Strona główna arrow Rok 2002 arrow Nr 19 (2/2002) arrow Zostałem adoptowany!
Zostałem adoptowany! Drukuj Poleć znajomemu

Ostatnio coraz częściej mówi się o adopcji czyli przyjęciu za własne dziecka, najczęściej przez ludzi, którzy nie mają dzieci, a chcą stworzyć rodzinę lub rodziny, które adoptują dzieci i wychowują je z dziećmi własnymi. Krótko - adoptują rodzice, a dziecko jest adoptowane.

Mnie natomiast zdarzyła się zupełnie odwrotna historia – to ja zostałem adoptowany jako tatuś.
Przez 3 lata pracowałem w parafii Matki Bożej Fatimskiej w Itaperunie. Obok parafii prowadziła droga do szkoły i przechodzące nią młodsze dzieci często wstępowały do mnie. Pośmialiśmy się, pośpiewaliśmy razem, a i jakieś cukierki zawsze się znalazły. Wśród tych dzieci była mała dziewczynka (9 lat), Joyce (Dżojsi).

Pewnego dnia zauważyła, że jestem smutny (bolał mnie wtedy ząb czy co?) i zainteresowała się przyczyną:
- Ksiądz to chyba musi być smutny.
- Dlaczego?
- A bo Ksiądz nie ma żony i dzieci. Czy ma?
- Nie mam – pewnie że nie mam.
- To chyba źle bez dzieci?
- No pewnie, dlatego was...

...tutaj tak ciągle przyjmuję.
- To ja mam propozycję dla Księdza?
- Jaką?
- Zaadoptuję Księdza jako mojego tatusia. Ksiądz się zgadza?
Na takie słowa mogła być tylko jedna odpowiedź – zgoda.
I w ten sposób zostałem zaadoptowany i mam córeczkę!

Joyce mieszka z bratem, mamą i babcią w jednym z takich bardzo prostych domów, które wybudowano dla ludzi biedniejszych w wyniku akcji rządowej. Mama pracuje dorywczo. Niestety, ani mama, ani babcia nie zajmują się zbytnio dziećmi, bo obie bardzo lubią życie towarzyskie. Takich kobiet w Brazylii jest dość dużo; wtedy dzieci chowa ulica albo telewizja – nie wiadomo co gorsze.

Joyce, mimo młodego wieku, zajmuje się już młodszym bratem, gotuje, sprząta. Chodzi do szkoły w swojej dzielnicy. W szkole są różne dzieci – jak to w szkole. Joyce ma włosy bujne, niezbyt czyste i kiedyś zagościły w nich „zwierzątka”. Dostało się i mnie - myślałem, że to uczulenie od szamponu, a to wszy. Poszedłem do farmacji (apteki) i poprosiłem o jakiś specyfik „bo niektóre dzieci w szkole mają wszy” (nie chciałem mówić, że to dla mnie, bo jeszcze pomyślałaby sprzedawczyni, że Ksiądz się nie kąpie). Przez kilka dni smarowałem głowę, a potem zawołałem tę moją „córeczkę” - sekretarka obcięła jej włosy i wtarła ten środek. Teraz ani „tatuś” ani „córeczka” nie mają z tym problemu.

Ks. Jarosław Chmielecki SAC, misjonarz w Brazylii
Zdjęcia: archiwum ks. Jarka