Strona główna arrow Rok 2000 arrow Nr 10 (1/2000) arrow Rozmowa z ks. Tadeuszem Wojdą SAC
Rozmowa z ks. Tadeuszem Wojdą SAC Drukuj Poleć znajomemu

ROZMOWA Z KS. TADEUSZEM WOJDĄ SAC
SEKRETARZEM GENERALNYM ds. MISJI STOWARZYSZENIA APOSTOLSTWA KATOLICKIEGO

R. – Jako Sekretarz Generalny ds. Misji Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego odwiedza Ksiądz różne placówki misyjne. Co, według Księdza, sprawia misjonarzom najwięcej trudności?
K.
– Każdy kraj ma swoją specyfikę, ale pewne utrudnienia są wspólne. Niewątpliwie podstawową trudno-ścią jest język. Przed wyjazdem do kraju misyjnego misjonarz musi poznać jeden z języków zachodnich, a potem język miejscowy, często kilka. Właśnie nauka języka miejscowego bywa najtrudniejsza. W niektórych krajach można pracować w oparciu o znajomość angielskiego, francuskiego czy hiszpańskiego.
Inną trudnością jest poznanie i przyswojenie sobie miejscowej kultury. Nie jest łatwo misjonarzowi wyzbyć się schematów własnej kultury, aby wcielić się w nowe realia. Inkulturacja misjonarza jest jednak niezbędna. Jeśli ona nie nastąpi, jeśli misjonarz...

... nie odnajdzie się w nowej kulturze, nie będzie w stanie pracować efektywnie. Jego duszpasterstwo będzie miało więcej z próby przeszczepienia własnej kultury aniżeli z zasiewu Ewangelii w kulturę miejscową. A przecież chodzi o to, aby Ewangelia zaszczepiona w kulturę miejscową mogła tę kulturę przekształcić tak, aby stała się ubogaceniem dla całego Kościoła.
Poznanie i przyswojenie sobie kultury miejscowej, elementów w jakich ona się wyraża, jej wartości, pryncypiów pozwoli na wypracowanie włąściwych metod pracy misyjnej. Niezbędną rzeczą jest też poznanie tradycji miejscowego społeczeństwa.
Kolejną trudnością są wierzenia miejscowe – tutaj bardzo potrzebna jest znajomość antropologii religii, aby umieć oceniać zjawiska kulturowe, zachowania, z którymi misjonarz spotyka się na co dzień. Papież podkreśla w „Evangelia nuncianda” czy „Redemptoris missio”, że najpierw trzeba starać się poznać kulturę i religię miejscową, poszczególne elementy i to co możliwe akceptować, by inkulturować chrześcijaństwo, inkulturować Ewangelię. Zdecydowanie nie można aprobować tego, co jest przeciwne naszej wierze chrześcijańskiej.

R. – Czy formy przygotowania misjonarzy są wystarczające?
K.
– Różnie bywa z przygotowaniem misjonarzy.Najczęściej otrzymują oni tzw. formację podstawową.Na pewno nie jest ona wystarczająca, niemniej jednak ogromnie pożyteczna , zwłaszcza na początku. Pobyt na miejscu ułatwia studium i poznanie miejscowej religii, kultury.
Często bywa tak, że dla nowych misjonarzy, którzy przyjeżdżają do danego kraju misyjnego, obok kursu języka, organizowane jest studium z zakresu antropologii, kulturoznawstwa, religii, filozofii, oraz innych dziedzin, niezbędnych do pracy ewangelizacyjnej. Jest to niezbędnie konieczne tam, gdzie misjonarze docierają po raz pierwszy z Ewangelią i gdzie trzeba umożliwić miejscowej ludności poznanie i zrozumienie chrześcijańskiego pojęcia Boga, Chrystusa i Jego Ewangelii, zbawienia, itp. 

R. – Jak Ksiądz ocenia tych ludzi, wśród których działają misjonarze? Na ile Ewangelia została przez nich zrozumiana?
K.
– Dotykamy tu  ważnej sprawy, którą jest nawrócenie i osiągnięcie dojrzałości w wierze. Jest to proces trwający dłuższy czas. Podczas moich podróży "misyjnych" zauważyłem, że kościoły młode odznaczają się wielkim żywiołem, ludzie chętnie przychodzą, modlą się, uczestniczą w liturgii, w katechizacji, cieszą się. Urzekająca jest liturgia Mszy św. – ich śpiew, tańce, spontaniczne reagowanie jest tak niesamowite, że wzrusza do głębi. Aby zgłebić wiarę oczywiście potrzebują dłuższego kontaktu z Kościołem, bo trudno wymagać, aby w ciągu kilku czy kilkunastu lat całkowicie posiedli chrześcijańskiego ducha, całkowicie dostosowalki swoją mentalność, sposób życia do zasad, jakich uczy  nas Ewangelia i chrześcijaństwo. Sam fakt, że włączają się tak żywiołowo i spontanicznie w liturgię i życie Kościoła, jest wspaniałym zadatkiem ich wiary chrześcijańskiej. Potrzeba tylko czasu, aby ona przeniknęła do głębi ich serca.

Zdarza się, że że ten proces ich dojrzewania chrześcijańskiego jest niekiedy wystawiony na wielką próbę. Mam tu na mysli takie sytuacje, jak: walki plemienne, wojny domowe i międzynarodowe, napięcia międzywyznaniowe, skandale moralne, a także cały szereg form oddziaływan i "presji" sprzecznych z duchem chrześcijańskim, jakie wywierane są najczęściej przez pewne środowiska z krajów wysoko rozwiniętych. należy ich podziwiać, że mimo wspomnianych prób, zachowują wiarę. Wydarzeniem bez precedensu jest Rwanda. Wojna, jaka miała tam miejscew 1994 roku, wyrządziła wiele szkody w życiu duchowym nie tylko katolików czy chrześcijan, ale wszystkich Rwandyjczyków. Doświadczenia masowych mordów ludności, bestialskiego zabijania, dręczenia, wyrządzania krzywd, spowodowały, że ci ludzie stali się zamknięci, smutni, nieufni nawet wobec księży i sióstr, ale głównie miejscowych. Wielu z nich straciło sens życia, porzuciło wiarę bądź też powróciło do praktyk pogańskich.

W innych krajach tego się nie odczuwa. Jak tylko pojawia się misjonarz czy misjonarka ludzie bardzo chętnie przychodzą, zatrzymują się, rozmawiają. Często biały misjonarz bywa jednak identyfikowany z dobrami materialnymi. Podobnie też i Kościół na misjach postrzegany jest niekiedy jako instytucja charytatywna, a to dlatego, że organizuje na szeroką skalę pomoc potrzebującym, często niezależnie od ich wyznania. Należy jednak przeciwdziałać takiemu utożsamianiu Kościoła, weryfikując między innymi metody pracy ewangelizacyjnej.

R. – Czy mógłby jeszcze Ksiądz powiedzieć kilka słów o misjach pallotynów z innych krajów?
K.
– Pallotyni pracują m.in. w Indiach, Australii, wśród Aborygenów – mają tam 2 parafie. Misje te są bardzo trudne, gdyż jest to region zachowany w dość pier-wotnym stanie, gdzie ludzie chcą zachować własną kulturę, własne wierzenia. Trwanie przy wierzeniach tradycyjnych jest też formą obrony własnej tożsamo-ści w australijskiej rzeczywistości społeczno-politycznej.
Najmłodszą pallotyńską placówką misyjną jest niedawno otwarta misja w Mozambiku. Misja ta na samym początku przeżyła dramat. Jeden z dwóch misjonarzy, którzy wyjechali w styczniu 1999 r. po niespełna miesiącu pracy zmarł. Był taki moment bardzo trudny, w którym ważyły się nawet losy co do przyszłości tej misji.  Misja została uratowana, gdyż zaraz po Mszy św. pogrzebowej, na apel prowincjała macierzystej prowincji, zgłosiło się dwóch chętnych. Krótko potem wyjechali. Pracę misyjną w Mozambiku prowadzi więc trzech księży.

R. – Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia archiwum