Jadę do Boram Drukuj Poleć znajomemu

Kolejny etap mojej przygody dopełniał się. Czas pobytu w dżungli dobiegał końca, chociaż jeszcze nie wiedziałem o tym. Zaplanowałem nawet serię rekolekcji w sąsiedniej stacji Ulupu u polskiego werbisty, ks. Zygmunta Szmidta.

Pewnego wieczoru czytałem swoją korespondencję, otworzyłem list od swojego współbrata, ks. Krzysztofa Morki, informujący mnie o otrzymaniu pierwszej pallotyńskiej parafii. Nie domyślałem się jeszcze, że spotka mnie zaszczyt bycia pierwszym pallotyńskim proboszczem w Papui Nowej Gwinei. Później dopiero przekonałem się na własnej skórze, że nie jest to zaszczyt a raczej trudny obowiązek.
Mój przyjazd do stacji Boram będzie zawsze dla mnie miłym wspomnieniem.

Kiedy znalazłem się w dzielnicy Boram, zobaczyłem kościół, stojący przy drodze wiodącej na lotnisko. Zatrzymałem się przy sklepie Bruna - Chińczyka, który od dwudziestu lat prowadził biznes w tym mieście. Mała grupka młodych chłopaków stała przy sklepie. Pomyślałem, że podejdę do któregoś z nich i zapytam o plebanię. Wysiadłem szybko z samochodu, podszedłem do jednego z chłopaków i zapytałem, gdzie jest „dom ojców”. Spojrzał na mnie, ocenił i powiedział: „Daj mi 2 kina, to ci pokażę”. Uśmiechnąłem się i poszedłem dalej. Oczywiście trafiłem, bez żadnego problemu, na plebanię. Następnego dnia, kiedy szedłem, aby odprawić swoją pierwszą Mszę św. w kościele parafialnym...

...przechodziłem tą samą drogą, obok wspomnianego wcześniej sklepu, gdzie spotkałem tego samego chłopaka, który wcześniej chciał 2 kina za pokazanie drogi. Tym razem jednak byłem ubrany w białą sutannę. Podszedłem do chłopaka i podałem mu rękę. Powiedziałem: „My to już się chyba znamy”. Zobaczyłem zmieszanie w jego oczach. Inny z chłopaków powiedział do niego: „To ten biały, co wczoraj chciałeś od niego 2 kina”. Oczywiście rozpoznaliśmy się obaj. Poszedłem do kościoła odprawić Mszę św. Kiedy po skończonej Mszy wszedłem do zakrystii czekał na mnie ten chłopak, trzymając w ręce 2 kina. Ten gest przeproszenia, bardzo często można zauważyć w Papui Nowej Gwinei.

Nowa rzeczywistość, w jaką wchodziłem, była wyzwaniem, bo przecież jeszcze nie tak dawno temu uczyłem się lokalnego języka, nie wiedząc nic o tych ludziach. A teraz miałem stanąć przed nimi jako ich duszpasterz. Bałem się tego zadania. Liczyłem, że może ks. Krzysztof jako, że był moim przełożonym przejmie też funkcję proboszczowską. Niestety - musiałem jako pierwszy tworzyć to dzieło.
Parafia Boram znajdowała się w dość ciekawym miejscu. Była jedną z czterech parafii miejskich należących do miasta Wewak. Leżała malowniczo u wybrzeża Oceanu Spokojnego.

W jej granicach mieściły się: szpital, więzienie, lotnisko, koszary wojskowe, a także dwa osiedla policyjne. Życie religijne samej parafii skupiało się w czterech tzw. eriach. Eria pierwsza to Boram - należały do niej główny kościół, plebania, szpital, lotnisko i około dziesięciu wiosek. Poszczególne wioski dzieliły się jeszcze na cztery tzw. poderie.

Wioski należące do eri Boram to Krir, Krir droga szkolna, Krir market, Malasi, Makon, obozy Korogu, Kandinge, Elboki, Kis, DCA, Lain kokonat, Pangu camp.
Druga z większych erii to Perigo. Odległa o niecałe pięć kilometrów od głównej stacji. Tutaj znajdował się obóz policyjny. W swoich granicach skupiała około 15 wiosek. Głównie zamieszkiwała go ludność z okolic Kubalii, Turinghi (parafia obsługiwana także przez pallotyna ks. Andrzeja Koźmińskiego, a w późniejszym czasie przez ks. Darka Woźniaka).

Kolejna eria to CIS Komwoks, mieszcząca więzienie i rodziny strażników, którzy pracowali w tym więzieniu. Należała do niej także wioska Komwoks. Z racji położenia jej mieszkańcy mieli najbliżej na Mszę św., odprawianą na terenie więzienia.
Ostatnią erią, należącą do parafii Boram, była tzw. Masoma z wioskami Mandi, Maur, Sawarin.

Życie religijne parafii było organizowane przez erie. Każda eria miała swój określony program religijny, który wcześniej był przedstawiany i dyskutowany na sobotnich spotkaniach liderów. Poszczególne erie organizowały cotygodniowe spotkania modlitewne. Wszystkie te spotkania były prowadzone przez ludzi świeckich. Chociaż obecność księdza mile widziano, było niemożliwe, abym uczestniczył we wszystkich spotkaniach wszystkich grup.

c.d. n.
Zdjęcia: ks. Dariusz Woźniak SAC, Jacek Kustal