Strona główna arrow Nr 75 (2/2016) arrow Misja do Nieba ...
Misja do Nieba ... Drukuj Poleć znajomemu
MISJA DO NIEBA...
       
ks. Jarosław Kamieński SACTak jak wtedy Pan posłał siedemdziesięciu dwóch przed sobą, tak i dzisiaj nieustannie posyła... Ale po co? Aby przygotowywali ludzi na Jego przyjście, aby On mógł do nich przychodzić...

Każdego roku w uroczystość Świętego Wincentego Pallottiego, przypominając sobie słowa Ewangelii – wysłania siedemdziesięciu dwóch – odpowiadam na nowo na wezwanie Pana, które do mnie skierował i nieustannie kieruje. Jedno wiem – powołanie misyjne nie jest niczym „ponad”; jest – tak samo jak każde powołanie – powołaniem do bycia apostołem Jezusa Chrystusa, z tym, że w świecie. Tak jak każde wyjście czy wyjazd z domu, na daleką bądź bliższą wycieczkę, poszerza nasze spojrzenie na świat, na ludzi, na radości i smutki, którymi żyją, tak też wyjazd na misje jest niesamowitą formą otwarcia się zarówno na kulturę, jak i na to, czym żyją ludzie w innej części świata.
Stali Czytelnicy „Horyzontów Misyjnych” może pamiętają, gdy pisałem o swoich pierwszych marzeniach i planach wyjazdu do Amazonii, by apostołować nad Rio Negro, później przyszedł czas i pragnienie wyjazdu do Papui-Nowej Gwinei, zaś dzisiaj piszę te słowa po przeżytych prawie ośmiu latach w Republice Korei Południowej. Czy ja chciałem tu przyjechać? Pewnie ponad moimi pragnieniami było Jego „posłanie”.
Czemu zdecydowałem się na wyjazd? Pytanie, jak i wtedy, tak i dzisiaj, pozostaje otwarte. Pracy w Polsce miałem dostatek, lubiłem, kochałem ją, wydawało mi się, że się realizowałem jako ksiądz, pallotyn, a zarazem innym pomagałem odnajdywać drogi do Boga, na tyle, na ile potrafiłem (może czasem Go przesłaniałem albo Jego obraz „zamazywałem” swoim zachowaniem). Zdawać by się mogło, że w celu się nic nie zmieniło. Zbawienie własne i apostołowanie – przygotowywanie innych na spotkanie z przychodzącym Bogiem; wskazywanie innym na Boga, którego nie znają, na Boga, którego poznali, lecz już zapomnieli, oraz podtrzymywanie i pogłębianie wiary, którą żyją na co dzień. Trzy grupy zadań, trzy kręgi apostolskich działań, które w encyklice Redemptoris Missio nakreślił św. Jan Paweł II, mówiąc o misjach ad gentes. Nasz pallotyński charyzmat, od samego początku przeniknięty duchem misyjnym, prowokował mnie do wyjazdu poza granice Polski (być może też za przyczyną zasłyszanych od starszego Brata opowieści o przeżyciach pallotyńskich misjonarzy, których wcześniej niż ja miał możliwość poznać, bądź też za przyczyną lektury z czasu postulatu – Na misjonarskiej barce, autorstwa naszego najstarszego misjonarza księdza Józefa Maślanki SAC). Na drodze pallotyńskiego powołania czułem, że moje dojrzewanie w kapłaństwie, moje rozumienie Boga, moje dojrzewanie do bycia Jego apostołem ma się dokonywać na drodze zmagania się nie tylko z ludzkimi słabościami, ale również w oddzieleniu od Rodziny (choć obecnie, przy rodzajach i ilości komunikatorów internetowych to wręcz niemożliwe), od tego, co „rodzime”.
Wspólnota polsko-koreańska


    Pamiętam dobrze słowa zachęty – dość zimnej, ale bardzo konkretnej: „Przyjedź, zobacz, przeżyj pięć lat i zadecydujesz”. Mija prawie osiem, a wydaje mi się, że jestem w tym samym miejscu, co wtedy, na korytarzu domu prowincjalnego w Poznaniu (2007 rok), gdy składałem swoją prośbę o możliwość wyjazdu do Republiki Korei Południowej. W młodzieńczym zapale pisałem wtedy słowa: dopóki będę potrzebny. Dzisiaj już wiem, choć to może w Twoich uszach, Drogi Czytelniku, zabrzmi trochę dziwnie, że to nie ja jestem potrzebny misji w Korei, ale że to ja potrzebuję misji dla wzrostu w powołaniu, uświęcenia siebie, a dzięki temu przygotowania innych na przychodzącego Boga. Jezus zawsze chce realizować podwójną misję – poprzez uświęcanie apostoła uświęca tych, do których go posyła. I odwrotnie – ci, do których zostają posłani apostołowie, obdarowują apostołów tym, czym żyją. Stąd słowa Pana: nie przechodźcie z domu do domu, lecz pozostańcie tam, dopóki was przyjmą.
Jak tu odejść, skoro wciąż przyjmują... Nieraz, podczas tych ośmiu lat pobytu, miałem czas chęci „przechodzenia” – nie tyle odchodzenia, co czasowej rezygnacji z miejsca. Dlaczego? Z nauką języka było mi zbyt ciężko, z akceptacją kultury, z samotnością, z brakiem sił na realizację rozpoczętych zadań. W każdym z tych momentów otrzymywałem i otrzymuję niesamowite światło i siły. Modlitwa osobista, ale ponad nią – bo nie zawsze w tych momentach miałem i mam na nią siły – świadomość modlących się nieustannie osób: Rodziny, Sióstr zakonnych, Margaretek, Przyjaciół, Członków grup misyjnych i Was, Kochani Czytelnicy „Horyzontów”. To Wy stanowicie – i bardzo mocno sobie z tego każdego roku zdaję sprawę – niejako power bank (magazyn sił). Wasza modlitwa zmieniała i zmienia nie tylko moje nastawienie do danej sytuacji, ale przymnaża tyle sił do trwania, że ze łzami w oczach, zanurzając się w Bożym Miłosierdziu, powracam z nowym doświadczeniem Nieskończonej Miłości i Miłosierdzia do wytrwałej pracy.
Czy misje to powołanie...? Po ośmiu prawie latach wydaje mi się, że wyjazdy misyjne są powołaniem, ale powołaniem, które każdy z nas otrzymał. Ty, Bracie i Siostro, masz powołanie do bycia mężem, żoną, ojcem, matką, do bycia apostołem Ojca, który Ciebie stworzył na swój obraz. I właśnie o tym obrazie, który nosisz, o obrazie Ojca niebieskiego masz świadczyć, wpierw odkrywając go w sobie. To jest właśnie posłanie, które każdy z nas otrzymuje, nie raz, nie dwa, ale każdego dnia, każdej minuty, każdej sekundy. Czy o tym pamiętam? Ja też nie pamiętałem, ja też tego nie wiedziałem. Wyjazd i spojrzenie na swoje powołanie, na Jezusowe kapłaństwo, na swoją pallotyńskość pozwalają mi odkrywać każdego dnia, jak wiele otrzymałem i otrzymuję od Boga. Patrząc na to, czego Bóg dokonał i dokonuje na przestrzeni prawie dwudziestu sześciu lat pallotyńskiej obecności w Korei, wiem, że to On i tylko On jest Panem każdego momentu naszego życia.
Misjonarz a linoskoczek... Ktoś powie: dwa zupełnie ze sobą niezwiązane zawody – powołania. A jednak odkrywam w sobie małego linoskoczka. Czy każdy misjonarz go w sobie odkrywa? Nie wiem. Musieliby sobie odpowiedzieć sami. A może w każdym z nas jest duch linoskoczka. On, wychodząc na linę, zapomina o tłumie, który (obecnie przez rejestratory obrazu) patrzy na każdy kolejny krok. Zapomina o świecie, o rodzinie i problemach domowych. Skupia się bardzo mocno, aby osiągnąć cel swej wędrówki. Robi to dla... siebie..? Dla chwili uszczęśliwienia widowni, która, jak mu się uda, odpowiednio nagrodzi go brawami. Show się skończy, ludzie się rozejdą. Co pozostanie? Może rozbudzone w jakimś młodym widzu pragnienie zrobienia kiedyś tego samego, może na większej wysokości, może na cieńszej linie... Chciałbym, aby ze mną było podobnie. Pragnieniem jest niebo. Ci, którzy patrzą, raz krytykują, raz chwalą, dziwią się, współczują, a czasem współodczuwają i współuczestniczą (jak linoskoczkowi – jedni brawami pomagają, inni wyczekują błędu). Najważniejsze, aby nie zagubić celu – szczęśliwości wiecznej. Może ktoś kiedyś zapragnie przejść po tej samej linie bądź wzniesie ją na wyższy poziom... Ja też w sercu mam wielkie pragnienia, jak na przykład: aby było wielu tych, którzy spróbują wyjechać na misje. Nic się nie traci – zyskuje się wiele.
Msza

Czy w kraju, który przechodzi transformację religijną (delikatnie mówiąc), nie ma wystarczającej ilości doświadczeń dla kapłanów i braci zakonnych czy też świeckich misjonarzy? Po co wyjeżdżać? Nigdy bym tego nie powiedział. Ile przyniosło mi pięcioletnie doświadczenie pracy w Polsce czy krótka posługa w Szkocji wiedzą ci, z którymi na co dzień dzisiaj mogę pracować. Jednak zmiana kultury, sposobu patrzenia, przeżywania swojej i innych emocjonalności sprawia, że jest to doświadczenie szczególne, doświadczenie, które, jak wierzę mocno, jest w planie Boga dla wielu, choć wielu się waha, robiąc wybiegi – z trudnością nauki języka, z innością jedzenia, z klimatem... Pytanie: czy ja żyję dla siebie?
Jeśli już żyje w Tobie Chrystus, przestajesz żyć dla siebie. On żyje w Tobie, i wydaje się w nieustannej ofierze za innych. Czy już żyje we mnie Chrystus? Czy ja żyję dla Niego? Czy mam nieustanne pragnienie przygotowywania ludzi na Jego przyjście? Czy robię wszystko, aby to On żył, wywyższał się, a ja się poniżał...? Tajemnica paradoksu Boga – Nieskończonej Miłości Miłosiernej Boga.
    Panie Jezu, gdy odpowiadam sobie na te pytania w rachunku sumienia, wiem, że więcej otrzymuję niż mogę dać... Uświęcaj mnie w prawdzie, używaj mnie tak długo, jak zechcesz i tam, gdzie będę mógł ze swoimi wadami, słabościami jak najlepiej przygotowywać ludzi na spotkanie z Tobą. Przebacz mi wszystkie słabości i prowadź wszystkich, których spotkałem, spotykam i spotkam, do Twoich radości.


ks. Jarosław Kamieński SAC
foto: © ks. Jarosław Kamieński SAC