Strona główna arrow Nr 74 (1/2016) arrow Macie patrzeć nie na mnie, ale na Chrystusa
Macie patrzeć nie na mnie, ale na Chrystusa Drukuj Poleć znajomemu
MACIE PATRZEĆ NIE NA MNIE, ALE NA CHRYSTUSA

Słowa te były odpowiedzią na pytanie jednego z parafian: „Dlaczego ksiądz tak wysoko podnosi kielich w czasie przeistoczenia?”

    W tym roku mija 25 lat od mojego wyjazdu na misje do Brazylii. Czy to dużo czasu, czy mało? Z pewnością wobec wieczności 25 lat to jak kropla wody wobec oceanu. Ale patrząc na życie ludzkie, to z pewnością jest to wiele czasu. Kiedy jako kleryk przekraczałem seminaryjny próg, na ścianie frontowej gmachu zauważyłem wyryte słowa: „Idąc, nauczajcie wszystkie narody”. Dzisiaj, gdybym mógł, to dopisałbym jeszcze inne słowa: „Więcej radości jest w dawaniu aniżeli w braniu”.
    Początki nie były łatwe, trzeba było pokonać wiele barier: językowych, kulturowych, nie mówiąc o tropikalnym klimacie. Z pewnością najtrudniejszą barierą do pokonania, którą napotykam ciągle na drodze mojego posługiwania kapłańskiego, jest umiejętność otwarcia się na drugiego człowieka, cierpliwość, aby go wysłuchać, zwalczanie egoizmu, aby dać mu poprzez słowa i czyny pewność, że Bóg go kocha.
    W czasie gdy posługiwałem na mojej pierwszej placówce,  dojeżdżałem do 32 kaplic zagubionych wśród wzgórz, pól trzciny cukrowej bądź też olbrzymich obszarowo fazend (gospodarstw). Ludzie, których spotkałem, byli często półanalfabetami, prostymi, ale o głębokiej i nacechowanej radością wiary chrześcijanami. Z początku głosiłem słowo Boże według szablonów i wskazań homiletycznych. Jednak zauważyłem, że taki przekaz do nich nie trafiał. Wówczas na wzór Chrystusa Pana zacząłem używać języka prostego, czerpiąc z życia przykłady, i taki przekaz Dobrej Nowiny do nich docierał. Do dzisiaj, pomimo że pracuję w wielkiej, miejskiej parafii, zachowałem ten sposób przekazu. Moją wiarę buduję na fundamentach tego, co zwyczajne, proste, ubrane w szatę codzienności.
    Pewnego razu zostałem zaproszony, aby pobłogosławić domostwa w małej wiosce. Były to chaty biednych, ale gościnnych ludzi. W każdym domu, po błogosławieństwie, częstowano mnie kawą, a im uboższe było domostwo, tym większa szklanka i słodsza kawa. W tym dniu pobłogosławiłem dziewięć domów. Wieczorem, w małej kapliczce, odprawiłem Mszę Świętą. Po zakończeniu celebracji, według zwyczaju, wspólnota dzieliła się tym, co kto przyniósł, były owoce i ciasto. Koordynator wspólnoty postawił przede mną duży termos, mówiąc: „Widziałem, że księdzu smakuje kawa, więc przyniosłem. Świeżo zaparzona”. Kiedy w nocy wróciłem do domu, wypiłem litr wody, a całą noc chodziłem po pokoju. Rano proboszcz zapytał mnie, czy mam jakieś problemy, bo całą noc słyszał moje kroki. Śmiejąc się, odpowiedziałem mu, że wypiłem „trochę” za dużo kawy.

Aktorzy Misterium Męki Pańskiej

    Kiedy wspólnie z młodzieżą wystawialiśmy Misterium Męki Pańskiej, doszło do zabawnego incydentu. Gdy Piłat zadał pytanie: „Kogo mam wypuścić na wolność: Barabasza czy Jezusa z Nazaretu?”, prawie wszyscy jednym chórem odpowiedzieli: „Jezusa!”, przekrzykując tych, którzy mieli za zadanie wołać: „Barabasza!”. Nastąpiła cisza, sekundy wydawały się wiecznością. Młody aktor stał jak zamurowany. W końcu drżącym głosem powiedział: „Wsłuchując się w głos tłumu, nakazuję uwolnić… Barabasza”. Prawie że go pobito. W następnym roku na deskach naszego amatorskiego teatru nikt nie chciał wcielić się w postać Piłata.
    W ciągu ostatnich 25 lat było wiele momentów radosnych, ale nie brakowało też trudnych i bolesnych. Tak jak w paciorkach różańca, tajemnice radosne przeplatają się z tajemnicami bolesnymi. Jednym z takich najtrudniejszych momentów była burza, która rozszalała się w niedzielę 15 lutego 2015 roku. Wieczorna Eucharystia rozpoczęła się o godzinie 20.00. Dokładnie o godzinie 20.31 piorun uderzył w wieżę kościelną. Siła uderzenia spowodowała oderwanie kamiennego fragmentu wieży, który spadając, przebił dach, poszycie drewniane i zakończył swój „lot” na chórze. Natomiast deski z poszycia spadły do wnętrza kościoła. Proszę sobie wyobrazić strach i popłoch wśród wiernych. Grzmot, hałas, spadające fragmenty dachu i poszycia. Dokładnie pamiętam tę godzinę, bo w momencie uderzenia pioruna zatrzymał się zegar w kościele. Ja w tym momencie trzymałem w ręku mikrofon i zostałem „popieszczony” przez prąd. Nikt z kościoła nie uciekł, bo na zewnątrz rozszalała się burza i pioruny waliły jak artyleria przed atakiem. Z obawy, żeby nie wybuchła panika, zdecydowanym, mocnym głosem zacząłem: „Zdrowaś Maryjo…”. Dobrze, że stałem za ołtarzem, bo wierni nie widzieli, jak ze strachu drżały mi nogi. W takich momentach, kiedy minie szok, rodzą się pytania: dlaczego? w kościół? w czasie Mszy św.? Wiele razy w ciągu tych 25 lat stawiałem niemałą ilość pytań Panu Bogu. I muszę przyznać, że nie zawsze otrzymywałem na nie odpowiedź. Ale z drugiej strony, po pewnym czasie poprzez to, co się dokonywało w moim życiu, pytania te stawały się nieistotne, a wręcz znikały jak poranna rosa, kiedy pierwsze promyki słońca padały na ziemię.
    Ojciec Niebieski oczekuje od nas postawy wiary, zaufania. Jednocześnie Duch Święty nas oświeca i umacnia, abyśmy w tej wierze i zaufaniu nie tylko wytrwali, ale również wzrastali. I tak stało się w tym przypadku. Wprawdzie szkody materialne wyrządzone przez burzę nie były małe, ale z drugiej strony nikomu nic się nie stało. Wkrótce po tym wydarzeniu cała wspólnota zjednoczyła się, aby zebrać fundusze do przeprowadzenia remontu. Wielu z parafian, którzy tylko przychodzili na Mszę św., zaczęło brać czynny udział w życiu wspólnoty parafialnej. Szkody zostały usunięte, udało się również wymalować świątynię na zewnątrz i wewnątrz oraz wymienić żyrandole. Ci, którzy dawniej obojętnie przechodzili obok mnie, teraz znajdują czas, aby się zatrzymać, zapytać: Jak się czujesz? Ktoś mógłby postawić pytanie: Czy zainstalował ksiądz piorunochron? Jak myślicie…?  Pewnie, że tak.

Misterium Męki Pańskiej

    Przez te 25 lat moja wiara wzrastała, gdy widziałem wiarę tych ludzi. Ich dobroć i miłość, jakiej doświadczałem, pomagała mi przezwyciężać egoizm i obdarowywać Bożą i ludzką miłością tych, których Pan postawił na mojej ścieżce życia. Moi drodzy, módlcie się za mnie, abym trwał w ukazywaniu ludziom, jak dobry jest Pan, abym Go nie zasłaniał sobą. A co dalej? Po cóż znowu stawiać pytania…

Ks. Jarosław Chmielecki SAC
foto: © ks. Jarosław Chmielecki SAC, archiwum parafialne