Strefa Tolerancji Drukuj Poleć znajomemu

W centrum Bogoty, stolicy Kolumbii, powstała, z woli władz, dzielnica nazwana Zona de Tolerancia -Strefą Tolerancji – dzielnica, w której prostytucja, narkotyki i przemoc są uprzywilejowane. Na tym polega ta swoista „tolerancja”. Według rządu jest to pewien sposób na zamknięcie w jednym miejscu i kontrolę prostytucji.

Strefa ta ma wielkość przynajmniej połowy Warszawy. Kiedyś była to zwykła dzielnica, ale 10 lat temu jej mieszkańcy usłyszeli taką wiadomość: tu, gdzie mieszkacie, powstaną domy publiczne. Ci, którym to nie odpowiadało, a mieli możliwość i pieniądze, przenieśli się do innych dzielnic. Ci, którzy nie mogli – zostali.

Wielkim problemem jest sytuacja dzieci żyjących w takim środowisku –sięgają wcześnie po narkotyki, są wciągane w handel nimi. Zresztą w tej strefie narkomania wydaje się być w pełni zalegalizowana.

Są w naszej strefie patrole policji, ale policja woli trzymać się z daleka od spraw właścicieli domów publicznych. Jeśli są między nimi jakieś poważniejsze porachunki, zawsze policjanci wycofują się. Podobnie jest wobec handlarzy narkotyków, którym policja czasami wręcz pomaga.

Typowa dla strefy tolerancji jest kradzież domów. Ci, którzy chcą tu „rozkręcić interes” twierdzą, że są właścicielami wielkich firm i zależy im na lokalach blisko centrum. Dopiero później okazuje się, że te firmy to domy publiczne, które chcą przenieść do tej dzielnicy. Próbują wynająć interesujące...

...ich domy, a jeśli właściciele (głównie starsze kobiety w wieku 70-80 lat) nie chcą się zgodzić, straszą ich śmiercią. A wtedy, w bardzo pięknych kamienicach (wiele wybudowanych przez polskich i niemieckich żydów po II wojnie światowej; niektóre mają piękny polski styl) powstają nowe domy publiczne.

Szerzą się tu także spirytyzm i okultyzm, bardzo źle wpływające na ludzi. Pewnego wieczoru przyszła do naszego kościoła rodzina z 23-letnia dziewczyną. Jej matka powiedziała, że dziewczyna czuje się bardzo źle i musi ze mną porozmawiać. Dziewczyna kręciła głową, że nie; nie chciała wejść do zakrystii, ale rodzina wepchnęła ją i zostawiła ze mną. Zacząłem powolutku dociekać o co chodzi, w czym mogę pomóc. Dziewczyna była u „lekarza”, a właściwie u czarownika. Podał jej zioła i coś nad nią mówił. Od tego momentu odczuwała depresję. Dowiedziała się, że za kilka dni straci pracę; pojawiły się problemy z mężem, który w końcu ją zostawił; miała myśli samobójcze. Zaproponowałem jej spowiedź – wyspowiadała się z całego życia. Ja zacząłem się modlić. Położyłem rękę na jej plecach i czułem, jak moja ręka zaczyna się coraz bardziej rozgrzewać. Ona była spięta, nie patrzyła na mnie. W pewnym momencie zaczęła głęboko oddychać, coraz głębiej i głębiej, a pod koniec modlitwy usłyszałem wyjątkowo głęboki wydech, aż ciarki mi przeszły. Pomyślałem: „Zobaczymy, co będzie dalej”. Dziewczyna zaczęła wolno odwracać głowę; w końcu spojrzała na mnie i powiedziała: „Dziękuję, czuję się o wiele lepiej”. Zaproponowałem, żeby przyszła za tydzień powiedzieć jak się czuje. Kiedy przyszła, nie poznałem jej, tak bardzo zmieniła się fizycznie. Zaczęła normalnie pracować, nie miała myśli samobójczych, minęła depresja. Jej stan prawdopodobnie wywołało zniewolenie.

Ten aspekt życia jest dla mnie bardzo trudny.
W strefie tolerancji, mającej zaspokoić wszelkie potrzeby seksualne ludzi bogatych z północnej części miasta, występuje też problem transseksualizmu, który skumulowany w jednym miejscu tego 8-milionowego miasta stanowi coś przerażającego. Mężczyźni robią sobie operacje wszystkich narządów płciowych, a tak-że strun głosowych. Cały czas widać, że są to ludzie z ogromnymi problemami, a w wieku ok. 50 lat następują u nich potworne zmiany: całkowita deformacja twarzy i ciała (następstwa operacji plastycznych). Wielu z nich popełnia samobójstwo.

Wracając do prostytucji – wiele z tych dziewczyn jest zmuszonych do takiego życia przez biedę. Tylko tak mogą zarobić, by utrzymać rodziców czy własne dzieci. Jeśli nawet dostaną pracę, to zarobią znacznie mniej i wtedy często wracają. To już nie tylko problem moralny; ma też podłoże ekonomiczne.

W naszej dzielnicy mieszkają Siostry Dobrego Pasterza, które są specjalnie powołane do pracy z prostytutkami. Wraz z fundacją „Eures” starają się pomagać tym dziewczynom w różny sposób.

Wiele z tych kobiet myśli tylko o tym, jak przeżyć kolejny dzień. Przeważnie mieszkają same, ewentualnie ze swoimi dziećmi, które starają się w jakiś sposób chronić, zamykać je w domach na czas swojej „pracy”.

Głównie dla tych dzieci założyliśmy świetlicę, w której mogą przebywać od 8.00 do 17.00. Mają posiłek, jakieś zajęcia, a potem idą do szkoły, skąd wracają do nas. Niektóre dzieci od najmłodszych lat są wykorzystywane przez rodziców i zmuszane do zarabiania pieniędzy. Młodsze w skrzynce na szelce, którą zakładają na szyję, oferują papierosy i słodycze, nieco starsze mają wózki z termosami z kawą i herbatą, które sprzedają na ulicy.

W dzielnicy jest szkoła państwowa, która w osobach uczniów odzwierciedla wszystkie problemy tego środowiska. Staramy się być z tymi dziećmi, katechizować je w szkole i przy parafii, poprzez świetlicę chronić je przed zagrożeniami i dawać choć trochę „normalności”. Chcemy też stworzyć wspólnotę młodzieżową, by dać im jakąś alternatywę. Zaczątek już mamy.

Dzieci są także narażone na przemoc seksualną. Niektóre dziewczynki są molestowane przez ojców
– ślad pozostaje do końca życia. Często matki czy ciotki kryją ojców i fakt ten ujawnia się dopiero kiedy u 14czy 15-latek pojawiają się problemy emocjonalne. Konsekwencją niejednokrotnie jest prostytucja lub transseksualizm. Małoletnie dziewczynki często zostają lesbijkami. One są samotne – zawiązują się przyjaźnie, a potem jest coś więcej. Jest to pewna forma ucieczki w bliskość fizyczną, żeby czuć się bezpiecznie.

Dzieci i bezdomni, których też jest wielu w naszej dzielnicy, są narażeni na niebezpieczeństwo ze strony prawicowych oddziałów paramilitarnych, przeważnie pozostających na usługach bogatych. Przeprowadzają one co jakiś czas akcje „czyszczenia miasta”, by pozbyć się bezdomnych i narkomanów, czyli zwyczajnie strzelają do nich. W ostatnim czasie w ten sposób zginęło 12 osób.

Problemem jest też AIDS i choroby weneryczne. Niektórzy mimo choroby, mimo spowiadania się z tego, wracają do prostytucji, bo to jedyne źródło ich utrzymania, toteż przybywa chorych.

Trzeba starać się im pomóc. Są różne fundacje. I ze strony rządu, i ze strony Kościoła robi się bardzo dużo. Nawet protestanci mają bardzo prężnie działające fundacje. Choć przy okazji wykorzystują argumenty ekonomiczne, by przyciągnąć do swego kościoła (dasz datek, Bóg pobłogosławi i da zdrowie).

Bardzo aktywnie pomagają w pracy socjalnej i od strony duchowej wspólnoty charyzmatyczne. Dużą pomoc mamy ze strony wspólnot świeckich oraz młodzieży, która co 2 tygodnie przygotowuje 3 kotły napoju wysokoenergetycznego i rozdaje bezdomnym (w Bogocie temperatura z 28° spada w nocy do 3-4°.)

Dawniej Kościół funkcjonował w świątyni, a teraz musimy funkcjonować na ulicach, gdyż inaczej zostaniemy sami lub z garstką ludzi. Stawiamy sobie pytanie: jak pomóc tym wszystkim ludziom? Jak mówić do nich o Bogu? Jak działać wśród nich?

Mówimy im: „tak nie wolno; Bóg dał ci przykazanie, Bóg dał ci życie; On jest przy tobie”. Rozmawiamy z nimi, pytamy zwyczajnie: „Co słychać? Czy może trzeba ci pomóc?”. Ci ludzie „z ulic” nigdy nie słyszeli, nie odczuli tego, że ktoś jest przy nich. Jedna z kobiet mówi, że nigdy wcześniej nie słyszała pytania: „Jak się czujesz?”. Dzięki odpowiedniemu słowu można do nich dotrzeć. Wiele pomagają piękne gesty, ale i zwykłe słowa. Dla tych ludzi ważne jest, że ktoś zatrzymał się przy nich, że zainteresował się nimi. Mamy możliwość zanieść im miłosierdzie, którym Jezus chce obdarować wszystkich ludzi.

Mamy tak wiele – okażmy tym ludziom swoje miłosierdzie, pomóżmy im swoją modlitwą.

Ks. Mariusz Mąka SAC, misjonarz w Kolumbii
Zdjęcia: archiwum