Strona główna arrow Rok 2002 arrow Nr 18 (1/2002) arrow Rozmowa z ks. Zbigniewem Dobkiem SAC
Rozmowa z ks. Zbigniewem Dobkiem SAC Drukuj Poleć znajomemu

Ciąg dalszy z poprzedniego numeru
R. – Czy Ksiądz mógłby opowiedzieć nam o pracy w Manaus?
K. –
To wszystko nie mieści się aż tak daleko od siebie ( w odległościach brazylijskich). Nieraz byłem w Manaus i za chwilę musiałem przenieść się dalej. To wyglądało jakby człowiek przemieszczał się w czasie. W Manaus – cywilizacja, a nad Rio Negro jeszcze jej nie ma, choć stopniowo i tu się wdziera, szczególnie w Novo Airao. Z roku na rok są jakieś zmiany. Bardzo nabrzmiały problemy społeczne. W Manaus ok. 1/3 naszej parafii mieści się na wodzie – to domy na faveli. Są tam bardzo trudne warunki. Praca duszpasterska to ewangelizacja przez katechizację, liturgię w różnych grupach, ale także Duszpasterstwo Dziecka. Dużo dzieci rodzi się poza rodzinami, a często i w rodzinie trzeba pomóc. Jest duża umieralność dzieci. Umierają często na choroby bardzo łatwe do wyleczenia – w Polsce żadna matka by na to nie pozwoliła. Nieraz poprzez proste wskazówki można dużo pomóc. Polega to na tym, że towarzyszy się kobiecie, gdy jest w stanie błogosławionym i do 6 roku życia dziecka. To są wizyty, proste rozmowy.
Często się zdarza, że dziecko ma dziecko, np. dziewczyna 14-letnia...

...ma dziecko i traktuje je jak lalkę, chce się nim bawić. Trzeba jej wytłumaczyć, że to nie zabawka, że trzeba się nim zajmować, dbać o nie, przestrzegać higieny, że dziecko potrzebuje uwagi, czułości, opieki. To są takie proste rady, ale trzeba tam być i je dać. Czasem, jak jest babcia czy większa rodzina, starsi dają jakąś orientację, ale jak rodzina jest rozbita i matka jest zostawiona sama sobie czy też jest z mężem lub człowiekiem, z którym żyje i oboje są niedojrzali – wtedy trzeba im towarzyszyć, bo oni nie potrafią dbać o dziecko. I właśnie w ramach Duszpasterstwa Dziecka kobiety czy dziewczyny, które miały odpowiednie kursy, chodzą do tych rodzin, do matek. Przy niewielkich nakładach finansowych Duszpasterstwo Dziecka osiąga wielkie sukcesy: zmniejsza się bardzo umieralność dzieci, chociaż ciągle jest jeszcze za mało kobiet do pracy – trzeba je przekonać, że tak mogą służyć Bogu.

Duszpasterstwo Dziecka staje się sukcesem, który podziwiają obserwatorzy ONZ. Tam nie ma wielkiej struktury organizacyjnej, biurokracji. To organizacja prosta, ale skuteczna – niewiele potrzeba, żeby życie dało się uratować.
Brazylijczycy, w swojej rozbudzonej religijności, chętnie idą w stronę dewocji. Trzeba, by otworzyli się na miłość chrześcijańską do drugiego człowieka. W katechezie staram się, by byli bardziej wrażliwi na drugiego człowieka.
Oni chcieliby tylko rozmawiać z Panem Bogiem i już czują się zrealizowani jako chrześcijanie. Muszą jednak dostrzegać problemy społeczne, otworzyć się na bliźnich. Tak samo bogaci jak i biedni.
Ważne jest - i to chcemy osiągnąć – żeby miłość bliźniego promowała ludzi słabszych, starszych, dzieci, życie.

Dlatego trzeba szukać chętnych i zachęcać do pracy w Duszpasterstwie Dziecka. Niektórzy już mają taką dojrzałą wiarę i włączają się. Inni mówią, że na to trzeba pieniędzy. Tłumaczę im, że nie pieniądze i inne środki rozwiążą problem, ale ludzie. To w nas są możliwości, to my możemy coś zdziałać. Staram się rozbudzić takie uczucia. Ci, którzy zdecydowali się działać w Duszpasterstwie Dziecka, mają potem wewnętrzną satysfakcję, radość, że przez to co robią, coś się zmienia. Wtedy czują się chrześcijanami, czują, że ta miłość chrześcijańska przywraca życie, daje zdrowie, wtedy widzą, że to dzieje się królestwo Chrystusa. Trzeba było rozbudzić w nich to zrozumienie, trzeba ewangelizować jak najszerzej, by nie pozwolić im uciekać tylko w religijność przez modlitwę, ale żeby była to religijność wcielona – Chrystus na wysokościach wcielił się w naszych braciach i siostrach, trzeba więc pójść do ludzi, otworzyć się, żeby pójść do Chrystusa z całą siłą życia i radości.
Właśnie taki kierunek ewangelizacji obrałem w swojej pracy duszpasterskiej – zwrócić się ku Chrystusowi, który się wcielił w naszych braciach i siostrach. Wspólnie musimy przeżywać tę wiarę i budować z Jezusem Chrystusem, by Jego królestwo stało się jak najszybciej rzeczywistością wśród nas.

R. – Ksiądz użył takiego sformułowania: „trzeba oczyścić ich wiarę”. Czy mógłby Ksiądz to wyjaśnić bliżej?
K. –
Tam chrześcijaństwo jest obecne już od dawna. Trzeba oczyścić ich wiarę z mentalności zabobonnej. Staram się, żeby poznali Chrystusa, żeby rozumieli, że obecny jest wszędzie. Nie muszą nic przekreślać, ale niech zwrócą się ku Chrystusowi. Jak poznają Chrystusa, będą stopniowo rozumieć. Nie można drastycznie odrzucić wszystkich tradycji – wtedy tylko byśmy ich ranili. Trzeba, żeby Chrystus wszedł w to, co znają. Zrozumienie obecności Chrystusa wszystko rozjaśni. To co ciemne czy nijakie w świetle wiary rozjaśni się. To jest właśnie inkulturacja.

Nawet tradycje przodków, symbole religijne można zachować, ale bardziej oświetlone przez Chrystusa.
Sekty nakazują wszystko w sposób drastyczny odrzucić, toteż ci, którzy do nich należą są jakby ogołoceni – kazano im przyjąć coś, czego nie rozumieją.
Na tych terenach nie było zbyt wielu misjonarzy, nie wszyscy znali dość dobrze język, rzadko bywali w określonym miejscu, toteż często chrzcili bez odpowiedniego przygotowania. Można powiedzieć, że była to bardziej sakramentalizacja bez ewangelizacji niż ewangelizacja. Sakramenty, które przyjmowali bez katechezy, bez zrozumienia, często były przyjmowane w sposób zabobonny. Trzeba teraz ich wiarę przez ewangelizację, przez formację oczyścić z zabobonów, dać im poznanie Chrystusa.

R. – Czy w tych miejscowościach, do których Księża dojeżdżają są jacyś ludzie, pozostawieni przez tych poprzednich misjonarzy, którzy prowadziliby coś w rodzaju namiastki ewangelizacji?
K. –
Różnie to wyglądało. Z tego co słyszałem, misjonarze przyjeżdżali tu raz w roku, chrzcili i odprawiali Mszę św., a później mieszkańcy modlili się jak sami chcieli.
Niestety, choć bardzo się staramy, nie wszędzie możemy przygotować ludzi. Musimy to w jakiś sposób rozwiązać, by zadbać lepiej o formację religijną liderów w wioskach. Nie mamy w Novo Airao możliwości prowadzenia szkoleń dla liderów; na razie robimy to na miejscu – Msza św., chrzest, spowiedź, spotkanie ze wszystkimi, a potem oddzielnie z tymi, którzy mogą przynajmniej prowadzić niedzielny kult Słowa Bożego. Zostawiamy im stosowne materiały. Jak te modlitwy wyglądają – zależy od dynamizmu prowadzącego; jeśli zrozumie o co chodzi, to potrafi rzeczywiście zorganizować życie liturgiczne. Jeśli nie ma kogoś takiego, to nawet jak zostawi się materiały liturgiczne, to za 3 miesiące powie, że próbował, ale nic z tego nie wyszło. Musi to być ktoś, kto dobrze czyta. Starsi najczęściej nie potrafią lub mają słaby wzrok, co tam jest bardzo częste, bo wcześnie ściemnia się i oni wszystko robią przy świeczkach.
Nieraz kult Słowa Bożego, życie liturgiczne wioski zależy od dziecka, które umie czytać.
W Novo Airao mamy już przygotowanych liderów, szafarzy Eucharystii, którzy prowadzą kult niedzielny kiedy ksiądz wyjeżdża do osad.

R. – Czy Ksiądz w swojej pracy ma jakieś szczególne formy pracy z młodzieżą?
K. –
Nie. W pierwszym okresie pracy w Novo Airao założyłem szkołę karate, w której trenowało kilku chłopców. Jeden z nich założył szkołę taekwan-do. On jest mistrzem stanu. Czasem, jak się z nim spotkam, to trochę poćwiczymy. Jak jestem w Novo Airao chodzę w czwartki do szkoły i przez 10-15 min. robię im lekcję jak mają panować nad sobą, nad swoimi emocjami. Chodzi o właściwe ukierunkowanie psychologiczne, co jest szczególnie ważne, gdyż Amazończycy są bardzo impulsywni.
Już nie uczę karate, obserwuję.
W zeszłym roku, w listopadzie zobaczyłem w Novo Airao plakat „Copa de Padre Renato” (mistrzostwa stanu pod moim imieniem). Poszedłem zapytać co się dzieje, bo nic mi wcześniej nie mówili – nie zgodziłbym się na coś takiego. Przyjechali zawodnicy, także z Manaus. Przyszło dużo ludzi, bo myśleli, że będę walczył, ale się zawiedli, bo ja tylko patrzyłem. Na początku powiedziałem parę słów, dałem błogosławieństwo, ale nie walczyłem.

R. – Skąd się wzięło imię „Renato”?
K. –
Zbigniew to zbyt trudne dla nich do wypowiedzenia. Wybraliśmy kilka imion „zastepczych” i wylosowałem „Renato”. Potem bardzo się zidentyfikowałem z tym imieniem, bo „Renato” znaczy „nowonarodzony” (nato – narodzony; re- na nowo) I rzeczywiście, dla tej rzeczywistości musiałem się jakby na nowo narodzić.
To bardzo ważne – odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości i mieć dobry kontakt z ludźmi, z którymi się współżyje. Staram się to osiągnąć. Uważam, że w jakimś stopniu to mi się udało.

R. – Jak wygląda życie polskich misjonarzy nad Rio Negro?
K. –
Nasze życie jest skromne, proste. Staramy się żyć jak miejscowi. Oni nie przejmują się swoją trudną sytuacją materialną. Taka jest ich mentalność. Gdyby ktoś z Polski był w takiej sytuacji, to włosy wyrywałby z głowy, a oni do tego podchodzą spokojnie, choć ze względu na dzieci potrzebowaliby lepszych warunków. Przez ich postawę my też jesteśmy mniej wymagający.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: ks. Adam Golec SAC, ks. Jan Sopicki, Zdzisław Sowiński, archiwum