam u swoich synów, pomimo ich fizycznego zmęczenia, wielką radość z tej posługi misyjnej. Taką samą radość i satysfakcję zauważyłam u innych misjonarzy polskich, z którymi się spotykałam.

R. – Jak to jest „być Mamą dwóch misjonarzy”?
K.S.
– Jest to wielka łaska Boża, której dostąpiłam poprzez moich dwóch synów, Jana i młodszego Krzysztofa. Cieszę się z tego bardzo i dziękuję Bogu za ten wielki dar dla mnie i mojej rodziny. W modlitwie zawsze pamiętam o moich synach misjonarzach, prosząc o błogosławieństwo na każdy dzień ich posługi kapłańskiej i duszpasterskiej na misjach.

R. – I my przyłączamy się do tej modlitwy. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia z archiwum pani Kazimiery Sopickiej