Strona główna arrow Rok 2005 arrow Nr 33 (4/2005) arrow Rozmowa z misjonarskim rodzeństwem
Rozmowa z misjonarskim rodzeństwem Drukuj Poleć znajomemu

Rozmowa z s. Anną Marzeną Stępińską ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, misjonarką w Kamerunie oraz ks. Józefem Stępińskim SAC, misjonarzem w Brazylii.

R. – Witamy rodzeństwo misjonarzy! Kto poszedł za kim? Jaka jest różnica wieku między Wami?
S. –
10 lat. Brat jest starszy.
K. – Ja dobrze pamiętam, że do seminarium chciałem iść dlatego, żeby pracować jako misjonarz. I dlatego wybrałem pallotynów. Wcześniej pracowałem w zakładach Nowotki na Woli. Brygadzista, który wiedział, że chcę być misjonarzem, powiedział mi, że w Ołtarzewie jest zakon, więc pojechałem tam i kiedy już dowiedziałem się jaki jest zakres pracy Stowarzyszenia, zapytałem, czy pracują na misjach. Okazało się, że pracują w Afryce i Brazylii, toteż zaraz po maturze złożyłem wszystkie dokumenty. W seminarium była Grupa Misyjna, ale nie wstąpiłem do niej, bo chciałem, żeby moje powołanie było „czyste”, nie poparte jakimiś doraźnymi zachętami. Zawsze jednak chodziłem na spotkania z misjonarzami. Kiedy przed święceniami poprosiłem o zgodę na wyjazd na misje, wiele osób było zaskoczonych. A ja całe życie myślałem o pracy misyjnej.
S. – Na samo powołanie na pewno miał jakiś wpływ brat, bo często przyjeżdżałam, żeby się z nim spotkać. Dzięki niemu jeździłam na oazy pallotyńskie i tak jakoś się...

...powołanie kształtowało. Ale, tak myślę, misjami zaraziła nasza mistrzyni, która wcześniej była misjonarką w Rwandzie. Opowiadała nam o misjach z taką pasją, zaangażowaniem, że my to wszystko widziałyśmy – te wzgórza w Rwandzie, zieleń, ludzi… Z mojego nowicjatu na misje wyjechały też inne siostry, więc to chyba było tym czynnikiem, który pobudził do zastanowienia się – a może jednak na misje? Ja, tak od razu, nie bardzo chciałam jechać na misje, tym bardziej, że wcześniej byłyśmy ukierunkowane tylko na Rwandę, potem jeszcze Kongo Demokratyczne (Zair), a od 6 lat jesteśmy też w Kamerunie. Ja jestem tam od 5 lat – w Esseng, diecezja Doume-Abong Mbang.

K. – W Brazylii terenami typowo misyjnymi są Amazonia i stany przylegające. Tam można jeszcze spotkać tubylcze plemiona indiańskie. W całym kraju jest bardzo mało powołań. W Polsce na ok. 40 mln ludności jest 28 tys. księży, a w Brazylii na180 mln ludzi jest 18 tys. księży, a obszar kraju jest taki jak prawie cała Europa.
Moja parafia to miasteczko Cachoeiras de Macacu, liczące 50-60 tys. osób, a do tego dochodzi 15 kaplic w wioskach (ostatnia 40 – 50 km). Dojazd do kaplic typowo misyjny – polnymi drogami, nie ma dróg asfaltowych, w wioskach nieraz nie ma światła, ludzie nie umieją czytać. Nędza, bieda, zacofanie.
Nieraz jak się prosi kogoś do czytań, mówi, że zapomniał okularów, a tak naprawdę, nie umie czytać, a nie chce się przyznać. W wielu miejscach nie ma kaplicy i Mszę św. odprawia się w domu.

W miastach jest zupełnie inny typ pracy – to bardziej pomoc Kościołowi brazylijskiemu niż tradycyjnie pojęta praca misyjna.
Pracujemy we dwóch, obecnie z ks. Jankiem Pietrusem. W niedzielę każdy z nas odprawia po 5-6 Mszy św. A jeszcze są chrzty, kursy, wykłady. Tak, że jak się wstanie o godz. 6.00, to do 9.00 wieczorem przez całą sobotę i niedzielę jest się zajętym. W tygodniu pracy jest nieco mniej.
Wiele znaczy, że Brazylijczycy są bardzo otwarci, życzliwi, spontaniczni. Pod względem człowieczeństwa
a. o wiele przewyższają Europejczyków. Pomagają jedni drugim w biedzie, np. na favelach – mało mają, a jeszcze innym pomagają, nie zamykają się. 

R. – Utarło się w świadomości większości ludzi przeświadczenie o wyższości kultury europejskiej i raczej nie docenia się bogactwa innych kultur, narodów. Dociera do nas wiele informacji o biedzie, rozbojach, narkomanii, przemocy, szczególnie na favelach. A Ksiądz mówi, że Brazylijczycy przewyższają nas ewangelicznym podejściem do życia. 
K. –
Ludzie ci przewyższają Europejczyków pod tym względem, że nie zatracili człowieczeństwa, normalności, bo przez europejski materializm, wyrachowanie dochodzi do zagubienia wartości – wszystko dla mnie, tylko się zamknąć, żeby ktoś nie zabrał.

Tam jest inaczej. Przychodzą ludzie prości – z wiosek, z miasteczek, gdzie np. nie pada przez 6 – 7 miesięcy w ciągu roku, stracili wszystko i prawie umierają z głodu. Toteż przychodzą do wielkich miast – bez zawodu, bez pieniędzy, bez zapewnionego dachu nad głową. Stawiają baraki gdzieś na uboczu, w jakichś opuszczonych miejscach. Mieszkają całymi rodzinami, czasem nawet wioskami. To oni tworzą favele, które nieraz liczą po 100 – 200 tysięcy osób. Ci ludzie ciężko pracują, wykonują najgorszą robotę w mieście. A sprzedający narkotyki wykorzystują ich, żerują na biedzie. Tam jest dom przy domu i oni się ukrywają wśród nich, handlują i załatwiają porachunki, często przy użyciu pistoletów. Zastraszają zwykłych ludzi.
To, co jest pokazywane to generalizowanie i upraszczanie problemu.

R. – Siostro, a jak jest w Afryce?
S. –
Na pewno inaczej – przede wszystkim każdy kraj afrykański jest inny. Siostry mówią, że w Rwandzie ludzie są bardziej zamknięci. Natomiast na podstawie moich doświadczeń uważam, że w Kamerunie ludzie są dość podobni do Brazylijczyków (byłam w Brazylii i troszkę widziałam). Są bardzo otwarci w stosunku do nas, są w stanie powiedzieć wszystko co myślą. Dbają
o nas –potrafią się podzielić swoim maniokiem, owocami. Przynoszą nam to, co posiadają. Tu jest jednak zupełnie inna sytuacja.
Tak jak w Brazylii jest dużo ludzi biednych, ale są też bardzo bogaci. Tam, gdzie pracujemy, w Essengu, jest głęboki busz i ludzie są bardzo biedni. I oni jeszcze są nam w stanie cokolwiek dać! To są bardzo prości ludzie, bardzo życzliwi dla nas. Z drugiej strony jest ich swoista kultura, którą trzeba uszanować. Przede wszystkim musimy tam pobyć jakiś czas, żeby ją zrozumieć. Być może w takiej cywilizacji, która już trwa ileś lat łatwiej zrozumieć ludzi, bo jest podobnie jak w Europie. Natomiast w Afryce trzeba pobyć z ludźmi, poznać ich mentalność i dopiero wtedy można mówić, że jest tak czy inaczej. Nie można z góry powiedzieć, że ci ludzie są dobrzy czy źli.
Tam, gdzie my pracujemy są bardzo dobrzy ludzie, ale – jak wszędzie – znajdzie się ktoś, kto jest bardziej agresywny. Ogólnie patrząc, ludzie są bardzo życzliwie zaangażowani, na tyle na ile potrafią, w życie Kościoła. Trzeba jeszcze brać pod uwagę, że na wschodzie Kamerunu chrześcijaństwo liczy zaledwie 50 lat – to praktycznie jeszcze poganie. I tak medal dla nich za to co robią i w jaki sposób się angażują, i za to, że chcą.

R. – No właśnie – w jaki sposób się angażują?
S. –
Przede wszystkim jest dużo ruchów kościelnych dla dzieci (Przyjaciele świata; mają swoich animatorów, a my nad tym czuwamy), młodzieży (Młodzież świata i inne organizacje), dorosłych. Jest Kółko Różańcowe oraz inne, mniejsze ruchy, jak, mówiąc po polsku, Damy Apostolskie – czyli kobiety, które dbają o kościół: żeby było czysto, żeby było uprasowane. Dla nas to się wydaje proste, natomiast tam, gdzie nie ma elektryczności, gdzie nie ma żelazka normalnego, gdzie nie ma pieniędzy – chyba że sprzedadzą trochę manioku czy kawy i wtedy mają jakiś zysk z tego – a jeszcze podzielą się swoim, żeby kupić proszek czy mydło i uprać bieliznę w kościele. Zdobędą gdzieś żelazko na węgielki, by ją uprasować. Muszą włożyć bardzo wiele wysiłku, żeby wszystko było zrobione – w naszym myśleniu „takie nic”.
To są może drobne gesty, ale właśnie w nich widać zaangażowanie.

R. – Ile sióstr jest w Esseng?
S. –
Cztery, w tym dwie pielęgniarki. Jedna z sióstr zajmuje się koordynacją wszystkich ośrodków zdrowia w diecezji. Ja pracuję w ośrodku zdrowia, ale tam praca pielęgniarki polega na tym, że robimy mniej więcej wszystko co robi lekarz, bo najbliższy szpital i lekarz znajduje się ok. 70 km od nas. Mamy ośrodek zdrowia, porodówkę, mały szpitalik, na 14 miejsc – tam prowadzę konsultacje. Jest laboratorium, w którym można zrobić pacjentom badania. Wydajemy też leki. Jeżeli potrzeba – chorzy zostają na hospitalizacji.

R. – Czy z chorym zostaje rodzina?
S. –
Tak, rodzina zostaje z chorym i opiekuje się nim: przygotowuje posiłki, karmi, myje i dba o higienę chorego. Tak jest przyjęte w Afryce.
Pozostałe siostry zajmują się pracą pastoralną. Jedna siostra prowadzi przedszkole – szczególną troską otacza maluszki. Inna zajmuje się szkołą podstawową od 1 – 6 klasy. Siostry także katechizują, zajmują się katechumenatem, przygotowaniem do chrztu, I Komunii Êw. i bierzmowania. Jedna z sióstr zajmuje się przygotowywaniem przedmałżeńskim. To w Kamerunie sprawa kulejąca, bo legalna jest poligamia.
Razem z katechistami, w wioskach należących do naszej parafii, wyszukaliśmy chorych katolików czy ludzi, którzy chcieliby zostać katolikami, a nie mogą przyjść do kościoła, i jeździmy do nich z Najświętszym Sakramentem. Tę działalność właściwie ja rozpoczęłam. Teraz zajmuje się nimi także siostra, która ostatnio przyjechała, gdyż ja nie zawsze miałam czas – jednak przychodzi dość dużo pacjentów. Do chorych przyjeżdża również ksiądz, by ich wyspowiadać.
W Dzień Chorego, jeżeli tylko jest możliwość, przywozimy chorych do kościoła (2 – 3 razy do roku), żeby mogli wspólnie uczestniczyć we Mszy Êw. Kiedy pojechałam po nich po raz pierwszy na Boże Narodzenie, to niektórzy byli w kościele pierwszy raz po 10–15 latach. Wielu w ogóle nie wychodziło z domu, bo nie było takiej możliwości. Do kościoła mieli spory kawałek drogi, a jedyny możliwy dla nich środek transportu to taczki.

R. – Od jak dawna funkcjonuje parafia w Esseng?
S. –
Parafia w Esseng istnieje od 40 lat. Ksiądz był w niej cały czas. Proboszcz i wikary są Kameruńczykami.

R. – Z jakimi schorzeniami najczęściej przychodzą pacjenci?
S. –
Jak to w Afryce: malaria, robaczyce, filariozy i, jak wszędzie, choroby układu oddechowego, choroby wątroby, AIDS.

R. – Wspomniała Siostra, że są to tereny biedne. Czy macie też przypadki niedożywienia?
S. –
Jak mówi brat, Kameruńczyk zje wszystko, co się rusza i dzięki temu nie ma niedożywienia. Problemem jest brak higieny, brudne źródła, słaby poziom edukacji. Próbujemy w miarę możliwości temu zaradzić.
Częste są przypadki zarobaczenia, które powoduje anemię. Takie dzieci trzeba leczyć, a potem dożywiać, żeby pomóc im w jakiś sposób. Nie jest tak tragicznie, ludzie nie umierają tu z głodu – to musiałoby być ogromne zaniedbanie. Jeśli umierają rodzice lub coś innego się dzieje z nimi, dzieci bierze do siebie rodzina i dba o nie.

R. – Czy przedszkole i szkołę prowadzicie samodzielnie?
S. –
One należą do diecezji, a my tylko się nimi zajmujemy. Jest to kompleks budynków, w których mieści się szkoła podstawowa. Wydzielone są dwa pomieszczenia na przedszkole, dla dzieci mniejszych i większych – jest ich 84.

R. – Co przynosi największą radość?
S. –
Ja jestem pielęgniarką, więc dla mnie największą satysfakcją jest, kiedy wyzdrowieje jakiś pacjent. Każdy dzień przynosi coś nowego.
Jedno z dzieci zostało ochrzczone moim imieniem. Jak do tego doszło? Czasami bywają dość trudne porody i czasem jestem przy nich. Zdarzyło się, że naszemu ogrodnikowi urodziła się córeczka i trochę się przy tym namęczyliśmy. Ojciec powiedział: „Ona będzie nosiła Siostry imię”. Powiedziałam: „Nie możesz wybierać takiego imienia, bo jest trudne do wymówienia (tam mówią Madżena)”. Ale on się upierał i tylko miał wątpliwości, czy jest taka święta. Poradziłam mu, żeby dał jej kompletne moje imię – Anna Marzena, bo ja tak zostałam ochrzczona. I tak dziewczynka ma na imię.
Jest wiele radości, ale są też sytuacje takie, że pęka nam serce, np. jest dużo szamanów, znachorów, którzy czynią wiele złego – nie znają się na wielu rzeczach, a jeszcze dochodzi do tego magia. Bardzo mocno przeżyłam, kiedy rodzice przynieśli małego Jasia w śpiączce i z bardzo silnym zapaleniem płuc. Cieszy-łam się ogromnie, kiedy po jakimś czasie dziecko wyszło ze śpiączki i bardzo powoli zaczęło powracać do zdrowia. Ale niestety, wtrąciła się rodzina i zmusili rodziców (młode małżeństwo), żeby poszli po szamana. Przyszli z nim wieczorem i nawpychali jakichś liści do nosa, do uszu, wszędzie, gdzie się tylko dało, tak, że dziecko udusiło się.
Takie sytuacje bardzo mocno przeżywamy.

R. – A może Ksiądz opowie o swojej pracy?
K. –
Już prawie 8 lat jestem w Cachoeiras de Macacu. Krótko po moim przyjściu miała być I Komunia św. Kościół był pięknie udekorowany, ale w nocy spadł deszcz i trzeba było podstawić 8 wiader, żeby uratować dekoracje. Wymieniliśmy dach, a że zostało trochę pieniędzy, postanowiliśmy kontynuować remont, np. ołtarz, który był na boku przenieśliśmy na środek. Powiększyliśmy kościół z 400 na700 osób, wymieniliśmy okna. To był ogromny wysiłek całej parafii. Z „Adveniat” dostałem pomoc na samochód. Wybudowaliśmy także 2 kaplice w wioskach; 3 udało się dokończyć.
Pod względem pastoralnym funkcjonują tu takie same ruchy jak we wszystkich parafiach, np. przygotowanie do chrztu – nieraz chcą tylko dziecko ochrzcić, bez chodzenia do Kościoła. Takie rodziny odwiedza się, przekonuje. W Brazylii cała katecheza jest oparta o ludzi świeckich, którzy pracują bez wynagrodzenia. Jeden z najliczniejszych ruchów obejmuje młodzież – po trzech latach mamy grupę ok. 300-osobową, starszej młodzieży ok. 200-osobową. To przyszły Kościół.
Jest też przygotowanie do małżeństwa, różne grupy socjalne, jak Wincentyni czy Duszpasterstwo Dziecka (Pastoral da Crianca), które pilnuje rozwoju dzieci
– waży, mierzy, daje odżywki, doradza. Dzięki temu ruchowi bardzo zmniejszyła się umieralność dzieci. Są też inne ruchy pastoralne: odwiedzają chorych, modlą się za zmarłych, odwiedzają i pocieszają rodziny.
Przychodzi coraz więcej ludzi – ten Kościół jest bardzo żywy.
Staramy się też wraz z ks. Jankiem Pietrusem pomagać ludziom w wioskach. To prości ludzie, czekający na księdza. Muszą go jednak poznać, zaufać mu, a wtedy się otwierają i zaczynają pracować.

R. – Ksiądz wspomniał kiedyś, że jest dużo kaplic sekt, innych wyznań.
K. –
Jest ich sporo. Ciężko je zlikwidować, bo powstają jak grzyby po deszczu. Tam wchodzi element finansowy. Ktoś ma jakiś zawód, zrobił jakiś kurs i już jest pastorem. Pięć razy więcej zarobi i ma stałą pracę. A ludzie nie mają jeszcze dobrej orientacji. Kto pierwszy do nich dotrze, ten ich formuje. Tak jest w całej Brazylii. Sekty wchodzą bardzo agresywnie, ale Kościół katolicki się broni, wiele robi, by ludzie mieli głębszą wiedzę religijną, stara się im pomagać.
Papież mówił, że Ameryka Łacińska jest przyszłością Kościoła. Dlaczego? Jej mieszkańcy stanowią połowę Kościoła katolickiego. Jest to Kościół młody, bardzo dynamicznie rozwijający się, silny. Opiera się na ludziach świeckich, którzy są i pracują w Kościele, którzy czują ten Kościół.
W Europie Kościół to przede wszystkim hierarchia. Ksiądz musi wszędzie być, wszystko przygotować. Tu nie potrzeba tego. Ksiądz koordynuje, współpracuje ściśle z liderami. Kościół jest młody i dynamiczny – pod tym względem przebija Kościół europejski.

R. – Dziękuję za rozmowę, za pokazanie nam, jak różne są potrzeby Kościoła misyjnego, jak różnorodna jest praca misjonarek i misjonarzy. Myślę, że wielu Czytelników obdaruje swoją modlitwą „misjonarskie rodzeństwo”.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: Artur Karbowy SAC, archiwum Sióstr od Aniołów