Misje Afrykańskie Drukuj Poleć znajomemu

Należę do Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Nazywam się Wojciech Lula. Obecnie jestem rektorem domu formacji kleryków pierwszego cyklu filozofii w Borzęcinie Dużym koło Warszawy.

Przebywałem na misjach przez 7 lat – pierwszych pięć w Togo, Beninie i Republice Środkowoafrykańskiej na formacji, a następne dwa w RSA jako kapłan wśród Pigmejów. W ramach formacji byłem na stażu i roku duchowym (nowicjacie) oraz kończyłem teologię w Seminarium Duchownym w Banagui w Republice Środkowoafrykańskiej. Tam też otrzymałem święcenia diakonatu. Po ukończeniu studiów dwa lata temu zostałem wyświęcony na kapłana w Borzęcinie.

Stowarzyszenie Misji Afrykańskich zostało założone w 1856 r. przez Francuza, biskupa Melchiora de Marion Bresillac. Wyjechał na misje do Indii jako kapłan diecezjalny z Paryża do Indii; tam został mianowany biskupem. Po powrocie do Europy założył zgromadzenie księży, którego celem...

... była praca na misjach w Afryce. Ks. biskup Bresillac wyjechał do Sierra Leone, ale po trzech miesiącach zmarł na żółtą febrę. Jego dzieło kontynuował dotychczasowy pomocnik, ks. Planc. On to rozbudował i nadał pierwsze struktury zgromadzeniu, przekazał entuzjazm i zainspirował księży przystępujących do zgromadzenia. Wywodzili się oni przede wszystkim spośród księży diecezjalnych, którzy chcieli wyjechać na misje.

Na początku pracowaliśmy przede wszystkim w Afryce Zachodniej (Sierra Leone, Liberia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana, Togo, Nigeria).

Obecnie działamy w 15 krajach afrykańskich. Jest nas ok. 1500. Pochodzimy z różnych krajów, przede wszystkim z Europy Zachodniej (Francja, Holandia, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania, Irlandia), Kanady, USA, a także Argentyny. W latach 80 naszego wieku powstały nowe fundacje, m.in. fundacja polska, afrykańska, filipińska i indyjska.

Głównym naszym charyzmatem jest praca na terenach pierwszej ewangelizacji, tam gdzie najbardziej potrzeba księży oraz formacji kleru miejscowego. Misjonarze prowadzą także pracę animacyjną m.in. we Francji, Holandii, Kanadzie, Belgii, Irlandii, USA, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Australii, Argentynie, Polsce, Indiach i na Filipinach. Staramy się przygotować, kształtować tych, którzy chcą zostać kapłanami, by mogli kiedyś przejąć obowiązki duszpasterskie po misjonarzach. Wśród biskupów, którzy zasłynęli w życiu politycznym i kościelnym Afryki Zachodniej są wychowankowie naszego Stowarzyszenia.

W Polsce jest nas ok. 30. Zaczęliśmy działalność w 1988 r. Przez dwa lata trwają studia filozoficzne, następnie rok nauki języka w którymś z krajów francusko- lub anglojęzycznych. Po tym okresie kandydaci przechodzą nowicjat i na zakończenie studiują przez 4 lata teologię. Ponieważ jesteśmy zgromadzeniem międzynarodowym nowicjat i studia również odbywamy w grupach międzynarodowych w różnych krajach Europy lub Afryki. To ułatwia nam później pracę, np. w Belemboke było nas osiem osób z sześciu różnych narodowości. Z jednej strony jest to ubogacające, a z drugiej bardzo trudne, bo każdy przyjeżdża ze swoją mentalnością, historią, obciążeniem kulturowym i to wszystko rzutuje na całą wspólnotę. Pracowały też z nami 2 wolontariuszki świeckie i siostra zakonna. Jedna z wolontariuszek prowadziła alfabetyzację dorosłych, a druga, pielęgniarka, prowadziła aptekę w szpitalu i konsultacje w przychodni.

Praca na misjach wymaga wszechstronnych umiejętności. I tak właśnie pracowałem przez ostatnie lata.
Prowadziłem pierwszą ewangelizację wśród Pigmejów, w wiosce Belemboke, założonej 25 lat temu przez jednego z francuskich księży. Początkowo głównie obserwowałem pigmejską kulturę i zwyczaje oraz uczyłem się języka. Wykonywałem pewne obowiązki duszpasterskie związane z sakramentami, ponieważ już przed 10 laty odbyły się tu pierwsze chrzty. Później prowadziłem podstawową katechezę i formację wspólnie z katechistami.

Po roku pobytu moim zadaniem było stworzenie nowej wioski dla Pigmejów, tak jak Belemboke czy Monasao. Pigmeje to naród koczowniczy, przemieszczający się w poszukiwaniu pożywienia. Utrudnia to bardzo pracę duszpasterską, ponieważ trudno z nimi utrzymać kontakt. Pigmeje mają bardzo silne poczucie wolności i niezależności, chociaż praktycznie są uzależnieni od dużych Murzynów, często prawie aż do niewolnictwa. Z tego względu oprócz ewangelizacji i pracy socjalnej głównym naszym celem było obudzenie poczucia godności i podniesienie prestiżu tych ludzi, praktycznie odrzucanych przez wszystkich, często dyskryminowanych. Pigmeje żyją w lesie, nie mają swoich wiosek, nie mają takiej organizacji jak inne plemiona i dlatego cały czas byli odrzucani, uważani za gorszy gatunek człowieka czy nawet pół człowieka, pół zwierzę. Musieliśmy najpierw pokazać innym, że Pigmeje są pełnowartościowymi ludźmi, którzy myślą, tworzą, potrafią się realizować i mają wiele do przekazania.

Prowadziliśmy też szkoły, przede wszystkim dla dzieci w wieku od 6 do 8 lat, po to żeby te dzieci poznały ”smak" nauki, by mogły iść do normalnej szkoły, do której, uważane przez niektórych za „nie ludzi” nie miały wstępu. Staraliśmy się pokazać, że są takimi samymi ludźmi jak pozostali, że są inteligentni, myślący i sami potrafią tworzyć.

Zorganizowaliśmy też szpital z przychodnią, starając się pomagać wszystkim. Różnice jednak między Pigmejami a innymi plemionami były tak wielkie, że musieliśmy się skoncentrować na pracy wśród Pigmejów.

Republika Środkowoafrykańska jest jednym z najbiedniejszych krajów w Afryce. Pracowałem na terenach pierwszej ewangelizacji, gdzie w ogóle nie ma żadnych struktur, gdzie wszystko się dopiero tworzyło. Musiałem zajmować się stolarką, mechaniką, murarką. Oczywiście sam nie wykonywałem wszystkiego, ale musiałem wiedzieć, znać, żeby pokazać albo współpracować z tymi co znają się lepiej.
Praca duszpasterska nie mogła być moim zajęciem pierwszoplanowym. Czując się cały czas misjonarzem, musiałem najpierw być wśród nich, a następnie dopiero nauczać.

Tam są małe i bardzo młode wspólnoty. Moja praca polegała przede wszystkim na przebywaniu z tymi ludźmi – wspólne posiłki, wspólne rozmowy, prace. Bardzo często było tak, że wykonywaliśmy różne prace na rzecz wioski z bardzo prostymi ludźmi, bez zawodu. Musiałem być z nimi, koordynować, wskazywać - taka forma ewangelizacji przez świadectwo.
Najważniejszym zadaniem na początku była pomoc w codziennym życiu. Dopiero później można było szukać okazji do przekazywania wiary czy pogłębiania jej.

Większość z nich słyszała o Chrystusie, wiedziała dlaczego tam jesteśmy, bo misja funkcjonowała od 25 lat. Tworząc nową wioskę Mabondo spotkałem się z Pigmejami w różnych środowiskach, nawiązywałem z nimi kontakty, rozmawialiśmy, a później razem zdecydowaliśmy w którym miejscu można zrobić tę wspólną wioskę. Rzadko miałem sposobność mówić im o Chrystusie. Pierwsze rozmowy mogłem przeprowadzać dopiero po 6 miesiącach. Pytałem: Czy macie swojego Boga, czy wierzycie w Boga? Znałem wprawdzie odpowiedź, ale to był dobry punkt zaczepienia, żeby powiedzieć im o mojej wierze, wytłumaczyć dlaczego do nich przyjechałem, dlaczego chcę z nimi pracować.

Wioska powstała bardzo szybko. Oni bardzo się zmobilizowali, żeby ją zorganizować. W chwili mojego odjazdu mieszkało tam już 200 osób. Tylko jedna z nich była ochrzczona – pochodziła z Belemboke, gdzie już od wielu lat trwała praca ewangelizacyjna. Druga osoba od roku przygotowywała się do chrztu świętego.

Są też obyczaje utrudniające wprowadzanie wiary katolickiej, m.in. poligamia. Wielu wspaniałych, dobrych ludzi żyje w związkach poligamicznych. Nie wiem czy odsyłanie kobiet do końca byłoby zgodne z zasadami Ewangelii, szczególnie, że w kulturze afrykańskiej kobieta, która nie ma męża ginie, jest skazana na śmierć.

Pigmeje są monogamistami, co ułatwiało nam rozmowę, dawało punkt zaczepienia. Ich kobiety zajmują w rodzinie pozycję zbliżoną do mężczyzn, można nawet mówić o partnerstwie i równouprawnieniu. Wiele razy to właśnie kobieta decyduje. Są jednak prace przewidziane dla kobiet, do których mężczyzna się nie wtrąca, są inne, przewidziane dla mężczyzn. Mimo wszystko kobieta wykonuje więcej czynności. Wiąże się to np. z macierzyństwem. Średnio w rodzinie pigmejskiej ze względu na dużą śmiertelność jest 7 – 10 dzieci. Oprócz rodziców wychowuje je najbliższa rodzina. W pierwszym okresie życia, do 6 lat, dziećmi zajmują się matka i ojciec, co jest bardzo rzadkie w kulturze afrykańskiej. Dzieci w wieku 6-10 lat są pozostawione same sobie. One same się wychowują, nie ma edukacji ze strony rodziców. Mężczyźni nie garną się do wychowania dzieci, zostawiają to kobietom.
Kobiety nie mają możliwości realizowania się w polityce czy jako szefowie.

Pracowałem wśród nich przez 2 lata, potem przełożeni zadecydowali o moim powrocie do Polski i powierzeniu mi pracy formacyjnej wśród kandydatów do naszego zgromadzenia. W ramach formacji uczymy się odpowiedzialności, troski o innych, przygotowujemy się do przyszłej pracy, która wiąże się z tym, że praktycznie trzeba się zajmować wszystkim.

O. Wojciech Lula SMA
Zdjęcia: archiwum o. Wojciecha