Wywiad z Panią Dr Wandą Błeńską-misjonarką Drukuj Poleć znajomemu

Kl. - Spędziła Pani Doktor czterdzieści trzy lata w Ugandzie niosąc pomoc ludziom chorym, trędowatym. W jaki sposób rozpoczęła się ta wielka przygoda życia?
W.B.
- O ile dobrze pamiętam, od najwcześniejszej młodości, zawsze chciałam być lekarką na misjach. Koniecznie lekarką. Jako dzieciak bardzo lubiłam czytać... Nie marzyłam jeszcze o konkretnym kraju, ale myślałam zawsze o Afryce. O Ugandzie natomiast wiedziałam tylko tyle, że tam było tych czterdziestu męczenników. Moje zainteresowania rosły wraz ze mną, więc gdy poszłam na uniwersytet, to już sama szukałam: Koło Misyjne, Sodalicja Mariańska, Związki Akademickie... I ja w tym byłam. Marzyłam o polskich misjach. Niestety było to niemożliwe. Zażądano, abym albo wstąpiła do klasztoru, albo wyjechała z mężem. Do klasztoru nie chciałam - powiedziałam, że nie mam powołania. Potem wybuchła wojna... Byłam na kursie medycyny tropikalnej i tam spotkałam Ojca Białego, który pracował na misjach w Ugandzie. Tak to się zaczęło. Nie oddałabym swojej pracy, jak to się mówi, nawet za całą herbatę chińską. Pokochałam tę pracę.

Kl. - Czy pamięta Pani Doktor dzień, w którym wyjechała Pani na misje? Proszę opowiedzieć o pierwszych wrażeniach i doświadczeniach.
W.B. -
Moje pierwsze zetknięcie z nową, misyjną rzeczywistością mogłabym podzielić na trzy etapy: kiedy wylądowałam w Afryce, następnie - kiedy znalazłam się w Ugandzie i wreszcie - kiedy przybyłam do konkretnej placówki.
Podczas podróży do Nairobi (Kenia), którą odbyłam statkiem, towarzyszyli mi Ojcowie Biali. Pytali mnie: Czy zna Pani tego księdza, który będzie...

... na Panią czekał? Nie, nie znam - odpowiadałam. A czy zna Pani jego adres? Nie, nie znam. A czy ma Pani kogoś w Nairobi u kogo mogłaby Pani przenocować. Nie... Ojcowie byli trochę strwożeni, ale wszystko było dobrze. Polski ksiądz, z którym się spotkałam poszedł na jakieś zebranie. Powiedziałam jego gospodyni, że chcę się przejść. Poszłam i zabłądziłam (!). Do domu odwiozła mnie napotkana Angielka, która jechała gdzieś na koniu. Takie były moje pierwsze kroki na kontynencie afrykańskim.

Gdy przyjechałam do Ugandy okazało się, że król świętował pięćdziesięciolecie podpisania jakiegoś paktu, więc wszyscy księża, którzy mieli po mnie wyjechać poszli na ucztę do króla. W ten sposób znalazłam się na dworcu sama, bez znajomości języka, bez tamtejszych pieniędzy. Jednak znaleźli się ludzie, którzy chcieli mi pomóc. Ktoś podał inny adres. Siostra Franciszkanka – nie wiem ile zrozumiała z mojego telefonu – powiedziała: czekaj, przyjadę. I zabrała mnie, ale najpierw prosiła, abym obejrzała ich szpital. Siostry bardzo potrzebowały lekarki, dlatego „nastawiły” na mnie swojego arcybiskupa. Otrzymałam drugą propozycję pracy. Gdy przyjechałam do „mojego biskupa” okazało się, że osiedle dla trędowatych jest dopiero w projekcie - jeszcze nie wykopano gruntu, więc czekałam tam rok, pracując w szpitalu ogólnym w Fort Portal. Po roku odwiedziłam dwa ośrodki dla trędowatych (bez lekarza), prowadzone przez Siostry Franciszkanki z Irlandii - Bulubę i Nyengę i tam już zostałam, na przeszło czterdzieści lat.
W Bulubie, nad jeziorem, istniało osiedle dla trędowatych. Rozpoczęłam pracę w tym dystrykcie, ale potem dojeżdżałam motocyklem również do innego dystryktu. Z biegiem czasu szpital nad jeziorem zmienił się na szpital szkoleniowy. Zaraz rozpoczęliśmy kurs pielęgniarzy, właściwie więcej niż pielęgniarzy - taki specjalny „dla trądu” z programem państwowym. Szpital zmienił się potem na uczelniany, a teraz jest szpitalem referencyjnym na całą Ugandę. Podobnych szpitali dla trędowatych było pięć.

Kl. - Na czym polegała praca Pani Doktor? Jakie były największe problemy w leczeniu ludzi chorych?
W.B. -
Tam gdzie zamieszkałam (Buluba) istniały już tzw. dormitoria, gdzie mieszkali chorzy. Lekarza nie było, ponieważ wyjechał w poprzednim roku. Nie było izby chorych i sali operacyjnej. Na samym początku zbudowaliśmy taką prowizoryczną izbę chorych. Moją pierwszą salę operacyjną - gdzie chodziło o ratowanie oczu - stanowił mały pokoik, który pozbawiony był sufitu, ale miał dach. Usunęłam dachówkę i wstawiłam okno. Dzięki temu mięliśmy światło dzienne z góry. Natomiast osiedle w Nyendze miało salę operacyjną, gdzie odbywały się większe operacje.

Wkrótce potem zaczęliśmy szkolić leprosy asystentów. Dlaczego musieliśmy szkolić? Otóż mieliśmy pacjentów, którzy mieszkali 150 - 200 kilometrów od nas. Nie mogli stale przychodzić, ale też nie mogli wszyscy osiedlić się u nas. Lekarstwa natomiast były podawane pod kontrolą według ścisłego rozporządzenia WHO. Ci asystenci, którzy się uczyli, zdawali po dwóch latach egzamin państwowy i byli wysyłani do ośrodków w terenie. Mieszkali tam, gdzie chorzy na trąd, uprawiali rolę - prowadzili normalne życie. Tym sposobem asystenci, którzy nauczyli się, jak postępować w przypadku trądu nieśli pomoc medyczną: zaopatrywali chorych w lekarstwa, robili im opatrunki, prowadzili ewidencję...
My odwiedzaliśmy ich regularnie i zabieraliśmy do szpitala tych chorych, którzy tego wymagali.
Na początku lat pięćdziesiątych miałam pod swoją opieką dwadzieścia cztery tysiące chorych. Trzeba było leczyć u trędowatych wszystko, ponieważ ogólne szpitale nie chciały ich przyjąć. Niestety, ale taka była praktyka. Nie przyjmowano. Panował zbyt duży lęk przed trądem.

Osoba, która zachorowała na trąd zadawała sobie dramatyczne pytanie - dlaczego ja, dlaczego nie mój brat, dlaczego nie inni, tylko ja?! Dla chorego odpowiedź była jedna - ktoś rzucił czary. A skoro tak, to europejskie tabletki nic nie pomogą. To bardzo przeszkadzało w leczeniu. Trzeba było tłumaczyć, że to zwykła choroba, a nie skutek czarów. Istniał na północy, na granicy Sudanu szczep Starców, którzy potrafili odczyniać czary, gdzie szukali ratunku. Jeżeli ktoś był chrześcijaninem, to radziłam, aby poprosił księdza, który zebrawszy grupę wiernych będzie się nad nim modlił. I pomagało. To psychiczne oddziaływanie było często konieczne.

Z czasem wiara w czary zaczęła się zatracać i wraz z nią zaczęła zanikać wiara w opiekuńczą działalność przodków. Tych przodków, chociaż mogli nieraz źle czynić, zawsze można było przebłagać i to stwarzało sytuację bezpieczeństwa. Na skutek upadku wiary w opiekę duchów, powstała luka. Tę lukę nie zawsze wypełnia chrześcijaństwo, ale wdzierają się w nią różne mass-media, które ukazują jakąś pseudochrześcijańską subkulturę powodującą ogromny zamęt, zwłaszcza wśród młodzieży. Istnieje wiele sekt stanowiących mieszaninę dawnej wiary, dawnych zwyczajów z odrobiną chrześcijaństwa. Zazwyczaj proponują one tzw. luz, to znaczy swobodę seksualną, akceptują wielożeństwo i obiecują zbawienie przez samą przynależność do sekty.

Nasza wiara uczy miłości, ale jest wymagająca. Dla nich zbyt wymagająca, ponieważ praktykują poligamię. Kogo stać na dwie, trzy żony, ten jest szanowany, kto ma jedną - nie ma prestiżu. Mój następca, wspaniały lekarz, jest monogamistą, ma siedmioro dzieci. Ale on może sobie na to pozwolić, ponieważ już jest „największy”. Szacunek i autorytet zdobył sobie dzięki wykształceniu i pracy niosącej pomoc chorym. To wyjątek, inni nie mogą sobie na to pozwolić. W związku z tym istnieje problem - w jaki sposób zaopiekować się tymi żonami i dziećmi... Jak im pomóc? Trzeba być bardzo ostrożnym, aby nie zadrażnić uczuć, kompleksów, poczucia niższości...

Kl. - W którym okresie pracy wystąpiły największe trudności?
W.B. -
Najtrudniejszym okresem było pierwsze 15 - 20 lat. Wtedy byłam sama. Ciążyła na mnie ogromna odpowiedzialność za diagnozę, którą musiałam stawiać sama. Czasem musiałam przeprowadzać operacje, w których nie byłam specjalistycznie wykształcona, dlatego jeździłam co sobotę do stolicy. Tam była akademia lekarska, więc radziłam się chirurga w wielu sprawach. Spotykałam białych, którzy byli wspaniałymi ludźmi. Pomagali. Wszystkie operacje były udane, ale za to płaci się ogromnym lękiem... Świadomość odpowiedzialności, że to mój pacjent, to ja go operowałam. Ilu chorym pomogłam dzięki operacji, a ilu dlatego, że się modliłam (Boże, żeby on nie umarł, żeby mu nie zaszkodzić...) - tego nie wiem.
Potem, gdy przyszli inni - dr Kołakowska, dr Marczak - Malczewska, dr Nowak, dr Jasiński z Poznania, pani Bartkiewicz, było łatwiej. Zawsze można było się porozumieć, skonsultować. Bez wątpienia te pierwsze 15 - 20 lat były najtrudniejsze. Jako „butolog” Janka Bartkiewicz, wspaniale rozwinęła rehabilitację i pracownię protez oraz obuwia ortopedycznego.

Kl. - A zagadnienie wiary u Afrykańczyków - chorych, ale nie tylko... jakie są obserwacje i doświadczenia Pani Doktor?
W.B. -
To jest kraj zasadniczo chrześcijański, choć poligamia występuje w osiemdziesięciu procentach. A z wiarą jest chyba tak, jak i u nas - jest albo głęboka, albo płytka. Nieraz zastanawiałam się nad tymi męczennikami z Ugandy. Oni przecież poświęcili się całkowicie dla Chrystusa. Król, który był panem życia i śmierci powiedział, że ci, którzy będą go słuchać, otrzymają wszystko, a ci, którzy chcą się modlić z białymi, pójdą na stos. Oni wybrali męczeństwo. To przykład głębokiej wiary.
A jeżeli chodzi o chorych, to wszystko jedno, czy jest biały, czarny, czerwony, czy żółty... On cierpi i potrzebuje pomocy. Potem jest bardzo wdzięczny temu, kto mu pomoże. Afrykańczycy, jako tacy, mają bardzo dużo radości w sobie. Oni potrafią z ranami, z tym wszystkim, co ich przygniata, jeszcze tańczyć i śpiewać.
Bardzo dużo w leczeniu pomagała wspólna modlitwa. To się może wydawać dziwne, ale trudno jest przemóc się i modlić się razem z pacjentami przy łóżku chorego. Miałam taki przypadek, że nie mogłam pomóc pacjentce, która traciła wzrok. Kiedyś przyszłam do niej i powiedziałam na całą salę - ja już nie wiem jak ci pomóc. Zmówmy cząstkę różańca. Na sali zapanowała wspólna radość i gorąca modlitwa, a zastosowane lekarstwo natychmiast pomogło.

Kl. - Niewątpliwie praca na misjach była bardzo trudna, wymagała całkowitego poświęcenia się ludziom... Skąd Pani Doktor czerpała siły?
W.B. -
Pan Bóg pomagał. On dawał siły. Zresztą, były takie operacje, które wymagały wykwalifikowanej chirurgii, do której ja nie byłam przygotowana. Uczyłam się z książek, jeździłam do kliniki (100 km), przyglądałam się operacjom i często asystowałam. W sali operacyjnej wisiał gipsowy wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej umieszczony przez siostrę karmelitankę (lekarkę). Tak - stale towarzyszyło mi uczucie, że gdyby nie nadzwyczajna pomoc Boga, to ja bym nic nie zrobiła. I rzeczywiście doświadczyłam na różny sposób tej pomocy. Gdy człowiek modli się z absolutną rozpaczą, skulony w sobie bez słów, pojękując tylko sercem, wtedy Bóg działa w cudowny sposób.
Wierzę mocno w pomoc Anioła Stróża. Nieraz śmiesznie mówię: No przecież chodziłeś ze mną na uniwersytet, wiesz, co mam wiedzieć i robić...

Mój Anioł Stróż pomógł mi, gdy się zgubiłam w górach. W 1955 roku poszliśmy ścieżkami słoni na długą wyprawę. Część naszej ekipy oddaliła się niespodziewanie. Zorientowałam się, że zostałam sama. Nie ma sensu wołać, krzyczeć, bo to dżungla. Usłyszałam szum rzeki, którą około trzech godzin temu przekroczyliśmy. Coś mi mówiło - idź tam na dół. Rozum by powiedział - po co? To głupstwo. Poszłam i spotkałam resztę naszych. Innym razem tego samego wieczoru wpadłam dwa razy do dołu na bawoły i też się wydostałam. Anioł Stróż pomagał. Nawet mój kapelan, Holender, powiedział mi kiedyś: Wiesz, przestałem się już o ciebie martwić. Ty masz tylu Aniołów, że zawsze cię wydostaną z kłopotów.
W jednym przypadku doświadczyłam pomocy w sposób namacalny. Był zamach stanu. Siostry chciały jechać na rekolekcje. Ja jedna miałam prawo jazdy, więc prowadziłam samochód. Nie bez problemów przejechałyśmy 400 kilometrów. Na rekolekcjach było bardzo dobrze, ale dzień przed odjazdem bardzo się denerwowałam. Nie wyobrażałam sobie, jak ja będę mogła prowadzić samochód. Po drogach jeździły czołgi, więc nie były to już drogi, ale kawałki asfaltu pomiędzy którymi były dziury. Czasem trzeba było jechać z „szaloną” prędkością pięciu kilometrów na godzinę. Moje siostry pousypiały, a ja śpiewałam i jechałam. Dosłownie - miałam poczucie, że to nie ja prowadzę, ale mój Anioł Stróż.

Kl. - Mówiła Pani Doktor o trudnościach, ale zapewne doświadczyła pani również satysfakcji, wiele radości i poczucia spełnienia...
W.B. -
Tak - wiele radości. Największą radość odczuwałam, gdy po operacji okazywało się, że pacjent czuje się dobrze. Boże, co to za radość!
W miejscu, w którym byłam, wydawać by się mogło, że człowiek powinien odczuwać samotność. Rzeczywiście byłam sama. Obok mnie mieszkał tylko kapelan, Holender, a z siostrami miałam znikomy kontakt z powodu ich ścisłej klauzury, którą później, po wielu latach, złagodziły. Mimo to nie odczuwałam samotności. Żabki rechotały, był pies i kot do towarzystwa. To bardzo ważne.
Kiedy odczuwa się samotność? Aby się trochę podszkolić w operacjach pojechałam do dużego szpitala naszych Sióstr w stolicy. Wieczorem widzę oświetlone domy. Tam ktoś jest, ktoś z kimś rozmawia, ktoś do kogoś przyszedł, ktoś wraca znowu. Może gdybym ja przyszła, to byłabym tą dziesiątą osobą i mieliby mnie dość? Wtedy odczuwa się samotność, a nie jak jest się samym w buszu.

Wspominałam już, że niedaleko mnie mieszkał Holender, więc gdy byłam „w dołku”, to przychodziłam do niego. On był tam tak długo jak ja, więc już wiedział i rozumiał mnie. Dawał mi jakąś książkę, czy pepsi-colę. Nie musiało być żadnej rozmowy; upływało 20-30 minut i już było mi lepiej. Wystarczy, że jest ktoś. Podobnie z naszymi ciężko chorymi pacjentami. Gdy chory leżał, to miał wokół siebie rodzinę. Jeżeli czegoś potrzebował, to oni byli, jeżeli się budził, to oni byli. Nikt nie musiał zabawiać go rozmową. Najważniejsza jest obecność. A u nas, gdy człowiek jest chory w szpitalu, to jeszcze odgrodzą go parawanem. To jest okrucieństwo. Człowiek czuje samotność w dużym zgromadzeniu, które jest obce. Niestety, ale ludzie dzisiaj ze sobą nie rozmawiają. Tak, myśmy się zmienili. Myślę, że z tym trzeba zerwać.

Kl. - Czterdzieści trzy lata na misjach - a po powrocie...
W.B. -
Po powrocie robię to, co zawsze robiłam na urlopie - dzielę się wrażeniami i staram się „zarazić” moich słuchaczy entuzjazmem do pracy na misjach lub modlitwy za naszych braci w III świecie.

Kl. - Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał kl. Przemysław Podlejski SAC (Wywiad przeprowadzony w 2001 r.)
Zdjęcia z archiwum p. dr W. Błeńskiej

 
http://www.horyzonty.misjesac.pl/help/screen.html