|
R. – Jakie były początki pracy księdza w Brazylii? K. – Mój wyjazd do Brazylii poprzedził 7-letni okres pracy w Portugalii. Byłem już obyty z językiem i pracą parafialną, trochę inną niż w Polsce, także wśród młodzieży, toteż ze względów językowych moje początki w Brazylii nie były takie trudne. Natomiast zupełnie inna jest rzeczywistość brazylijska i europejska. Brazylia to kraj szczególnie widocznych różnic między bogatymi i biednymi, wykształconymi i analfabetami. Prawie 35% Brazylijczyków jest analfabetami. Ze 180 mln ludności Brazylii 35% to ogromna liczba. Ja właśnie miałem możliwość spotkać się z takimi ludźmi. Po 6 miesiącach pracy jako wikariusz w parafii Matki Bożej Fatimskiej w Niteroi zostałem mianowany proboszczem na faveli w Rio de Janeiro, uchodzącej za najbardziej niebezpieczną w całym mieście. Rio liczy sobie ok. 12 mln mieszkańców, a na „mojej” faveli jest ich ok. 40 tys. Kościół nosi wezwanie Matki Bożej Żeglarzy (Nossa Senhora dos Navegantes), bo kiedyś faktycznie dochodziło tu morze, aż do obrzeży autostrady Avenida Brasil. Potem teren ten został wysuszony.
R. – Jak Ksiądz został przyjęty przez mieszkańców faveli? K. – Od początku zostałem przyjęty bardzo gościnnie, co wcale nie znaczy, ze potem nie musiałem przeżywać różnego rodzaju trudności i stresów. Z uwagi na ludzi, którzy zamieszkują favelę, na położenie nie jest tu zbyt bezpiecznie. Koledzy mówili, żeby w razie...
...niebezpieczeństwa wracać, ale ja pomyślałem „Raz kozie śmierć”. Najgorsze co mogą mi zrobić to zabić. Okazało się, jednak, że z tym zabiciem to nie tak łatwo, by tak szybko wznieść się na ołtarze.
Ludzie, którzy tam mieszkają, mają niesamowity respekt dla księdza katolickiego. Jak widzą, że ksiądz pracuje, interesuje się nimi, pozdrawia ich, próbuje zawsze jakoś pomóc, nie tylko duchowo, ale i materialnie, to otwierają serce i to serce podają na dłoni. Tak tam było. Ludzie zaczęli organizować kolacje dla najbiedniejszych, jakieś koce, torby z podstawowym jedzeniem. Zorganizowaliśmy kurs, który pozwolił młodzieży uzupełnić szkołę średnią, zaakceptowany przez państwo, tak, że mogli potem składać egzaminy na studia wyższe. Kurs, z ponad 300 osobowej grupy młodzieży, ukończyło 170 osób i z tego prawie połowa dostała się na studia wyższe. Rzadko zdarza się, by ktoś z faveli poszedł na studia.
Na favelach jest dużo mafiozów. Nieraz zdarzało się, że ci panowie z mafii dzwonili i ostrzegali: „Proszę księdza, niech dzisiaj skończą przed 10.00, bo będzie strzelanina”. Jak pytałem kto mówi – odkładali słuchawkę. Profesorowie, którzy tam uczyli, nie wierzyli; mówili: „To niemożliwe, żeby kogoś ostrzegali”. Zmienili zdanie, kiedy któregoś dnia mnie nie było i ponieważ nikt nie odbierał telefonu, mafiosi przyjechali pod kościół i kazali skończyć przed 10.00, bo na ulicy będzie niebezpiecznie. Kiedy nauczyciele mówili: „Co ty opowiadasz, przecież my tu mieszkamy”, jeden z nich odsłonił swój płaszcz, pełen pistoletów i granatów. Przestraszyli się wtedy niesamowicie.
Prawie codziennie można znaleźć trupa albo człowieka z odciętą ręką, jeśli nie rozliczył się ze sprzedaży narkotyków, albo zamordowanego przez samych narkomanów. To były wewnętrzne porachunki mafii i ludzi od niej uzależnionych. Natomiast mafia nie tykała ludzi postronnych. Najwięcej zamieszania robiła tam policja, która jest skorumpowana i przyjeżdżała nie tylko łapać handlarzy narkotyków czy narkomanów, ale także, by im płacono jakiś haracz. Jeśli wywiązywała się strzelanina między policją i bandytami często ginęli przypadkowi ludzie.
R. – W jakim stanie była parafia kiedy Ksiądz tam przyszedł? K. – W momencie kiedy przyszedłem na parafię, zastałem ją w stanie raczej opłakanym: kościół na zewnątrz i wewnątrz zaniedbany, salki katechetyczne z dużą ilością śmieci, porozwalane krzesła. Trzeba było zaraz zacząć pracę. Bardzo dużo pomogli nasi pallotyńscy klerycy. Po mnie parafię przejął ks. Adam Kowalik. Doprowadził ją do takiego stanu, że kościół wygląda jak w dobrej dzielnicy Rio de Janeiro.
R. – Dokąd ksiądz przeszedł z faveli? K. – Po 10 miesiącach pracy na faveli zostałem mianowany do pracy w Niteroi w parafii leżącej nad oceanem, można powiedzieć uprzywilejowanej, przepięknej: ma 7 plaż, 10 kościołów, rozległy teren. Na pozór sielanka, ale tak nie jest. To nie jest typowa parafia. Często znajomi księża pytają: „Ilu ludzi mieszka w twojej parafii?”. Mówię: „Czterdzieści dwa tysiące”. To nie znaczy, że to są „moje” dusze. To są ludzie, którzy pracują czy mieszkają w Rio de Janeiro i tu przyjeżdżają na weekend, żeby odpocząć. Oni nie są zainteresowani kościołem, ale plażą i odpoczynkiem. Często nawet w ciągu tygodnia chodzą do kościoła, ale w weekend nie pójdą. To jest ciężka praca - wytłumaczenie im, że to niedziela jest dniem Pana; nie poniedziałek, nie wtorek czy inny dzień, ale właśnie niedziela.
Drugi problem to katecheza. Najczęściej prowadzą ją odpowiednio przygotowani ludzie świeccy. Problem polega na tym, że katecheza jest prowadzona tylko do I Komunii św. W tym okresie dziecko powinno też uczyć się Boga w rodzinie, a w momencie kiedy dorasta, staje się młodzieżą i zadaje sobie bardzo dużo pytań na temat swojej wiary, spotyka się z różnymi sektami i kultami pogańskimi, wtedy nie ma im kto pomóc. Mają jeszcze potrzebę małżeństwa, chrztu dziecka, ale dwu czy trzygodzinne przygotowanie niczego nie załatwia. Praca misjonarza czy jakiegokolwiek księdza polega na tym, by ustawić w swojej parafii takie struktury, które towarzyszyłyby człowiekowi nie tylko w okresie przygotowania do sakramentów, ale we wszystkich momentach życia. Ja właśnie szczególnie od tej strony staram się pracować - zorganizować strukturę pracy, żeby ludzie mogli otrzymywać właściwą orientację duchową: matek w ciąży, młodych małżeństw, narzeczonych, którym cały czas się mówi, że powinni używać prezerwatyw, żeby się uchronić od chorób wenerycznych lub AIDS, tymczasem nie mówi się kompletnie nic na temat wstrzemięźliwości, panowania nad instynktami. Kobietom młodym bardzo często nie mówi się o modlitwie, potrzebie integracji rodziny, mówienia dziecku o Panu Bogu. Bardzo często mówienie na temat seksu staje się bardziej naturalne niż mówienie o Panu Bogu.
Staramy się, żeby dziecko miało w każdą rocznicę urodzin możliwość spotkania się ze swoimi rodzicami chrzestnymi w kościele. Od piątej rocznicy powinno już brać udział w katechezie. Potem przedszkole katechetyczne (rok lub dwa), potem dwa lata przygotowania do I Komunii św. i potem tzw. „przetrzymywanie” do 14 i dalej do 18 lat, grupy akademickie, które pracowałyby w parafii i pomału tworzyły elitę parafialną. W tej chwili mamy w parafii kilkadziesiąt grup o różnych zainteresowaniach. Wystarczy tylko kilka słów, wskazówek księdza, ukierunkowania, by bez jego obecności wszystko samo funkcjonowało. Jednym z większych problemów jest brak struktur dobroczynnych – jest to problem Kościoła na całym świecie. Przychodzą biedni - nie ma miejsca, gdzie mogliby przenocować, nie ma pracy, którą można im dać. Jest tylko kromka chleba, jakaś zupa i drobny grosz, który nie wiadomo czy nie będzie przeznaczony na narkotyki czy alkohol. Żeby mówić o Chrystusie najpierw należałoby zaspokoić głód i podstawowe potrzeby materialne. Trzeba zostać przyjacielem człowieka i potem mówić o Chrystusie, bo jak zaczniemy w tej biedzie mówić o naszej wierze, nic nie starając się zrobić, będzie to często tylko tzw. próżne gadanie. Jak mówił ks. prymas Wyszyński: „Nie można przekazać wiary bez mieszania się w życie ludzkie.” Nie można ograniczyć Kościoła tylko do zakrystii, tak jak nie sposób oddzielić w człowieku modlitwy, życia wewnętrznego, postępowania moralnego, jego potrzeby zaspokojenia głodu czy wypoczynku. Nie można robić obozu koncentracyjnego dla tych co mają nabożeństwo do Pana Jezusa, do Matki Bożej czy jakiegoś świętego. To jest jeden Kościół, który powinien interesować się wszystkimi sprawami człowieka. W Brazylii ten problem został doprowadzony do granic ekstremalnych, do teologii wyzwolenia. Przewodnicy, którzy bardzo często źle zrozumieli ten aspekt społeczny, przechylili wagę na stronę materialną. Zapomnieli zupełnie o modlitwie, o przebaczeniu i pojednaniu. Wywołali wojnę między bogatymi i biednymi, co nie doprowadziło do niczego.
Drugi ekstremalny „przechył duchowy”, popularny w Brazylii, to wszystko powierzyć Panu Bogu i nie interesować się zupełnie niczym. Różne sekty tworzą wrażenie bezpieczeństwa ludzi, mówiąc: „Módl się do Pana Boga, to on ci da; nie buntuj się”. Popiera je często rząd. Człowiek pójdzie do kościoła, zostanie postraszony piekłem albo pod płaszczykiem robienia kariery materialnej zostanie wykorzystany przez sektę. Ten człowiek nie ma praktycznie żadnego przewodnika, który by mu pomógł. To właśnie jest zadanie misjonarza – wypośrodkowanie tych wszystkich ekstremalnych punktów. To jest bardzo trudne; często nie daje snu w nocy, jak się widzi tych bardzo bogatych i bardzo biednych, brak księży, brak zainteresowania, żeby wszystkie warstwy ludzi były jednakowo prowadzone aż do osiągnięcia jakiejś pełni. Jeśli pracuje się serio, to sekty często muszą się wycofać.
R. – Czy cechy Brazylijczyków, ich charakter warunkują sposób odprawiania Mszy św.?
K. – Brazylijczycy to ludzie ekstrawertyczni, otwarci, Potrzebują ekspresji swojej wiary. Ekspresję daje im muzyka, karnawał, piłka nożna, gesty. Jeśli Kościół będzie martwy, to ludzie będą odchodzić. Dla Brazylijczyka bardzo ważny jest śpiew i gest. To, co mówię jako ksiądz, jak odprawiam Mszę św. (ma być pobożnie) jest bardzo ważne, ale ¾ Mszy św. to muzyka. Jak istotny to element świadczy popularność ks. Marcelo Rossi, który podbił śpiewem serca Brazylijczyków – sprzedał w ciągu 3 miesięcy 3,5 mln płyt ze zwykłymi pieśniami oazowymi. Na jego Msze przychodzi 40-60 tys. ludzi. To wynika ze zrozumienia języka, jakiego potrzebują Brazylijczycy. My też wykorzystujemy muzykę. Nasze spotkania przy muzyce, śpiewie, krótkim Słowie Bożym, otwartość prowadzą do tego, że liczba ludzi dwoi się i troi. Włączają się do działania grupy modlitewne, które urabiają ludzi. Organizują spotkania, rekolekcje, wspólne wyjazdy. To za mało chodzić w niedzielę na Mszę św. – potrzeba zagłębienia się w wierze, czytania, pokonywania swojej ignorancji i poszukiwania prawdy , nieegoistycznej, ale prawdy obiektywnej. Musi być zawsze jakiś początek – coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia czy kwiatek w narzeczeństwie i właśnie te śpiewy, zespoły, grupy są czymś takim. Z takiej Mszy człowiek wychodzi zadowolony, nie czuje kiedy minęły 2 czy 3 godziny. Wraca do domu i tęskni za następną. Potem następuje udział w spotkaniu: mówią o Biblii, swoich przeżyciach, dostają konkretne wzory do naśladowania. Tam się pogłębia ich wiara.
R. – Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Jolanta Fidura Zdjęcia ks. Adam Golec SAC, Zdzisław Sowiński |