Strona główna arrow Rok 2004 arrow Nr 26 (1/2004) arrow Dialog życia codziennego
Dialog życia codziennego Drukuj Poleć znajomemu

Zgromadzenie Ojców Białych Misjonarzy Afryki powstało w 1868 r. Zostało założone w Algierii przez francuskiego kardynała Karola Lavigerie, z myślą o ewangelizacji Afryki, zarówno północnej – muzułmańskiej, jak i tzw. czarnej.

Obecnie jest nas blisko 2000 misjonarzy. Pracujemy w 26 krajach afrykańskich, we wspólnotach międzynarodowych - co, zgodnie z życzeniem naszego Założyciela, ma pokazywać uniwersalność Kościoła katolickiego. Kładziemy bardzo duży nacisk na inkulturację, która zaczyna się od nauki języka, poznania zwyczajów i stwierdzenia, że to nie ja będę odkrywał Afrykę, bo Pan Bóg już tam jest. Trzeba odkryć obecność Boga w tamtej kulturze, odkryć elementy, które już tam są, a których można użyć do ewangelizacji.

W Polsce Ojcowie Biali są obecni od 1985 r., w Lublinie. Aktualnie jest wyświęconych 12 Polaków i kilku w trakcie formacji (a ta jest dość długa i wymagająca), trwającej 9 lat – 2 lata...

...w Polsce, reszta w Afryce.
Ja 8 lat przebywałem w Nigrze – kraju mało znanym w świecie. Pracowałem wśród muzułmanów – zresztą głoszenie Dobrej Nowiny wśród muzułmanów jest jednym z podstawowych celów naszego zgromadzenia. Tam na 10 mln mieszkańców było zaledwie 20 tys. chrześcijan.

Misja w takim kraju ma specyficzny charakter – mamy pokazać, że mamy coś do zaproponowania - mianowicie naszą wiarę w Jezusa Chrystusa, przede wszystkim przez świadectwo. Są to przede wszystkim dzieła miłosierdzia, dzieła charytatywne na rzecz drugiego człowieka, niezależnie od tego czy jest chrześcijaninem czy muzułmaninem. Prowadzimy szpitale, ośrodki zdrowia, szkoły, a także ośrodki dla chorych na trąd i na AIDS. Jesteśmy zaangażowani w dzieło służące ogólnemu rozwojowi człowieka: nauka czytania, pisania, przygotowanie do zawodu, do tego, by samodzielnie decydować o swoim losie.
Jest to też dialog z islamem, nie na poziomie teologicznym, bo muzułmanie nie dyskutują na temat swojej religii, nie prowadzą studiów teologicznych – wierzą, że Koran został im zrzucony z nieba w takiej formie, w jakiej jest, czyli po arabsku, oprawiony w baranią skórę. Zesłał go Pan Bóg i wszystko trzeba przyjąć jak jest. Jest to wiara codziennego życia.

Do islamu odnoszę się z wielkim szacunkiem, ale i krytycyzmem i za najbardziej negatywny aspekt tej religii uważam fatalizm (jakim mnie Panie Boże stworzyłeś takim mnie masz). Widać to bardzo często – człowiek biedny, chory, ale po co się ma starać – skoro Allach tak postanowił – to tak ma być. Staramy się to zmienić.
Wokół naszej misji mieszkali muzułmanie. Staraliśmy się uczestniczyć w ich codziennym życiu. Byliśmy zapraszani do uczestnictwa w ważniejszych wydarzeniach, jak narodziny, śmierć, ślub czy ich święta. Także oni przychodzili do nas i uczestniczyli w naszych świętach, np. na pasterce połowa ludzi w kościele to byli muzułmanie. Bardzo im się podobało, szczególnie jasełka.

Wydaje mi się, że taki dialog życia przynosi owoce. Doświadczyliśmy tego po 11 września 2001 r., kiedy nagle kwestia religii stała się tak istotna. Przez tyle lat budowaliśmy zaufanie, że odnieśliśmy się z obu stron do tego co nas łączy, czyli do wiary w Boga, do modlitwy.
Przy naszej misji była szkoła misyjna, gdzie znakomita większość nauczycielek była muzułmankami. Także wielu współpracowników w naszych strukturach to muzułmanie. My staramy się pokazać pewne cechy naszej religii i dlatego nasza szkoła, chociaż w środowisku muzułmańskim, była inna niż pozostałe. Prowadziliśmy pogadanki np. z okazji świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, wyjaśnialiśmy, dlaczego są dla nas takie ważne. Wydaje mi się, że jeśli nie wykrzykujemy, nie narzucamy z pozycji siły, ludzie są gotowi przyjąć to co głosimy. Drzwi domów muzułmańskich zawsze były dla nas otwarte.

Może moja praca nie przyniosła wymiernych efektów, bo ochrzciłem przez te lata zaledwie 6 osób, ale to jest takie ziarenko gorczycy, które przyniesie kiedyś owoce. Były to osoby dorosłe. Ich katechumenat to niesamowite przeżycie – to jak podróż tych osób, przychodzących jakby z innego świata.
Katechumenat trwa 5 - 6 lat, gdyż taka osoba musi wiele zrozumieć, pozmieniać w swojej głowie, w sercu i w życiu. Dla muzułmanina Bóg to Bóg potężny, „Allach akbar”, a człowiek jest niewolnikiem Boga. My mówimy, że Bóg jest Ojcem, a my jesteśmy dziećmi Boga, na co oni się obruszają: jak to, przecież Bóg nie może mieć dzieci. Rozumują dosłownie; no i ten fatalizm – zrzucanie wszystkiego na Pana Boga, podczas, gdy my uważamy, że to my jesteśmy w równym stopniu odpowiedzialni za własny los. Różna jest też pozycja społeczna kobiety, traktowanej trochę lepiej od krowy, co jest usankcjonowane przez Koran. Człowiek, który decyduje się na zmianę religii musi wiele pozmieniać w sercu i w życiu i dlatego to trwa tak długo – to jest piękna, bardzo osobista podróż. Bardzo często musiałem odpowiadać na pytanie, dlaczego ja wierzę w Chrystusa i dlaczego to dla mnie takie ważne.

Kiedyś było trzech katechumenów z okolicznych wiosek. Wyróżniał się wśród nich, Abdullachim, szczególnie bystry chłopak. Czytał Pismo św., rozumiał, toteż po 5 latach stwierdziliśmy, że przyszedł czas, żeby go ochrzcić.
W naszej misji chrzty były zawsze w Wielką Sobotę. Poprosiliśmy katechumenów, by przyjechali już przed Niedzielą Palmową, żebyśmy razem przygotowali ten ostatni etap. Abdullachim nie przyjechał. W końcu w środę pojechałem do jego wioski. Znalazłem go w bardzo poważnym nastroju. Po pozdrowieniu zapytałem, dlaczego nie przyjechał. Abdullachim powiedział, że nie może być ochrzczony. Kiedy wyraziłem zdziwienie, bo przecież my wszyscy, ksiądz proboszcz i rada parafialna uważaliśmy, że może przyjąć sakrament, usłyszałem: „Nie proszę ojca, ja nie mogę być ochrzczony, bo jednak nie wierzę, że Jezus Chrystus był Synem Bożym”.

Był to dla mnie pewien wstrząs, ale z drugiej strony byłem pełen szacunku dla jego szczerości. Nie czuł tego w sercu; wrócił do islamu. Z nami pozostawał w dobrych stosunkach.
Moim zdaniem czynnikiem, który utrudniał bliższy kontakt, przyjęcie chrześcijaństwa, było środowisko. Islam jest religią, która istnieje tam od XV w. Islam przenika całe życie, dlatego jest nie do pomyślenia dla nich, że ktoś może być kimś innym niż muzułmaninem. Najczęściej nawracali się ci, których rodziny były daleko i nie mogły wywierać presji. Byli to najczęściej studenci, młodzi ludzie, którzy przyjechali się uczyć do miasta. Tu słyszą, czytają o Chrystusie, zaczynają interesować się Nim. Ludzie ci są jednak narażeni na represje ze strony rodziny.

Bywają też przypadki przejścia na islam, szczególnie jeśli chrześcijanka poślubi muzułmanina, gdyż islam wymaga od męża, by przeciągnął żonę na swoją wiarę. Znałem 2 małżeństwa, w których muzułmanin był na tyle otwarty, że pozwalał żonie praktykować, a nawet w jednym przypadku przywoził żonę do kościoła.
A zdarza się i tak, że jakiś chrześcijanin zakocha się w pięknej muzułmance i traci dla niej głowę i wiarę – bo rodzina nieraz niechętnie oddaje córkę chrześcijaninowi.

Ks. Jacek Wróblewski MAfr
Zdjęcia: archiwum Ojców Białych