Strona główna arrow Rok 2005 arrow Nr 33 (4/2005) arrow Mokro, słono i wietrzno-słonecznie
Mokro, słono i wietrzno-słonecznie Drukuj Poleć znajomemu

Ciekawość ludzka to taka dziwna cecha, która potrafi inspirować, a nawet prowokować do podejmowania kroków i wyzwań zmieniających bardzo wiele w życiu owego ciekawskiego.

Było piękne marcowe popołudnie (2004 roku), gdy opuściłem stały ląd – popłynęliśmy na now ą parafię. Perspektywy na przyszłość były piękne, widoki na dziś wspaniałe; niemalże landrynkowy zachód słońca, jak z pocztówki, i wokoło tylko woda z towarzyszącymi nam delfinami.

Dobrze już po zmroku dotarliśmy na wyspę, zwaną Kairiru. Gorące i serdeczne powitanie, a następnie kolacja, rozpoczęły nową kartę mojej historii w Papui. Jak to jednak bywa, „okładki zazwyczaj są kolorowe i atrakcyjne dla oka”. Później okazało się, że … (no właśnie!) stację misyjną – czyli dom i zaplecze dopiero trzeba zbudować i to zupełnie od podstaw, duża łódź stoi w suchym doku i tam jeszcze...

... sobie „poodpoczywa” trochę, a pozostała tylko jedna mała motorówka i to bez silnika, bo ten jeszcze „nie powrócił”.

Kiedy wreszcie udało się skompletować przynajmniej podstawowe wyposażenie do motorówki i rozpocząć budowę domu, przyszedł czas, by odwiedzić pozostałe wyspy „mojego małego archipelagu”. No cóż: awaryjny silnik, jakieś 160 litrów paliwa, jedzenie, ubrania, przenośne biuro parafialne itp. – kapkę ponad 300 kg plus pomocnik i jeszcze ja. Więc w drogę.

Chociaż było wietrznie, bujało nawet nie specjalnie. Fale ponad dwumetrowe, ale za to długie i spokojne, więc nucąc sobie „pojawiam się i znikam…”, brnęliśmy w dal. Przez ponad pół dystansu do pierwszej wyspy towarzyszyły nam różne stada delfinów. Miłe to zwierzątka i było na co popatrzeć.

Pierwsza wyspa, pierwsza wizyta i wszystko zupełnie inaczej niż było dotychczas. Inne twarze – to zrozumiałe, ale inne też obyczaje, tradycja i zupełnie inny sposób podchodzenia do życia – dużo spokojniejszy i bardziej pragmatyczny. Bardzo ciekawe jest to, że nie ma tutaj miejsca na: „nie chce mi się…” albo „mam dość…” czy inne „ale…”. Może jest to poniekąd zasługa oceanu. Przecież z łódki czy z kanu nie można wysiąść w pół drogi i odpocząć, gdy ktoś się znudził, zmęczył czy ma dość. Trzeba najpierw dopłynąć do brzegu – czyli doprowadzić sprawę do końca.

Serdeczne powitanie i ofiarna pomoc w rozpakowaniu łodzi i wyciągnięciu jej na ląd (na tej wyspie nie ma wspaniałych, białych, piaszczystych plaż) dominowały w atmosferze tego dnia. Później to już tylko „chyc” do domu, który stoi niemalże na plaży. Podłoga, ściany, dach; nawet woda była w zbiorniku na deszczówkę. Ryżem i konserwą na kolację uczciliśmy pierwszy dzień nowego marynarza na otwartym morzu. Gwiaździsta noc była widoczna miejscami nawet przez dach. Ale szybka zmiana pogody i skromne pół godziny ulewy nauczyły nas, że dach, a raczej sitko, które z niego zostało nie ochroni nas przed wodą.

Wspaniałe gwiaździste widoki zmieniły się w mokre koszmary. Przez następne parę dni przyświecała nam, jak nieodzowna gwiazda, nadzieja, że już nie będzie więcej padać w nocy. Czasem się nawet udawało. Wiadomo, początki to ustalanie planu pracy, wyznaczanie zadań i celów oraz rozstrzyganie, jak to wszystko zrealizować. Tam, gdzie ksiądz przyjeżdża raz na kwartał i jest tylko przez tydzień, to dość trudne zadanie do wykonania. Popołudnia i wieczory, to długie godziny na pogawędkach, opowiadaniach „storów”, a przez to wzajemnym poznawaniu siebie i miejscowych obyczajów i tradycji.

Czas stacjonarny dobiega jednak szybko końca, więc znów trzeba załadować łódź i w drogę. I tak siedem razy – tydzień w tydzień. Czasem mocno bujało, czasem nieźle lało, na niektórych wyspach deszcz wlewał się przez ściany do łóżka. Ale najweselej było na ostatniej wyspie – kiedy wszedłem do małego domku dla ojca i… przeleciałem przez podłogę – wystawała mi z niej tylko głowa – cóż za „miła” niespodzianka.

Pewnie sobie pomyśleli, że ich proboszcz za dużo je. No cóż, pozaznaczałem sobie bezpieczne ścieżki w labiryncie dziur i tak minął tydzień. Ryż się skończył, konserwy też, a po kawie i herbacie nie pozostało nawet wspomnienie. Na szczęście parafianie wykazali się opiekuńczością, więc proboszcz nie zgłodniał.
Przy następnej wizycie będzie pewnie dużo pracy, ale na razie będą ją mieli katechiści i liderzy parafialni. Trzeba będzie przygotować wszystkich kandydatów do sakramentów i przeprowadzić nauki.

Drogę powrotną „wziąłem na raz”. Zajęło nam to dziewięć godzin w pięknym równikowym słońcu i po pięknym oceanie. Na drugi dzień skóra z nosa i uszu zwinęła się sama pod ręcznikiem. Nie pomogły nawet kremy.

Ogólnie pierwsza wizyta była owocna i przede wszystkim bardzo mokra – tak na morzu, jak i na lądzie. Szkoda tylko, że tradycji i obyczajów nie można poznać za jednym zamachem, jak kart szybko przeczytanej książki. Dużo jest jeszcze do zrobienia i wielu rzeczy jeszcze można się nauczyć i poznać. Teraz kolej na dwa miesiące pracy na drugiej parafii, a później znowu na wodę.

Ale o tym, co było podczas kolejnej wizyty po paru miesiącach pogadamy sobie w kolejnym odcinku. Tym razem będzie raczej sztormowo.

AHOJ! I z Bogiem!
Ks. Dariusz Woźniak SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei
Zdjęcia: ks. Dariusz Woźniak SAC
Ciąg dalszy nastąpi