|
Na prośbę ks. biskupa przyjęliśmy nową placówkę nad Sepikiem – Kanduanum. Postanowiłem podjąć wyzwanie. To tylko 7 godzin podróży i jest się na miejscu. Dociera się tylko łódką i potem jakieś pół kilometra po błocie. Stacja misyjna znajduje się za wsią.
Rzeka w tym miejscu jest szeroka; dużo wirów, takich, że potrafią 4-6 metrowy pień obrócić kilka razy i pnia nie ma. W porze suchej woda opada nie dalej niż do 60 m. Do domu od rzeki mam ok. 500 m. Na szczęście mogę łódkę zostawić – wieś pilnuje. Ostatnie miejsce na Sepiku, gdzie mogę zostawić silnik w łodzi.
Koło stacji misyjnej prowadzi droga na cmentarz. Dawniej grzebali zmarłych we wsi, ale tam zalewa woda i mój poprzednik zabronił grzebania we wsi, bo się chodziło po grobach. Wyznaczono miejsce na pochówek za wsią. Ponieważ w drodze na cmentarz przechodzą koło mego domu, widzę, że odprowadzają zmarłego. Mają jakieś swoje obrządki, ale ja ich nie znam – zresztą oni też nie chcą, żeby ksiądz je poznawał. Nawet jak jest pogrzeb z księdzem – odprawiam modlitwy i wychodzę. Także kiedy po Mszy św. idziemy do grobu nigdy nie czekam aż zasypią, bo jak pójdę to i tak odkopią zmarłego, żeby odprawić swoje obrzędy. Papuasi nie przyjmują do wiadomości, że ktoś umarł, bo był chory czy stary. Zawsze szukają winnego śmierci. Zbiera się starszyzna i szukają różnymi...
...sposobami, np. jakimiś gałązkami, kawałkami lusterka czy innymi przedmiotami. Bardzo często wkopują mambu (bambus) aż do zwłok, żeby otrzymać jakiś znak. I zawsze kogoś wskażą. Podejrzewamy, że chodzi o to, żeby wskazać takiego, który może najwięcej zapłacić. Albo pozbyć się kogoś niewygodnego.
Ks. Krzysztof opowiadał mi kiedyś o takim przypadku: dzieci chodziły po buszu i napiły się brudnej wody. Troje zmarło w ciągu jednej doby. Posądzono niewinnego człowieka. Te dzieci pochowali bardzo szybko, a po miesiącu przyszli, żeby Mszę św. odprawić w ich intencji. Ks. Krzysztof zgodził się, ale pod warunkiem, że ojciec tych dzieci (człowiek liczący ok. 30 lat) publicznie odwoła oskarżenie. Zgodził się – odwołał, przeprosił. Tym razem poskutkowała interwencja księdza. Najczęściej dzieje się to za naszymi plecami i różnie kończy – płaceniem odszkodowania, pobiciem, ucieczką czy wygnaniem z wioski. To jest bardzo poważny problem w pracy duszpasterskiej. Nie ma recepty, jak go rozwiązać – każdy przypadek musimy osobno rozpatrywać. Nie jest łatwa walka z czymś, w co wierzą od pokoleń, a co też czasem jest dla nich – przynajmniej dla niektórych - wygodne.
Jest też papuaskim obyczajem regulowanie konfliktów przez płacenie odszkodowań, niestety klanowi, a nie poszkodowanym. Tak często jest w wypadku gwałtu. Oczywiście zawsze jest winna kobieta nawet jak pracuje we własnym ogrodzie i tam zgwałci ją jakiś mężczyzna. On twierdzi, że jest niewinny, bo „to ona tam była”. Zapłaci jej krewnym parę kina i sprawa załatwiona. Nikt nie przejmuje się, że kobieta ma brzemię do końca życia. Nikt nie przejmuje się kobietą.
Wprawdzie zdarza się, że ktoś staje przed sądem i otrzymuje wyrok (za gwałt 4-5 lat; za morderstwo -2 lata), bo Papuasi lubią się sądzić, ale nikt się więzieniem nie przejmuje. Nawet czują się ważni, bo więzienie dodaje im prestiżu. Zresztą więzienie w ich wydaniu to jak hotel czterogwiazdkowy, bo Papuas w wiosce nigdy nie ma jedzenia 3 razy dziennie. I tu nic nie musi robić. Ciężka praca, na jaką zostają skazani, to jakieś drobne zajęcia wewnątrz więzienia, porąbanie drewna od czasu do czasu, a bardzo ciężka to koszenie trawy na polu golfowym raz w miesiącu.
Kiedyś poszedłem z wizytą duszpasterską do więzienia. Nie było strażnika. Na łóżku siedział Papuas, więzień. Zapytałem go, gdzie jest strażnik. Okazało się, że poszedł do sklepu coś kupić. Zdziwiłem się: „A ty tak siedzisz, nie próbujesz wyjść?”. Odpowiedział: „Nie.” „ A ile dostałeś?” – spytałem. „Sześć lat ciężkich robót” – powiedział. Jak dziwiłem się, że nie korzysta z okazji, żeby uciec – zapytał: „A po co?”. Kiedy dowiedziałem się jakie są te ciężkie roboty - przestałem się dziwić. Czasem ten pobyt w wiezieniu jest też dobry dla przestępcy, bo w międzyczasie wygasną we wsi emocje, klany się dogadają i po powrocie nie straci życia.
Pozdrawiam Czytelników „Horyzontów Misyjnych” i proszę o modlitwę Ks. Darek Woźniak SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei Zdjęcia z archiwum ks. Darka |