|
Minęły dwa lata mojego duszpasterzowania w Brazylii. Przez miesiąc byłem w parafii św. Elżbiety w Rio de Janeiro, a potem zostałem przeniesiony do parafii św. Benedykta w Itaperunie, gdzie pracowałem przez półtora roku.
Itaperuna jest miasteczkiem odległym ok. 350 km od Rio, znanym z gorącego klimatu. Jak przyjechałem tam w końcu lipca 1999 r. ludzie mówili, że już od roku nie padało. Trochę deszczu spadło w sierpniu i potem znowu przez 8 miesięcy nie padało. Tam są tereny rolnicze – głównie hodują bydło. Jak nie pada – ziemia, trawy są wyschnięte i wszystkie prace są o wiele trudniejsze i kosztowniejsze. Nic więc dziwnego, że ludzie są tam bardzo biedni.
Kościół św. Benedykta jest kościołem głównym – oprócz niego obsługujemy 35 kaplic, a także pełnimy posługę duszpasterską w szpitalu. Wyjazdy do kaplic były moim codziennym obowiązkiem. Jeździłem polnymi drogami, między pagórkami, lasami. Początkowo towarzyszyli mi ludzie miejscowi, gdyż tam nie ma...
...żadnych drogowskazów. Jak się zabłądziło, to o drogę można było zapytać co najwyżej pasącą się krowę. Jeśli w drodze „złapał” deszcz, jazda zamieniała się w zmaganie z błotem, bo tamtejsza czerwona ziemia szybko chłonęła wodę i zamieniała się w maź.
Dla mnie wszystko było nowe i interesujące. Bardzo przydały mi się nauki ks. Tadeusza Korbeckiego, który pracował w Brazylii ponad 20 lat – kiedy był w Polsce uczyłem się od niego całego rytuału po brazylijsku. Wkrótce po przybyciu do Itaperuny pojechałem do jednej z kaplic, do miasteczka Săo José de Uba. Tamtejsza wspólnota św. Józefa liczyła sobie 7-8 tys. wiernych. Na tę Mszę św. przyszło ich wyjątkowo dużo, bo chcieli zobaczyć nowego księdza. To było bardzo radosne powitanie. Ta wspólnota jest bardzo dynamiczna i chętna do współpracy, ale też stawia wysokie wymagania – sobie i księdzu. W życiu misjonarza zdarzają się różne przypadki:
Pewnego dnia jechałem do wspólnoty św. Antoniego Padewskiego na Mszę św., na godzinę 800 rano. Po nocnej mżawce jazda była dość trudna. Droga prowadziła wśród pastwisk, na których było dużo zwierząt. Kiedy byłem już jakieś 5 km od kaplicy, nagle z otwartej zagrody wypadło i pędzi wprost na mnie stado byków (jakieś 50-60 sztuk). Nie miałem szans, by na tej grząskiej ziemi wycofać się moim małym samochodzikiem. Nacisnąłem więc klakson i ruszyłem do przodu! Trąbiłem i jechałem prosto na to stado. Nagle wszystkie byki się odwróciły i teraz to ja je goniłem! Dalej dojechałem już spokojnie. Kiedy opowiadałem dlaczego się spóźniłem, wszyscy uśmiali się serdecznie i powiedzieli, że miałem ogromne szczęście, że byki mnie nie dopadły.
Ks. Jacek Wójcik SAC, misjonarz w Brazylii Zdjęcia z archiwum ks. Jacka |