Strona główna arrow Rok 1999 arrow Nr 9 (4/1999) arrow Rozmowa z o. Nikodemem Kilnarem OSPPE, c.d.
Rozmowa z o. Nikodemem Kilnarem OSPPE, c.d. Drukuj Poleć znajomemu

Rozmowa z ojcem Nikodemem Kilnarem OSPPE, misjonarzem w RPA
Dalszy ciąg rozmowy zamieszczonej w numerze 8 „Horyzontów Misyjnych”

R. – Czy wymagania odnośnie sakramentów są uproszczone czy też stosuje się je w pełnym wymiarze?
K. – W pełnym wymiarze. Oni są wyczuleni na te kryteria i wiedzą, że jeśli np. nie mają ślubu, chodzą do kościoła, ale nie przystępują do sakramentów. Wiedzą, z czego trzeba się spowiadać. Bywa, że na jednym spotkaniu jest nawet 100 chętnych. Problemem jest udział mężczyzn w sakramentach – nie ma ich wcale w kościele lub jest niewielu.

Zulusi są wojownikami i trudno przyzwyczaić ich do systematycznego uczęszczania na Mszę św., modlą się sporadycznie. Są też bardzo leniwi, jeśli chodzi o wymagania praktyk religijnych, choć zdarzają się mężczyźni pobożni.

Z mojego doświadczenia wiem, że jeśli uda się zaangażować chłopców wtedy, kiedy dojrzewają i zwykle odchodzą, to już zostają w Kościele. Nieraz na Mszy św. było 2 mężczyzn, teraz jest ich około 20. Jeden drugiego inspiruje. Muszę też używać różnych ...

... sposobów, np. w jednej z wiosek chłopcy prosili, żeby im kupić piłkę. Powiedziałem im: ”Dobrze, ale chciałbym, żebyście przyszli na Mszę św.”; piłkę kupiłem, oni przyszli i już teraz przychodzą stale.

Chodzi o to, by złapać odpowiedni moment, żeby powstała więź między nimi i księdzem. Może to być np. wycieczka. Potrzeba, aby księża jak najczęściej kontaktowali się z nimi, by oni nie bali się księdza, mieli zaufanie. Trzeba być wśród nich jak najczęściej i zawsze mieć dla nich czas.

Nasze 14 wiosek podzieliliśmy między siebie – ja mam pod opieką 5. Na ich terenie jest 7 szkół państwowych, w tym liceum. Wprowadziłem Mszę św. na początku i na końcu roku za zgodą dyrektora i nauczycieli. Nie wszyscy są katolikami, ale to nikomu nie przeszkadza. Mówię, że przyjdę się pomodlić za nauczycieli o światło Ducha Świętego i moc, żeby wytrwali w tej szkole oraz za dzieci. Tak im się to spodobało, że teraz sami przygotowują piękną liturgię. Mam wtedy możność dotrzeć do każdego.

Oni widzą, że kapłan mówi w języku zrozumiałym dla nich, że śpiewa i tańczy z nimi, że jest dla nich bratem i przyjacielem. Jest to moment, dzięki któremu potem wiele osób przychodzi do kościoła. Dużo dzieci jest ochrzczonych, ale potem rodzice nie interesują się nimi. Dopiero widząc mnie idą do kościoła. Warto i piłkę kupić, by ich zachęcić. Nie jest to przekupstwo, bo oni mają niezwykle ograniczone potrzeby egzystencjalne – nie być głodnym. Często przychodzą do misji po wsparcie, np. spali im się dom i nie mają nic.

R. – Ojciec mówił, że w szkołach są dzieci różnych wyznań. Czy nie ma tam np. wyznawców islamu, którzy czują się obrażeni mszą katolicką czy znakiem krzyża?
K.
– Nie, większość dzieci pochodzi z rodzin chrześcijańskich. W RPA Kościół katolicki mógł działać dopiero jakieś 150 lat temu. Wcześniej byli protestanci, którzy zabraniali tu wejścia misjonarzom katolickim. Toteż jak tylko pojawiła się możliwość ewangelizowania, misjonarze katoliccy zaczęli od nawracania ludzi czarnych, co wcześniej, poza małymi farmami nie było praktykowane.
Kościół katolicki poszedł wszędzie. Oni generalnie są bardzo religijni. W szkołach, w których byłem, widziałem, że dyrektor prowadzi modlitwę wspólną przed lekcjami. Czyta fragment Pisma św., wszyscy modlą się w skupieniu i ze śpiewem rozchodzą się do klas.

R. – Czyli ekumenizm w praktyce?
K.
- Tak. Jest to duża szansa pozyskania tych ludzi dla Kościoła. Oni żyją w doskonałej symbiozie, nawet sekty afrykańskie nie są wrogo nastawione do Kościoła. Na pogrzebach wszyscy żegnają się i odpowiadają poprawnie, także ci z innych kościołów. Nie są agresywni. Jako ksiądz nie czuję się zagrożony niechęcią do Kościoła, jestem dobrze przyjmowany. Tu nawet urzędy państwowe zachęcają, żeby wprowadzać do szkoły Ewangelię, zasady życia moralnego. Prezydent Mandela miał spotkanie z biskupami, na którym podkreślał wpływ Kościoła i religii na życie społeczeństwa.

W Afryce Południowej jest wiele kradzieży, rozbojów, napadów, zabójstw, toteż Kościół może wiele pomóc w wychowaniu społeczeństwa. W problemie walki z AIDS też Kościół może pomóc. Oni widzą, że przestrzeganie przykazań, do czego nawołuje Kościół to dla nich szansa rozwoju, ich pomyślna przyszłość. Bóg dając nam swoje przykazania, chroni nas i czyni nasze życie bardziej ludzkim. Sens w tym, by nie zagubić tego, co w tym wszystkim najważniejsze.

R. – Czy sytuacje takie, że czarownicy rzucają uroki, odciągają ludzi itp. zdarzały się Ojcu?
K.
– Instytucja sangoma (czarownika) istnieje do dzisiaj i ma duży wpływ. Gdyby to była tylko forma leczenia! My jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że mamy szpital, który bardzo pomaga miejscowej ludności, łącznie z dawaniem leków za darmo najbiedniejszym. Za pobyt w szpitalu są tylko niewielkie opłaty. Ludzie wiedzą już, że tu doświadczają ulgi w cierpieniu, że ta forma leczenia jest dobra. W sytuacjach beznadziejnych, wielu udaje się do czarowników. Piją przeróżne mieszanki kory czy ziół, które powodują czasem zatrucia. Był kiedyś taki przypadek, że czarna pielęgniarka skierowała kogoś do sangomy i osoba ta zmarła. Czasami udaje się kogoś uratować w ostatniej chwili w szpitalu. To jest bardzo silne w ich tradycji i trudno to przełamać. Ci, którzy są katolikami, a korzystają z usług czarownika, wiedzą, że muszą się z tego spowiadać.
Służby medyczne nie zawsze mogą dotrzeć do miejsc trudno dostępnych. Jest też problem kształcenia ludzi w tym kierunku. To jest kosztowne.

R. – Czy ludzie idą najpierw do sangomy czy do szpitala?
K.
– Zależy gdzie i kto czego doświadczył. W górach, gdzie nie ma szpitala czy jest bardzo daleko, często korzystają z pomocy tradycyjnych uzdrawiaczy.

R. – Czy ich działalność ogranicza się tylko do leczenia czy też np. w przypadku, gdy ktoś zrobi coś złego wskazują winnego faktycznego czy kogoś niewygodnego lub też rzucają „urok”?
K.
– Trudno powiedzieć, bo nie wszystko do nas dociera. Poza czarownikami dużym problemem jest bieda, która powoduje, że ludzie często sami wymierzają karę. Takie samosądy często kończą się zabiciem winowajcy. Mają pewne zasady, których przestrzegają. Złodziei likwidują, zabijając ich. Kradną często. W misji też mieliśmy kilka napadów. Z drugiej strony bardzo silne w nich jest pragnienie zemsty. Zabijają złodziei, ale tak samo likwidują świadków, którzy mogą im zagrażać. Mamy w misji sklepik, w którym sprzedajemy najprostsze produkty. Na górze mieszkają pielęgniarki. Kiedy napadli na sklep, one bały się bardzo zemsty. Powiedziały, że nikogo nie widziały

Wszystko wymaga czasu – potrzebnego dla nich i dla nas. Ich sytuacja egzystencjalna jest tak trudna, że często graniczy z głodem. Myślą głównie o tym, żeby mieć co jeść. Żyją w dużych skupiskach, gdzie większość ludzi nie ma pracy. Najbliższy przemysł znajduje się ponad 100 km stąd. Niektórzy znajdują pracę np. w tartaku, ale za bardzo niską zapłatę. Biali zarabiają przynajmniej 30 razy więcej.

R. – A dla białych jest praca?
K.
– Jest, z tym, że zależy to od ich przygotowania. Biali mieszkają przeważnie w dużych metropoliach, gdzie mają swoje biznesy, gdzie potrzebne jest wykształcenie, umiejętności (np. obsługi maszyn).

R. – Trzeba zaczynać od alfabetyzacji, żeby mogli zdobyć jakąś pracę?
K.
– Szkoły zaczęto już budować, ale nie wszędzie. Nie sposób, żeby w każdej wiosce istniała szkoła, szczególnie średnia. Wiele dzieci dochodzi codziennie parę kilometrów, wraca do domu, wykonuje jakieś prace i już jest noc. Szkoła jest zorganizowana na wzór angielski.
Szkoły są płatne; szkoły podstawowe mają opłaty niewielkie, ale rodzice muszą kupić strój szkolny. Jeśli jest kilkoro dzieci w rodzinie, matki nieraz nie stać na kupno stroju dla każdego – wtedy zmieniają się albo nie chodzą wcale.

I w jaki sposób są uczone te dzieci! Nie mają książek. Problemem jest kadra – nauczyciele powinni dobrze uczyć, umieć przekazywać wiedzę, a nie zawsze tak jest. Są licea, gdzie maturę zdaje 1 – 2 osoby, a nawet nikt. Wszystkie prace są wysyłane do stolicy, tam sprawdzane i oceniane. Niektórzy wysyłają dzieci do szkół prowadzonych przez zakonnice, gdzie wyniki nauczania są dobre.

RPA to trudny kraj. Czyha tu wiele niebezpieczeństw, szczególnie w miastach. Czarni, mieszkający w wioskach, są jeszcze pełni miłości i pokoju. Kiedy idą szukać pracy do miasta, łatwo wpadają w środowiska kryminogenne. Uczestniczą w wielu zabójstwach. Są ulice tak niebezpieczne, że nie da się spokojnie przejść, można tylko przejechać. Wielu białych oraz Hindusów opuściło na stałe RPA. Ci, którzy za czasów apartheidu czuli się bezpiecznie, nie widzą teraz szans stałego pobytu. Myślą o wyjeździe.

RPA to piękny kraj, o dobrym dla Europejczyka klimacie i przepięknym, zróżnicowanym krajobrazie: góry, niziny, bogata roślinność, ocean. Lato trwa cały rok. W naszym terenie jest pora deszczowa i sucha. W porze deszczowej temperatury dochodzą w dzień do 38 – 40oC w cieniu, w nocy ok. 20oC, natomiast w porze suchej (zimowej), która trwa tylko 3 miesiące wynoszą ok. 20 – 25oC w dzień i ok. 0oC w nocy. W tym okresie ludzie bardzo marzną. Palą wprawdzie ogniska, ale nie tam gdzie śpią, żeby się nie udusić – wentylacja odbywa się tylko przez dach z trawy.

R. – Jak w tak sprzyjającym klimacie wyglądają uprawy – tak źle rośnie czy Zulusi są tacy leniwi?
K.
– Z początku, ponieważ Zulusi bardzo ściśle trzymali się tradycji plemiennych, nie brali się za bardzo do pracy, szczególnie przy trzcinie cukrowej. Anglicy zatrudniali więc Hindusów, których specjalnie sprowadzali ze swoich kolonii. Ci, przez swoją pracowitość, wybili się i teraz mają swoje biznesy.

Czarni nie mają odpowiedniego przygotowania do pracy. Dużo się już zmieniło, ale wielu z nich chciałoby mieć wszystko bez najmniejszego wysiłku. Życie w tradycyjnych wioskach i respektowanie praw plemiennych pozwoliło im przetrwać. Obecne zmiany mogą się skończyć negatywnie.

R. – Czy w RPA kobieta wykonuje wszystkie prace? Co robi mężczyzna, kiedy przestał być wojownikiem i myśliwym?
K.
– Sytuacja kobiet w Afryce jest opłakana, gdyż kiedy mąż za nią zapłaci, staje się ona jego własnością. Praktycznie obowiązek utrzymania rodziny, wychowania dzieci, zadbania o dom i zorganizowanie życia wokół domu należy do kobiety. Noszą zaopatrzenie, drewno - nieraz po kilka kilometrów, pracują w polu. Mimo, że widać po nich zmęczenie, są radosne.

Mężczyzna ma dostarczać pieniądze. Jest jego chlubą, jeżeli może zarobić pieniądze, ale tylko jak ma pracę, może utrzymać rodzinę. Toteż mężczyźni wyjeżdżają do miast i praktycznie cały obowiązek wychowywania dzieci spoczywa na kobiecie.

R. – Czy coś takiego jak inicjacja jest stosowane do tej pory?
K.
– Dziewczęta mają jakieś przygotowanie, ale nie odbywa się to w wydzielonym miejscu, a jedynie poprzez przygotowanie przez matkę lub kobiety starsze z rodziny. Kiedy dochodzą do 21 roku życia, jest specjalnie ogłaszane, że dziewczyna jest gotowa do wyjścia za mąż. I wtedy odbywa się wielka uczta. To jest przeżywane jako etap duchowy.

Plemię Xosa, żyjące obok nas, stosuje inicjację wobec chłopców. Są specjalnie wydzielone miejsca, przygotowani do tego mężczyźni. Wykonywane są wtedy nacięcia na skórze. Ponieważ nie odbywa się to w warunkach higienicznych, wielu chłopców umiera.
Program inicjacji dla chłopców obejmuje przygotowanie ich do życia w rodzinie oraz w społeczeństwie, stanowi także przemianę duchową – chłopcy stają się mężczyznami.

R. - Jaka jest sytuacja dzieci i ludzi starych w RPA?
K.
– Podstawową osobą, która wychowuje dzieci jest matka. Nie ma mowy o wychowaniu rozumianym w sposób europejski. Dziecko bywa zagubione, rośnie trochę samopas. Było inaczej kiedy mieszkali w domkach ustawionych w koło, tzw. skrolach. Był wyraźny podział funkcji. Dziś wioski są rozproszone. Nie ma tradycyjnego wychowania. Dzieci rosną same, na zasadzie nakazów i zakazów. Nie mają autorytetu, gdyż najczęściej brak ojca, który wyjechał daleko do pracy. Dzieciom stawia się bardzo małe wymagania. Często nie chodzą do szkoły. Zanika, silna niegdyś, więź rodzinna i plemienna, zanikają tradycyjne obyczaje i zasady. Łatwo więc wchodzą w środowiska kryminogenne.
Gdzie jest możliwe organizuje się przedszkola, szuka się funduszy na ich utrzymanie.

Ludzie starzy cieszą się wielkim szacunkiem. To oni rozstrzygają sytuacje konfliktowe. Uznaje się ich mądrość, autorytet, bo doświadczyli wiele w życiu.
Teraz starsi są skarbem podwójnym, bo rząd białych przyznał im renty. Nie są to wielkie pieniądze, ale nieraz stanowią jedyny dochód rodziny. W dzień wypłaty nawet bardzo chorych przywożą do misji, by mogli uzyskać pieniądze na swoje utrzymanie.
Od rent niestety obecnie się odchodzi albo wypłaca się je z wieloletnim opóźnieniem, bez wyrównań.
Rodzina dba o potrzeby materialne ludzi starych.

Bardzo istotny jest problem rodziny. Ważne jest duszpasterstwo rodziny i młodzieży, co utrudnia mała liczba księży. Jak może istnieć dobry kontakt, jeśli ksiądz bywa w danej wiosce raz w miesiącu, a czasem rzadziej? Potrzebne są powołania miejscowe.

R. – Czy jest możliwe, żeby powstały seminaria międzyzakonne lub wspólne dla kilku krajów?
K. -
Myśli się o tym. W RPA są 2 seminaria: diecezjalne w Pretorii oraz w Cedara międzyzakonne.

R. – Jakie jest dziedzictwo apartheidu?
K.
– Bardzo mocne, szczególnie w miastach. Tam mieszkali ludzie wykształceni, którzy silnie odczuwali swoją godność. Skutki apartheidu czarni oraz Hindusi odczuwają do dziś. Wiele miejsc użyteczności publicznej, jak sklepy czy plaże, a nawet całe dzielnice były wydzielone tylko dla białych lub czarnych, co było bardzo boleśnie odczuwane. Wielu księży cierpiało wtedy, gdyż zarzucano im, że faworyzują czarnych i szykanowano ich. Utrudniało to poważnie ewangelizację.

R. – Jakie zdarzenie było najbardziej szokujące dla Ojca?
K.
– Nasze kościoły są, jak prawie wszędzie w Afryce, zbudowane z patyków oblepionych gliną, z trawą na dachu. Kiedy byłem w Polsce, postanowiłem trochę popracować, żeby kupić im blachę na dach kościoła. Dałem im blachę i gwoździe, żeby ją przybili. Tak to zrobili, że jak przyszła wichura, to cały dach spadł na kamienie. Blacha wyglądała jak pognieciony papier. Zdenerwowałem się mocno. Jedna z kobiet powiedziała mi, że cały dzień płakali, bo Pan Bóg ich opuścił. Przyznam, że bardzo się tym wzruszyłem i sam mocno zaangażowałem się w naprawę tego dachu.

R. - Jaka jest praca misyjna?
K.
– Praca misyjna daje mi dużo radości. Czuję się szczęśliwy posługując tym biednym ludziom. Im bardziej poznajemy tych ludzi, ich zwyczaje, problemy i cierpienia, tym lepiej możemy im służyć i przyjść im z pomocą wykorzystując swój osobisty talent i powołanie. Apostoł narodów mówi nam, że Bóg „Pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy. Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich” (1 Tm 2, 4-6).

Proszę o modlitwę za misjonarzy i misjonarki oraz o nowe powołania misyjne.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia z archiwum o. Nikodema Kilnara OSPPE