Strona główna arrow Rok 1999 arrow Nr 8 (3/1999) arrow Niespodzianki przeżyte w Kamerunie
Niespodzianki przeżyte w Kamerunie Drukuj Poleć znajomemu

Jestem misjonarzem z diecezji sosnowieckiej, pracującym od 1995 r. w Kamerunie, dokładnie w misji Diang, w diecezji Bertoua. Chciałbym opisać trzy największe niespodzianki, których doświadczyłem w pierwszym okresie mojego pobytu w Kamerunie.

Niespodzianka pierwsza czyli o tym jak Czarny Ląd okazał się Lądem Czerwonym

(zaznaczam, że kolory te nie mają nic wspólnego z polityką)
Przyzwyczajeni jesteśmy nazywać Afrykę Czarnym Lądem. I ja tak myślałem o tym kontynencie. Do tych wyobrażeń doszły jeszcze opowieści o ludożercach, którymi karmili mnie starsi misjonarze. Często słyszałem: „Uważaj, bo gdy będziesz niegrzeczny to cię zjedzą i przyślą do Polski tylko twoje okulary”.
Toteż uważałem. Ale moja uwaga szybko została rozproszona w momencie ucałowania kameruńskiej ziemi. Gdy bowiem wstałem z klęczek, zarówno kolana, ręce, jak i usta...

... były czerwone, bo taki jest kolor kameruńskiej ziemi. Od tego czasu zaczęło się odkrywanie tego Czerwonego Czarnego Lądu.

Było to szczególnie uciążliwe, gdy z otwartym oknem przyszło mi jechać dłuższy czas za ciężarówką, wywożącą tutejsze „złoto” czyli mahoń. Zresztą przy zamkniętym oknie efekt byłby ten sam plus dodatkowa atrakcja sauny na kółkach. Po zakończeniu takiej podróży wygląda się jak prawdziwy czerwonoskóry płonący ze wstydu. Gdy przychodzi pora deszczowa – kolor pozostaje ten sam, tyle że jest wzbogacony o efekt błota. Tu dopiero mieliby co robić „twórcy’” reklam proszków do prania!
Prania tu nigdy nie zabraknie. A gdy radosne dzieciaki oblepią idącego przez wioskę misjonarza, to najlepsze proszki są bezradne.
Czerwień to piękny kolor!

Niespodzianka druga czyli o tym jak robactwo tutejsze próbuje sen odebrać
Świat stworzeń i stworzonek, zarówno tych pełzających, latających, jak i skaczących jest bardzo urozmaicony.
Robaki, robale i robaczki tutejsze okazują się być większe, sprytniejsze i bardziej uciążliwe niż ich europejskie kuzynostwo.

W bezsenne noce wydaje się, że robaki są wszędzie. Pokąsany, pogryziony, drapiący się nieustannie musisz się pogodzić z przegraną. Trzeba je zaakceptować.
Ciągle patrzysz pod nogi, aby nie nadepnąć wężowi na ogon, przed snem wyganiasz zbyt wścibskiego skorpiona, jesteś w dobrych kontaktach z jaszczurką, zjadającą komary. Powoli stajesz się częścią tego świata, nawet jeśliodmawiasz karaluchowi prawa do zjadania twojego mydła.

Tak jak kiedyś nieskuteczna była walka z wiatrakami, tak tu walka z robactwem skazana jest na niepowodzenie.

Niespodzianka trzecia czyli o tym jak samochód terenowy siedmiorakie (co najmniej) zadania pełni
Nie będzie to opowieść o najnowszych modelach samochodów, ale o zadaniach jakie pełni samochód misyjny.
Jest to samochód terenowy bez którego nie da się żyć. Poczciwy misjonarski samochód pełni wielorakie funkcje. Staje się:
1 – apostołem, bowiem służy do prowadzenia działalności misyjnej – pomaga docierać do wiosek, by misjonarz mógł prowadzić ewangelizację w najodleglejszych zakątkach;
2 – przedsiębiorcą pogrzebowym, gdyż wozi czasami nieboszczyków, wraz z rodzinami, na miejsce pochówku;
3 – wielbłądem, kiedy wozi przeróżne ciężary do prowadzenia budów (kaplica, przedszkole, studnia itp.)
4 – Disneylandem – bo pełni rolę dostarczyciela rozrywek dla dzieciaków marzących o przejażdżce samochodem. Tyle radości nie znajdziesz w żadnym sklepie z zabawkami;
5 – zaopatrzeniowcem – gdy przywozi artykuły potrzebne do życia;
6 – karetką pogotowia, przewożąc chorych do przychodni lub szpitala i ratując w ten sposób życie wielu ludzi;
7 – przewoźnikiem, ułatwiającym podróż ludziom wędrującym setki kilometrów.
Jak widać chociażby z powyższej wyliczanki, samochód jest niezbędnym atrybutem w pracy misjonarza. Jego utrzymanie jest kosztowne i niełatwe dla misjonarza. A gdy się zepsuje – to prawdziwe nieszczęście!

Tekst i zdjęcia: ks. Ryszard Słowikowski, misjonarz w Kamerunie