Strona główna arrow Nr 73 (4/2015) arrow Wspomnienie o Księdzu Grzegorzu Szmitcie SAC
Wspomnienie o Księdzu Grzegorzu Szmitcie SAC Drukuj Poleć znajomemu
Wspomnienie o Księdzu Grzegorzu Szmitcie SAC

    Serce człowieka wypełnione jest różnorodnymi poruszeniami i pragnieniami,  które wprowadzają nas w rzeczywistość pielgrzyma, poszukującego celu swej drogi i niezadowalającego się ze status quo, w którym aktualnie się znajduje. Dokument Kongregacji ds. Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego w liście Radujcie się, odwołuje się do słów Ojca Świętego Franciszka: „Spotkanie z Panem wprawia nas w ruch, zmusza do wyjścia z koncentracji na sobie. Im bardziej jednoczysz się z Jezusem i On staje się centrum twojego życia, tym bardziej On sprawia, że przestajesz skupiać się na sobie, kręcić się wokół siebie, a otwierasz się na innych” (Radujcie się, 5).
    Jest to rzeczywistość pewnego niepokoju i dynamizmu, poruszająca i przynaglająca człowieka. Tak, w moich oczach, można by opisać istotę życia ks. Grzegorza Szmita, misjonarza z Meksyku, który dwa lata temu, zginął śmiercią tragiczną na jednej z dróg tego misyjnego exodusu. Krótkie życie Współbrata, kapłana, duszpasterza może pozostawić niezatarty ślad w sercu tych, którzy go spotkali. Ten ślad jest tym głębszy, im prawdziwiej dotyka realnej kondycji spotkanego człowieka.
    Ów niepokój sprawiał, że ks. Grzegorz z charakterystyczną sobie postawą konkretu, nie mógł łatwo zatrzymać się na spokoju. Podejmował różne odpowiedzialności duszpasterskie na polu parafialnym, sanktuaryjnym i wspólnotowym. Nie raz odczuwał ciężar tej odpowiedzialności, ale trwał w powziętym zadaniu. Z hojnością odpowiadał na oczekiwania pielgrzymów, przybywających do sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Tenango del Aire i cieszył się ogromnie z tych wizyt. Dużo planował i patrzył w przyszłość. Dzielił się chętnie tymi planami i bywało, że sprawiał wrażenie, jakby nie do końca czuł się zrozumiany, podkreślając, że Meksyk, to jednak inny świat. Świat, do którego przygotowywał się solidnie już podczas formacji seminaryjnej, mając jasno obrany cel. Nie owijał w bawełnę i nie chował się ze swymi pragnieniami pracy misyjnej. Mówił tak i brał na siebie  wynikające z tego tak konsekwencje. Był człowiekiem zaangażowania i towarzyszącego mu poruszenia, które kazało mu iść do przodu, zdobywać i realizować postawione cele i zamierzenia oraz pokonywać kolejne granice na różnych poziomach życia społecznego, osobistego i apostolskiego zaangażowania.
    Grzegorz chętnie i z radością uczestniczył, w miarę możliwości, w spotkaniach kursowych, organizowanych przy okazji naszych wspólnych rocznic. Ta jego otwartość na człowieka ukazywała się nie tyle w wielości słów, co w gościnności i dyspozycji na wpuszczenie kogoś do swojego świata. Ta gościnność to kolejna jego cecha, która stała, w mojej ocenie, u fundamentów powołania misyjnego. Nie ograniczała się jedynie do otwarcia drzwi, ale wychodziła przed nie, aby pozwolić innym czuć się dobrze.
    Kiedyś, będąc jeszcze w seminarium, zwalniając wodze fantazji i pragnień, planowaliśmy razem miejsce podobnych przyszłych spotkań kursowych. Grzegorz już wtedy zapraszał nas do siebie, do Meksyku. Rzeczywiście, braliśmy to pod uwagę. Niestety Jego nagła śmierć zgromadziła nas w jego rodzinnych Łabuńkach, na Mszy św. pogrzebowej. Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe, wyrzeźbiony na jego drewnianej trumnie, pozostanie w mojej pamięci, jako ostatnie oblicze misyjnej pracy naszego Współbrata. 
Ks. Artur Stępień SAC