Strona główna arrow Nr 75 (2/2016) arrow Pan Bóg wie lepiej ...
Pan Bóg wie lepiej ... Drukuj Poleć znajomemu
PAN BÓG WIE LEPIEJ…

ks. Dariusz WoźniakPo wyjeździe na misje przez kolejne lata niemal wszyscy pytali mnie, dlaczego chciałem tam wyjechać. Czas płynął i choć dzisiaj pytań jest już nieco mniej, to znacznie zmienił się ich charakter. Częściej pada pytanie: „Po co tyle lat tam jesteś?”.

    Jak już uda się nam, misjonarzom, rozwiązać problem z lokalizacją miejsca, zakotwiczenia na ziemskim globie, bywa, że jedni mówią z uniesieniem: „to wielkie poświęcenie”; u innych pojawia się nuta współczucia. Dla pełni układanki nie brakuje również nutki zazdrości w stylu: „fajną masz pracę”, „podróżujesz sobie”, „zobaczysz kawał świata”, „masz klawe życie”. No cóż, w sumie nie wiem, jak traktować całą tę różnorodność podejść do rzeczywistości, którą dosyć trudno jednoznacznie określić. A z drugiej strony egzystencjalna jednokierunkowość traktowania tej, jakkolwiek nietypowej, sytuacji spłyca bardzo temat. Może jednak, wbrew mojemu oglądowi tej kwestii, jest to forma pomocy sobie w niezręcznej sytuacji poprzez znaczne jej uproszczenie.
Kiedy podejmowałem decyzję o ukierunkowaniu swej kapłańskiej drogi (aktywności), wcale nie miałem na uwadze wielkiej teologii misji, misyjności Kościoła oraz wymaganego do realizacji tej drogi powołania – choć w jakimś stopniu znałem to zagadnienie. Nie szukałem też prostej i praktycznej recepty na klawe życie. Nie o to przecież chodzi w kapłaństwie i nie tędy idzie cała droga formacji stanu duchownego. Czy więc jest to tylko wyrachowany proces konkretnych poczynań prowadzących do osiągnięcia określonego celu? Czemu jednak tak niewielu podejmuje ten cel w obecnym czasie? Przecież to takie „ekscytujące życie”…Chrzest
Wymiar „zawód” zamknąłby problem do 8 godzin wykonywania określonych zajęć, związanych z wyuczonymi lub nabytymi umiejętnościami za określoną zapłatę. Reszta powinna polegać na skonsumowaniu owych osiągniętych dóbr, najlepiej w sposób przyjemny i miły. Takie podejście jest obecnie promowane przez wielu trenerów, guru życia i bycie „cool”. A gdyby tak przenieść tę „zawodową” dywagację na płaszczyznę rodziny? Okaże się, że nie można tego zamknąć tyko w tym pojęciu. Gdyby potraktować rodzinę tylko jak wykonywany zawód, to nasz gatunek, ród ludzki, powinien wyginąć już w pierwszym pokoleniu.
Zagadnienie „powołania” zakrawa na teologię z górnej półki i bardzo wysokich lotów. Mnogość i powaga opracowań na ten temat przygięłaby niemal do ziemi swym ciężarem nawet najpobożniejszego człowieka. Hobby życiowe zaś wskazywałoby na jakąś zachciankę, może ucieczkę w inny, przyjemniejszy świat. Ekstremiści mawiają: kamikadze. Politycznym językiem ujmując: ambasadorzy. Militaryści orzekną: komandosi Pana Boga. Ja mawiam: nieźle zakręceni wariaci lub, jak kto woli, szaleńcy. A może jednak wszystkiego tego po trochę? Zawodu, powołania, altruizmu, służby drugiemu i wreszcie szaleństwa. Przecież, aby takiego delikwenta namówić do wyjazdu na misje, trzeba było go wcześniej przysposobić do takiej formy życia.
Kiedy byłem młodym chłopakiem, zawsze ciągnęło mnie do poznawania nowego, do poddawania wielu rzeczy próbom. Nigdy też nie byłem „zabiurkowcem” czy zaszytym w cieple domowego fotelika. Nawet droga mej edukacji przechodziła przez różne dziedziny wiedzy i treningu. Dostałem coś z wiedzy ogólnej, niemało z technicznej, a całość zwieńczona została humanizmem i filozoficzno-teologiczną koroną. Nie wspominając już o kilku innych dziedzinach po drodze. Nie powiem, należałoby postąpić jeszcze znacznie dalej na drodze zdobywania mądrości, ale nie wszystko da się zrobić i pogodzić ze sobą. I choć wcale nie myślałem o misjach, to jednak jakoś Pan Bóg musiał mieć to na względzie, bo po swojemu dobierał mi zajęcia i kierunki poruszania się w życiu, tak by wszystko się przydało. Na koniec w prezencie od Niego otrzymałem jeszcze to, że nie dusi mnie tęsknota za domem, ojczyzną. Ale to na jaw wyszło już dużo później. Sam pomysł wyjazdu naszedł mnie niemalże na koniec seminarium. Przecież Stwórca nie wpuściłby w maliny zupełnie nieprzygotowanego na to delikwenta.
Co by Pan Bóg nie miał w planach dla nas, bez względu na to, czy my się na nie zgodzimy i za nimi pójdziemy, czy też wymyślimy sobie zupełnie coś innego, to i tak On nas do tego przygotuje. Można więc mówić o powołaniu, ale na pewno nie należy używać tego słowa jako wytrychu, który wszystko tłumaczy, załatwia każdą sprawę i umywa wszystkie i wszystkim ręce. Bo na propozycję trzeba zawsze odpowiedzieć samemu i to jest nasza sprawa, a samo nic się też nie zrobi. W każdą decyzję trzeba włożyć trochę wysiłku, a w jej realizację wcale niemało samozaparcia i potu. Na pewno Bóg, wzywając, daje też potrzebne siły, ale tę pracę trzeba wykonać własnymi rękami i nogami, samo się nie stanie. To nie jest magia. Można powiedzieć, tajemnica, ale nie „hokus-pokus”. Tu nie ma czarodziejskich różdżek. Częściej trafiają się rózgi, a psalmowe: „jak kocha, to i karci”, ma tu swój pozytywny sens. Z drugiej zaś strony to, co idzie za prosto i przychodzi zbyt łatwo, jest mniej ciekawe i ma mniejszą wartość.
Z parafiankami. Powołanie czy zawód? Po mojemu: szaleństwo, na które warto się zdobyć, nawet choćby tylko na jakiś czas. A to, że tak niewielu dziś decyduje się wyjechać na misje, to może strach albo obawa przed niepewnością czy nieprzewidywalnością. Wolałbym nie myśleć, że to wynik współcześnie promowanego konformizmu. Na pewno jest to osobna zagadka, którą może warto by kiedyś zgłębić. Pan Bóg daje to, co potrzeba i przygotowuje, jak trzeba, tylko musimy odważyć się na podjęcie wyzwania. Zapraszam…

Ks. Dariusz Woźniak SAC
foto: © ks. Dariusz Woźniak SAC