Strona główna arrow Rok 1998 arrow Nr 4 (3/1998) arrow Rozmowa z ks. Ryszardem Słowikowskim
Rozmowa z ks. Ryszardem Słowikowskim Drukuj Poleć znajomemu
R.- Witamy „Księdza z Kamerunu”. Proszę nam coś opowiedzieć o sobie.
K.-
Pochodzę z Częstochowy, ale ostatni podział zastał mnie na terenie obecnej diecezji sosnowieckiej.
Ksiądz diecezjalny, który przygotowuje się do wyjazdu na misje, musi koniecznie przejść przygotowanie w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, prowadzone przez Komisję Episkopatu ds. Misji.

Kilkunastomiesięczne przygotowanie obejmuje kurs językowy, podstawy misjologii oraz medycynę tropikalną. Przebywałem tam w latach 1993/94, a następnie wyjechałem do Francji, by „oszlifować” swój francuski. Jest to język oficjalny w Kamerunie. Drogę tę przebyliśmy wspólnie z ks. Mariuszem z Gniezna, również księdzem diecezjalnym, oraz o. Marianem, dominikaninem z Poznania. Wyjechaliśmy do Kamerunu w trójkę, 2 września 1995 r. Jedyny samolot, obsługujący linię Francja - Kamerun, miał poważną awarię i „złapaliśmy” 14 godzin opóźnienia.
Po wylądowaniu o. Marian dołączył do będących tam polskich dominikanów, a my wyruszyliśmy...  

... na swoje placówki: ks. Mariusz do diecezji Butare, a ja do Diang we wschodnim Kamerunie. Kiedyś obie miejscowości należały do jednej diecezji, ale od 5 lat jest to metropolia, która składa się z 4 diecezji. W dwóch z nich biskupami są Polacy: w diecezji Yokadouma - ks. bp Eugeniusz Jureczko, w Doume-Abong Mbang - ks. bp Jan Ozga, fideidonista. Pozostali biskupi to Holender, spirytyn od 50 lat pracujący na misjach, legenda Kamerunu, oraz Belg z mało znanego zgromadzenia sketystów.

R.- Czy może nam Ksiądz przedstawić Kamerun?
K.
- Kamerun to taki dziwny, bardzo zróżnicowany kraj. Jego teren jest niewiele większy od Polski - ponad 475.000 km2. Zamieszkuje go 12 mln ludzi, którzy posługują się prawie 300 językami lokalnymi. Językiem oficjalnym jest francuski.

Na terenie, który ja obsługuję - jest to misja Diang - znajduje się 20 wiosek. Żeby je wszystkie odwiedzić trzeba przejechać 700 km. Na tym terenie występują 4 języki lokalne. Z konieczności językiem liturgii jest język francuski. Istnieją języki, którymi posługuje się ponad 100 tys. ludzi, ale też takie, które w ogóle nie są opracowane, języki małych plemion, toteż dzieci uczą się francuskiego. Jeśli dziecko nie chodzi do szkoły, jest skazane na pozostanie w swoim plemieniu, gdyż często już w odległości kilku czy kilkunastu kilometrów mieszka plemię, które posługuje się już innym językiem. Nieznajomość francuskiego jest pewnego rodzaju upośledzeniem. Język, obok opieki zdrowotnej, jest podstawowym problemem, na który zwracają uwagę misjonarze, przede wszystkim katoliccy.

Gdyby nie misjonarze i siostry katolickie, rozwój szkół i przychodni byłby we wschodnim Kamerunie katastrofalny. W miasteczku rangi powiatowej jest mały szpital, założony bardzo dawno przez francuskie siostry katolickie, przejęty potem przez państwo, obecnie prawie kompletnie zrujnowany. Zapamiętałem szczególnie jedną wizytę w szpitalu. Byłem tam ochrzcić młodą, zaledwie osiemnastoletnią dziewczynę, od 4 już lat chorującą na aids. Było to przerażające - miała wrzody na całym ciele. Do tego dochodziły okropne wręcz warunki szpitalne i brud. Jedyna studnia była nieczynna. Z chorym przebywa jego rodzina, żeby mu przygotowywać posiłki. Z nią była mama.
To był mój pierwszy kontakt z aids. Trzeba wiele samozaparcia, żeby wejść do takiego szpitala.
Gdyby nie było tych przychodni, prowadzonych przez siostry-misjonarki, to opieka zdrowotna prawie by nie istniała, przynajmniej na terenach oddalonych od stolicy.

Wschód Kamerunu, teren położony przy granicy z Republiką Środkowej Afryki, jest najbardziej zaniedbaną częścią. Niszczone są lasy mahoniowe, wycinane, a drewno wywożone do Europy.
W terenie, gdzie ja pracuję, misja istnieje dopiero od trzydziestu paru lat. Utworzyli ją spirytyści holenderscy. Wybudowali kościół w 1962 r. Widać już jakieś efekty działalności, m.in. przychodnię i szkoły. Prawie każda misja prowadzi szkołę, najczęściej podstawową. Szkoła jest płatna, toteż nauczyciele otrzymują regularnie pensję. Gorzej jest w szkołach państwowych, gdzie pensje są nieregularne, co sprawia, że często dzieci, kończące szkołę, nie potrafią czytać i pisać.

R. - Może teraz coś o obyczajach kameruńskich, liturgii oraz sposobie przyjmowania Ewangelii?
K.
- Ogromnym bogactwem tamtejszego, młodego przecież Kościoła, jest umiejętność mocnego przeżycia Mszy św. Są to Msze radosne, bardzo rozśpiewane, przeżywane całym sobą, mimo trudnych warunków życia i biedy. W czasie święta Odnowy wszyscy tańczyli na płycie boiska. Kameruńczycy są bardzo spontaniczni i radośni. Cieszą się bardzo, kiedy misjonarz czy siostra próbują się poruszać czy klaskać z nimi w rytm ich muzyki. Można nawet otrzymać wielkie brawa. Podstawowymi instrumentami są belafony czyli cymbałki, które są tam, obok tam tamów, najpopularniejsze. Dla różnych plemion charakterystyczne są inne instrumenty. Punktem honoru dla wioski jest mieć chór. Jeśli jest to mała wioska (np. 18 osób), jest to chór „importowany” z sąsiedniej wioski. Jeśli wioska jest duża, ma własny chór, a także 4-5 belafonów i artystów, którzy potrafią na nich grać. Bardzo ważne jest dla nich, by chór był godnie odziany. Każda grupa liturgiczna powinna być inaczej ubrana. Poświęcają na to wiele energii, szykując szczególnie uroczyste stroje z okazji świąt. Chóry spotykają się regularnie, nie trzeba tego pilnować. Systematycznie przychodzą też młodzieńcy, by ćwiczyć na belafonach.

Nie ma problemu z chętnymi do przygotowania liturgii słowa. Są grupy, które tę liturgię przygotowują. Jest kolejka do czytania, której bardzo skrupulatnie przestrzegają.
Kobiety, które są traktowane jak narzędzie pracy, które nie są szanowane, w Kościele, w liturgii mają swoje miejsce. To przede wszystkim one czytają. I robią to bardzo pięknie. Ci, co mają Pismo Święte pilnie śledzą każde słowo i jeśli czytający się pomyli, wszyscy go poprawiają.

Na naszych terenach liturgia słowa jest zawsze dwa razy dłuższa, gdyż czytanie odbywa się w języku francuskim, a następnie w lokalnym. To przedłuża, ale i ubogaca liturgię. Grupy liturgiczne spotykają się systematycznie raz w tygodniu, niezależnie od tego czy ksiądz może w spotkaniu uczestniczyć.

Zwyczaje Kościoła zaczynają wchodzić w ich życie codzienne. Często widuje się nawet osoby siedzące koło domu i studiujące Biblię. To nie jest na pokaz. Widać, nawet po zniszczonych kartkach, że jest ona czytana.
Biblia dotarła już do nich bardzo, bardzo mocno, ale choć są bardzo przeniknięci duchem Ewangelii, są sytuacje, gdy zachowują się zupełnie inaczej, np. pogrzeby. Bardzo rzadko proszą księdza i nie możemy dociec, dlaczego tak się dzieje.
Nie bardzo można ich przekonać do przyniesienia zmarłego do kościoła, a potem przeniesienia do grobu po drugiej stronie drogi. Przez 2 lata miałem tylko 2 msze pogrzebowe w wiosce.

Po Mszy św., a przed odprowadzeniem zmarłej do grobu, zaczął mówić jej brat, ale głos mu się załamał i musiał przekazać kartkę z charakterystyką zmarłej komuś innemu. Na zakończenie osoba czytająca powiedziała, że jeśli zmarła pożyczyła od kogoś pieniądze, to niech się zgłosi, a rodzina odda dług. Nikt się nie zgłosił. Interesujące było takie uregulowanie spraw doczesnych przed ostatecznym po-grzebaniem. Poproszono też panie, które poprzedniego dnia mdlały, by nie szły na cmentarz. Potem udaliśmy się do grobu. Dzieci zmarłej przedstawiły jakieś wiersze, co wcześniej zapowiedział „mistrz ceremonii”, mówiąc, że przy poezji wolno płakać. Potem już było tak jak u nas - poświęcenie grobu i złożenie zmarłego. I na zakończenie zdjęcie.

Zdjęcia są bardzo lubiane przez Kameruńczyków, przynajmniej w naszych stronach. W bogatych domach zdjęcia są umieszczane na ścianach. Uroczyste zdjęcie, w wymyślnej pozie, jest umieszczane na trumnie.

Zdecydowanie częściej pogrzeby odbywają się inaczej. My najczęściej dowiadujemy się po fakcie, choć na te uroczystości przybywają ludzie nawet z odległych wiosek. Jeden z misjonarzy, ks. Czajkowski, opowiadał, że przygotował kiedyś szczególnie starannie liturgię Wielkiego Piątku, na którą nikt nie przyszedł. Okazało się, że ktoś zmarł w sąsiedniej wiosce.

Nie chciała nas zabrać na pogrzeb nasza gospodyni, mówiąc, że jak zaczniemy chodzić na pogrzeby, to ludzie przestaną umierać. Ponoć, podkreślam, ponoć, bo tylko słyszałem o tym, istnieje taki zwyczaj, że jeśli ktoś zmarł, to trzeba ze wszystkich sił wzbudzić nowe życie. I mało to ma wspólnego z Ewangelią. Być może dlatego jest to tak skrzętnie skrywane przed misjonarzami.
Cmentarzy najczęściej nie ma. Nie istnieje szacunek dla grobów. Jeśli zdarza się kilka grobów razem, nie są one ogrodzone i swobodnie mogą się na nich paść np. kozy.

W listopadzie odwiedzamy wioski, mówimy o szacunku dla zmarłych i ich grobów. W jednej z wiosek zobaczyłem zamieciony kawałek ziemi z zatkniętymi 4 butelkami po piwie. Kiedy zapytałem, dlaczego tu są te butelki, odpowiedzieli: „Tu leży dziadek”. Niektórzy opowiadali potem, przekręcając fakty, że tylko wtedy święcimy groby, gdy ktoś postawi nam 4 (pełne) butelki piwa.
Wiele mamy w tej dziedzinie do zrobienia, a zmienia się to bardzo wolno.

R.- Jakie przekonania, zwyczaje najtrudniej zmienić?
K
.- Stosunek do kobiety. Kobieta traktowana jest jak narzędzie pracy. Wyróżnikiem bogactwa mężczyzny jest posiadanie kilku żon, które dla niego pracują w polu. To jest bardzo ciężka praca w upale przez kilka godzin. A następnie gotowanie i pozostałe prace domowe.
Bardzo częstym obrazkiem jest widok kobiety idącej z wiklinowym koszem na głowie, do którego wkłada to, co wykopie i co przynosi do domu. Ma też pod swoją opieką dzieci. Mężczyzna w tym czasie wyleguje się, a jeśli towarzyszy kobiecie, to tylko niosąc maczetę, której i tak ona najczęściej używa. Gdy kobieta pracuje, mężczyzna odpoczywa lub nadzoruje jej pracę.
Żeby to zmienić, trzeba włożyć wiele wysiłku. Kobiety są zadowolone, że występujemy w ich obronie. Tłumaczymy mężczyznom, że mogliby chociaż cokolwiek zrobić w domu, np. ugotować obiad, zamiast siedzieć cały dzień bezczynnie. Przecież żona jest zmęczona ciągłą pracą. Dziwią się tylko i patrzą na mnie jak na stworzenie z innej planety.
Ciągłe mówienie o tym ma jednak sens. Kiedyś pewnie uda się zmienić ich sposób myślenia, patrzenia na kobiety. Jest to ogromna praca. Przynajmniej na naszym terenie.

R. - Czy te kobiety mieszkają wszystkie w jednej chacie?
K
. - Tak, choć zdarzają się wyjątki, np. na terenie pn-zach Kamerunu, przy granicy z Nigerią, gdzie są dość silne wpływy islamu. Tam do tej pory są szefowie wioski, którzy mają 40 - 50 żon. Każda z nich posiada swój domek.

R. - Czy dzieci są wychowywane wspólnie?
K.
- Tak. Nie wiem jakie są przepisy kameruńskie dotyczące obowiązku szkolnego, ale wiele dzieci nie chodzi do szkoły. Tu też potrzebna jest nasza pomoc, by jak największa liczba dzieci mogła zdobyć wykształcenie.

R.- Misjonarze mają więc mnóstwo pracy. Ich obecność to nie tylko głoszenie Dobrej Nowiny, ale i udział w rozwoju kulturowym i społecznym.
K
.- Tak, bo głoszenie Ewangelii to bycie z nimi.

Rozmawiała: Jolanta Fidura. Zdjęcia: ks. Ryszard Słowikowski