Strona główna arrow Rok 1999 arrow Nr 8 (3/1999) arrow Rozmowa z o. Nikodemem Kilnarem OSPPE
Rozmowa z o. Nikodemem Kilnarem OSPPE Drukuj Poleć znajomemu

R. – Paulini już od kilku lat pracują w RPA w „afrykańskiej Częstochowie”. W jaki sposób doszło do powstania tej misji?
K.
– Misję założyli trapiści w 1888 r. Opat Francis Pfanner, wielki czciciel Matki Bożej, poświęcił misję Matce Bożej Częstochowskiej i nazwał ją „Centocow” (przekształcając niem. Tschenstochau).

R. – W którym roku przybyli tam paulini?
K.
– Przyjechali na zaproszenie biskupa Gerarda Ndlovu w 1991 r., który 2 lata wcześniej był w Częstochowie, żeby rozmawiać z przełożonymi o możliwości podjęcia przez zakon paulinów pracy misyjnej w RPA. Zaproponował nam przyjazd do Centocow, co wzbudziło zrozumiałe zainteresowanie. Przyjęcie tej misji dawało możliwość utworzenia w Afryce placówki paulińskiej i szerzeni kultu Matki Bożej wśród ludności murzyńskiej. Są tam tylko paulini polscy – 3 kapłanów i brat.

R. – Czy oprócz Centocow paulini mają pod opieką inne miejscowości?
K.
– Centocow, oprócz tego że jest centralną placówka misyjną, stanowi centrum duchowe dla naszych wszystkich wiosek, do których trzeba dojeżdżać ...

... górskimi drogami i bezdrożami (najdalej ok. 100 km). W 14 z nich znajdują się kaplice. Nie ma tu właściwie cywilizacji. Misja ma prąd, ponieważ szpital wybudowany 65 lat temu przez misjonarzy, przeszedł przed kilku laty na własność państwa i wtedy rząd doprowadził tu elektryczność.

R. – Jaka jest praca paulinów – misyjna czy też bardziej przypomina pracę parafialną w uformowanych strukturach kościelnych?
K.
– W RPA jest ok. 10% katolików, a w naszej diecezji jest ich ponad 30%, ale mimo wszystko jest to praca misyjna, gdyż znajdują się tu ogromne skupiska osad murzyńskich, w których jest wielu pogan. Funkcjonuje wciąż wiele zwyczajów pogańskich.
Misja jest nieźle zorganizowana. Sam fakt, że jest prąd pozwala na wiele udogodnień, np. można mieć komputer, co ułatwia pisanie kazań w języku angielskim, które później tłumaczy na zulu czarna siostra zakonna, pracująca w naszym biurze. Tłumaczy też komentarze i ogłoszenia. My to później w zulu mówimy. Właściwa praca zaczyna się w wioskach. Ze względu na duże odległości lub wiek niewiele osób może przyjść do kościoła w misji, szczególnie w tygodniu. W niedziele kościół jest pełny. „Moja” najodleglejsza wioska znajduje się w odległości 60 km – żeby dotrzeć do niej potrzebuję jechać samochodem 2 godz. i iść pieszo 0,5 godz.

Gdy przychodzę, zaczyna się przygotowanie do liturgii. Spowiedź trwa od 1 do 2 godz., a Msza św. ponad 2 godz. Jest wzbogacona przez śpiewy i tańce w tradycyjnych rytmach afrykańskich, gdyż Kościół akceptuje to, co z kultur lokalnych można uznać za dobre.
Mówiąc o misyjności naszego zakonu, chciałbym wspomnieć o jednej rzeczy: być misjonarzem to trosz-czyć się o zbawienie każdego człowieka. Takie zadanie ma mąż wobec żony, żona wobec męża, rodzice wobec dzieci, dzieci wobec rodziców. To jest właśnie wspólne przeżywanie Ewangelii, dzielenie się nią, dawanie świadectwa. Stąd też zakon nasz podejmował różne działania misyjne. Jednym z nich jest przyjęcie placówki w Centocow. Najpierw kładziemy akcent na formację zakonną, by zakonnik mógł się dzielić z innymi tym co sam zyska na modlitwie. To jest bardzo istotne. Tak właśnie trapiści pojmowali ewangelizację. To zakon typowo pustelniczy, ale tym co zyskiwali na modlitwie dzielili się z innymi. Dzielili się tym co osobiście otrzymali od Boga. Stąd właśnie tam gdzie pracowali trapiści jest największy procent katolików.

Po nich właśnie mamy piękną misję: kościół, klasztor, szpital. Była szkoła, budynki sióstr zakonnych. W najlepszym czasie było tu 19 braci trapistów i dwóch księży oraz 40 sióstr. Prowadzili bardzo dobrze zorganizowaną działalność. Szli grupami do wiosek, zostawali tam 2-3 dni, uczyli pisać, szyć, gotować, prowadzili katechezę. Może to są sprawy przyziemne, ale w ten sposób zyskiwali zaufanie, poparcie ludzi, kontakt. Tworzyli bardzo dobry zespół. Owoce ich działalności odczuwalne są do dzisiaj.

W 1895 r. została utworzona w naszej misji Sodalicja Pana Jezusa. Stąd rozpowszechniła się na całą południową część Afryki: Lesoto, Botswana i Suwazi. Na jubileusz stulecia Sodalicji przybyło ok. 7 – 8 tys. ludzi. Jest to dla nas też okazją do rozwoju, by to miejsce stało się centrum duchowym i pielgrzymkowym nie tylko dla tej Sodalicji, ale i dla innych grup, np. Sodalicji Mariańskiej, Rodziny Franciszkańskiej i innych. Prowadzimy też szkolenia katechistów. Tu odbywają rekolekcje, omawiają swoje metody pracy, aby Ewangelia była coraz lepiej znana.
Misja w Centocow rozwija się i promieniuje na całą okolicę. Tu można dobrze przyjąć pielgrzymów, aby mogli odbywać swoją formację duchową.

R. – Jacy są Zulusi?
K.
- Zulusi są to ludzie otwarci, emanujący spokojem. Ich sposób wyrażania się jest zawsze pełen entuzja-zmu i radości. Tam gdzie nie dotarła jeszcze cywilizacja nie są zdegenerowani, zepsuci. Oni nie potrafią się smucić. Nawet w okresie Wielkiego Postu trudno im mówić o skupieniu. Oni zawsze przeżywają spotkanie z Panem w Eucharystii w sposób niezwykle radosny. Nieraz są zakłopotani, kiedy misjonarz zwraca im uwagę na pewne zachowania. Sakramenty święte sprawuję w zulu. By pewne sprawy lepiej im wytłumaczyć, korzystam z pomocy tłumacza, jeśli w wiosce jest nauczyciel lub katechista znający język angielski. Często coś nie jest im obce, rozumieją to, ale trudno im to przyjąć.

W wioskach Zulusi żyją w sposób nie zmącony żadną cywilizacją. Nie muszą patrzeć na zegarek, do niczego się zmuszać, spieszyć. Tam wszystko jest regulowane w sposób naturalny. Kiedy jest zimno czy pada deszcz, nie wychodzi się z domu. Tylko co jakiś czas trzeba przynieść drewno na opał czy jedzenie - robią to kobiety. Noszą ciężary na głowie po kilka kilometrów. Tam funkcje są podzielone od wieków.
Bardzo trudno wyrwać im się z tego stanu. Ciężko zdobyć pracę czy wykształcenie, szczególnie wyższe. Wiąże się to z dużymi opłatami i koniecznością zmiany miejsca pobytu, przeniesienia się do dużej metropolii odległej o 200 – 300 km. Osiągnięcie poziomu życia ludzi białych najczęściej przerasta ich możliwości. Przeważnie są to rodziny bardzo biedne, wielodzietne (8-12 dzieci). Nieraz ojciec rodziny jest zmuszony do pracy daleko od wioski. To powoduje dodatkowe trudności – dzieci rosną bez ojca, bez autorytetu. Są agresywne, łatwo wchodzą w środowiska kryminogenne.

W tradycji Zulusów, wśród których pracujemy, panowało wielożeństwo. Małżeństwo wiąże się z opłatami – pan młody musi zapłacić rodzinie panny młodej 11 krów. Ponieważ są bardzo biedni, nie stać ich często na to. Nieraz młodzi żyją ze sobą. Rodzice to tolerują, ale nie zgadzają się na ślub. Zdarza się, że żyją tak 20 lat. Mają już dorosłe dzieci i dopiero wtedy biorą ślub, bo udało się zebrać potrzebną kwotę (tzw. lobola). Ten stan powoduje duże utrudnienie w przyjmowaniu sakramentów świętych.

Mężczyźni pracujący w dużych miastach, przyjeżdżają do domu 2 razy w roku.
Wielu z nich w założyło w mieście drugą rodzinę. Powstaje rozterka między współmałżonkami. Przyjazd mężczyzn do misji na święta, Boże Narodzenie czy Wielkanoc, wywołuje też czasem falę nieszczęść – bi-jatykę i strzelanie w wioskach, kiedy po pijanemu rozwiązują porachunki sąsiedzkie. To jest dla kobiet i dzieci dodatkowym stresem. One cały rok ciężko pracują w skwarze, starając się zdobyć drewno czy worek mąki kukurydzianej na papkę dla dzieci.
Wielką bolączką tego kraju, kontynentu, jego kolejną tragedią jest szerzący się AIDS. Są licea, szczególnie w okolicach Johanesburga, gdzie jest 100% uczniów zarażonych (na podstawie badań).
W RPA jest 11 oficjalnych języków. Są to języki plemion, które zdominowały kraj oraz dwa języki europejskich kolonizatorów: angielski i afrikaans (staroholenderski).

R. – Czy trudno było nauczyć się języka zulu?
K.
– Uczyłem się tego języka 3 miesiące w konwencie dominikanek w Montebello, niedaleko Oceanu Indyjskiego, gdzie prowadzą też liceum dla dziewcząt (ponad 600 dziewcząt). Język jest bardzo skomplikowany, szczególnie gramatyka z całym systemem zmiany przed- i przyrostków. Jego cechą charakterystyczną są tzw. kliki, które łączą się z daną literą - niektóre litery wymawia się w sposób dźwiękonaśladowczy. Zulu jest językiem opisowym.

R. - Jak Ojciec przygotowywał się do wyjazdu na misje?
K.
- My poszliśmy z marszu. Dowiedziałem się trzy miesiące wcześniej, ale to był zbyt krótki czas, żeby się przygotować. Zdążyłem jedynie odbyć krótki kurs języka angielskiego.
W RPA jest ogromna potrzeba kapłanów. Wiele misji zostało opuszczonych. Przyjeżdżają też księża z innych krajów afrykańskich.
Tereny, na których pracujemy są położone dość wysoko (ok. 1000 m n.p.m.). Na terenach płaskich, gdzie są rzeki i rozlewiska, powszechna jest malaria. U nas ludność dręczą inne infekcje.

R. – Czy świeccy pomagają w ewangelizacji?
K.
– Praca ewangelizacyjna w wioskach jest trudna. Wiele osób przygotowuje się do chrztu. Złe drogi i duże odległości utrudniają dotarcie do nich w krótkim czasie. Czasami nie mogę sobie pozwolić na odwiedzenie dwóch wiosek w ciągu jednego dnia. Stąd też konieczna jest współpracy ze świeckimi. Są to katechiści, którzy prowadzą spotkania przygotowujące do chrztu, I Komunii św. lub do bierzmowania. My dostarczamy materiałów, przygotowujemy ich, prowadzimy kursy, aby pogłębić ich wiedzę i umiejętność przekazywania wiadomości.
Po około rocznym obserwowaniu ludzi, sposobu ich modlitwy, rozpoczęliśmy wprowadzanie tego co nie było tu znane do tej pory, np. procesja Bożego Ciała, nabożeństwo za zmarłych w listopadzie. Trzeba dodać, że oni modlą się do Boga poprzez swoich  zmarłych, których darzą wielką czcią. Grzebią ich blisko domu, aby duchy przebywały w rodzinie i opiekowały się nią. Stąd też te formy bardzo łatwo się przyjęły.

R. – Jaki jest stosunek Zulusów do Matki Bożej?
K.
- Zulusi kochają Matkę Bożą. W niedzielę po 26 sierpnia przychodzą pielgrzymki z wiosek w grupach zorganizowanych po 30 – 40 osób. Mają specjalny program, modlitwy, instrumenty. Gdy przychodzą do misji są uroczyście witani. Później jest uroczysta celebra, połączona z kazaniem ku czci Matki Bożej.
Matka Boża Jasnogórska tutaj znana jest jako Matka Boża z Centocow. Jej kult bardzo dobrze się przyjmuje, bo obraz ten już tu był znany i czczony – przywieźli go trapiści z Polski. Obecnie znajduje się w grocie pod kościołem. Przygotowujemy ołtarz Matki Bożej Częstochowskiej w górnym kościele.

Zulusi identyfikują się z Matką Bożą, ponieważ wiedzą, że mają skórę takiego samego koloru, w czym są do Niej podobni. Chwalą też białego Jezusa i białą Matkę Bożą, gdyż generalnie uważają, że białe to coś ekstra. Za ładniejszych uważają tych spośród siebie, którzy mają jaśniejszą skórę.
Wielką szansą rozwoju kultu Matki Bożej jest peregrynacja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, która rozpoczęła się w jednej z moich wiosek - Hlabeni (19 kwietnia 1998). Wcześniej odbyło się 3 miesięczne przygotowanie poprzez specjalne katechezy, które prowadziłem w tej wiosce, by przygotować ich na to wielkie wydarzenie. Oczywiście wiąże się to także z ich formacją eucharystyczną, sakramentalną, katechizacją, modlitwą. Te wszystkie elementy trzeba im stale przybliżać, trzeba powtarzać w każdym kazaniu.

Peregrynacja rozpoczęła się w misji uroczystą Mszą św., w której wzięła udział większość parafian, potem odbyło nabożeństwo Maryjne z wystawieniem obrazu Matki Bożej, zawierzenie rodzin, a następnie procesja do wioski (8 km pieszo) ze śpiewem pieśni. Obraz przebywał w każdej rodzinie 24 godziny. W chwili zmiany większość ludzi mieszkających w pobliżu gromadziła się na wspólną modlitwę. Specjalnie na peregrynację zostały przygotowane i przetłumaczone na zulu modlitwy oraz wybrane fragmenty Pisma św. Peregrynacja w tej wiosce skończyła się 2 października, w święto Aniołów Stróżów. Odbyło się wtedy cało-nocne czuwanie w wioskowym kościele misyjnym. Modlili się sami, bez kapłana.

Następnie obraz przejęła inna wioska. Peregrynacja dalej trwa. Cudowne jest to, że Matka Boża tak samo wyprasza łaski podczas peregrynacji jak na Jasnej Górze, m.in. dwie osoby dały wspólne świadectwo, że po przyjęciu Matki Bożej pojednali się z sąsiadami, a u nich na pojednanie czeka się często latami; ludzie, którzy do tej pory nie chodzili do kościoła postanowili uczestniczyć w niedzielnych Mszach św.
Peregrynacji towarzyszy specjalna księga próśb i podziękowań do Matki Bożej. Często powtarza się prośba o uwolnienie kogoś od alkoholizmu (robią alkohol z fermentowanej kukurydzy, którym się bardzo szybko upijają, szczególnie przy specjalnych okazjach, np. pogrzeb).

Matka Boża jest im bardzo bliska, toteż Jej kult bardzo się rozszerza.
W naszej misji powstała kilka lat temu Jasnogórska Rodzina Różańcowa, której promotorem jest ojciec Stanisław Dziuba. To on przeniósł ją do Afryki. Otrzymał od ojca Bronisława Matyszczyka różaniec na procesje. Liczba członków Rodziny stale wzrasta. Przetłumaczono na zulu jej zasady. Co roku, na Święto Matki Bożej Różańcowej, przyjmujemy nowych członków, sporo pochodzi spoza naszej misji. Nieraz z odległości 200 km przysyłają swoje imiona, aby włączyć ich do Rodziny Różańcowej. Może kiedyś uda się zorganizować kongres różańcowy dla wszystkich członków.

Myślę, że polskie formy przeżywania okresów liturgicznych, zaniechane po odejściu trapistów w latach 50, można tam przywrócić. Do naszego przyjazdu był w misji tylko 1 ksiądz afrykański, który nie był w stanie wszystkiemu sam podołać. Musiał się ograniczać do najpilniejszych potrzeb duszpasterskich.
Nam jest łatwiej. Misja ma możliwość się rozwijać. Mieliśmy w ubiegłym roku 505 chrztów, większość dzieci.

R. – Wspomniał Ojciec o pogrzebach. Czy pogrzeby odbywają się zgodnie z ich obrządkiem czy po katolicku?
K.
– Formuła jest kościelna, ale włączone są też ich obrządki, np. czuwanie nocne. Brak udziału w pogrzebie jest traktowany jako lekceważenie, obraza zmarłego. W tym czasie w wiosce nie mogą być wykonywane żadne prace, by w ten sposób uczcić zmarłego. Czeka się więc na rodzinę, która przybywa z daleka. Wieczorem gromadzi się rodzina i znajomi. Rozpoczyna się modlitwa, prowadzona przez liderów i członków rodziny. Prowadzony jest przedziwny dialog będący opisem życia zmarłego, jego gloryfikacją. W sobotę odbywa się pogrzeb.
Na uroczystości pogrzebowe zabijają krowę, gotują w takich wielkich garach na ognisku. Przypomina to jarmark.

Mszę św. odprawia się pod „namiotem” rozpiętym na patykach. Jeżeli jest to człowiek bogaty lub szczególnie poważany, np. nauczyciel, to pogrzeb trwa nawet 3 – 4 godz., ponieważ wygłaszane są mowy pochwalne o zmarłym, trwające dłużej niż Msza św. Ksiądz musi być po afrykańsku cierpliwy, bo przecież „W Afryce nie ma pośpiechu”, jak mówi tamtejsze powiedzenie. Potem następuje przeniesienie trumny na miejsce pochówku, koło domu. Trumnę zawija się w skórę krowy, a dół wykładany jest matami. Do trumny czasem wkładane są jakieś przedmioty, używane przez zmarłego. Wtedy dopiero następują modlitwy końcowe i błogosławieństwo. Śpiewają pieśni katolickie, oparte na ich tradycyjnych rytmach. Ich śpiew jest radosny. Może tylko niektórzy płaczą. Oni czczą zmarłych, modlą się przez nich do Boga. Jeśli ktoś umrze z dala od domu, jest specjalna ceremonia sprowadzenia jego ducha do domu. Ciało zostaje, a sprowadzają ducha. Jeśli ktoś przewozi ducha, to kupuje dwa bilety. W taksówce mówi: ”Nas jest dwóch” i taksówkarz już wie, że musi przyjąć opłatę za dwie osoby.

Ciąg dalszy w następnym numerze.


Rozmawiała: Jolanta Fidura
Zdjęcia z archiwum o. Nikodema Kilnara OSPPE