Strona główna arrow Nr 73 (4/2015) arrow Z Hermaniszek na Kubę
Z Hermaniszek na Kubę Drukuj Poleć znajomemu
Z HERMANISZEK NA KUBĘ

ks. Stanisław Skrydalewicz SACOstatnio na łamach „Horyzontów Misyjnych” pisałem o mojej drodze powołania do kapłaństwa. Wspominałem rodzinne Hermaniszki, moje dzieciństwo i lata szkolne; wszelkie dobro, jakie tam otrzymałem. Tam się wszystko zaczęło!
Powołanie misyjne
    Dziś odkrywam dla mnie nowe powołanie – misyjne. Nie pamiętam, kiedy dokładnie poznałem pierwszego misjonarza. Księża z Polski, którzy pracowali na Białorusi, byli z nami tak blisko, że nigdy nie myślałem o nich jak o misjonarzach. Dopiero w Seminarium Księży Pallotynów w Ołtarzewie miałem możliwość spotkania z misjonarzami, którzy przyjeżdżali na wakacyjne urlopy z różnych zakątków świata. Wielu znałem z opowiadań, wśród nich pallotyna ks. abp. Henryka Hosera SAC. Byłem sympatykiem kleryckiej grupy misyjnej. Lubiłem wspólne wyjazdy. Pamiętam, że na jednym z takich spotkań, poczęstowano mnie papryką przywiezioną z Meksyku. Po jej zjedzeniu wypiłem dużo wody…
    Choć dopiero w Polsce poznałem misjonarzy, to pierwsza myśl, chęć wyjazdu na misje, zrodziła się u mnie, kiedy byłem jeszcze na Białorusi. Spodziewałem się, że wcześniej czy później wyjadę. Przed przyjazdem do Częstochowy, zadzwonił do mnie ks. prowincjał Adrian Galbas SAC i powiedział, że chciałby skierować mnie do pracy w polskiej parafii. Zgodziłem się, ale powiedziałem, że myślę o wyjeździe na misje. Ta wiadomość bardzo ucieszyła Księdza Prowincjała. W ciągu tygodnia napisałem podanie i podpisane oddałem sekretarzowi prowincjalnemu, ks. Andrzejowi Śliwce SAC. Decyzja zapadła! W podaniu napisałem, że chciałbym wyjechać do Meksyku lub na Kubę. Myślałem o Ameryce, może nawet Brazylii. Wiedziałem, że nie chcę jechać do Afryki.
    Dzięki Sekretariatowi ds. Misji w Częstochowie, podjąłem naukę języka hiszpańskiego. Mam nadzieję, że na początek moja znajomość języka wystarczy. Przed wyjazdem na misje, pojadę odwiedzić rodzinę. Chcę spędzić z nimi trochę czasu. Pierwszy misjonarski urlop będę miał za dwa lata. To będzie trudny czas dla mojej rodziny. Pamiętam, że kiedy wyjeżdżałem do Polski, jeszcze przed rozpoczęciem postulatu, to widziałem zapłakane: babcię, mamę i siostrę. Nawet będąc daleko będziemy sobie bliscy.
   
Kuba
    Ksiądz Prowincjał przekazał mi informacje dotyczące warunków naszego pobytu. Lecę na Kubę razem z ks. Łukaszem Kluską SAC do archidiecezji hawańskiej. Będziemy tam na osobnych placówkach, aby szybciej wejść we wspólnotę, poznać lepiej język hiszpański i duszpasterskie oczekiwania swoich przyszłych parafian. Mam nadzieję, że moje  doświadczenia wyniesione z pracy duszpasterskiej z Białorusi i Polski będę mógł wykorzystać w pracy na misjach. Z Kuby najbliżej będę miał do współbraci pallotynów posługujących w Meksyku i do ich wspólnoty będę należał.
    Dużo czytam. Interesują mnie opinie dotyczące mojego przyszłego miejsca pracy. Z relacji misjonarzy i turystów wiem, że aż 67% Kubańczyków deklaruje, że są chrześcijanami. Jednak praktykujących katolików jest dużo mniej. Ludzie w tym Kościele czują się jak w rodzinie. Kubańczycy to ludzie wierzący, ale ze względu na lata komunistycznej represji, boją się manifestować swoją wiarę. Dowiedziałem się, że wchodzą też do ich świata niepokojące zjawiska, np. prawne zawarcie związku przez osoby tej samej płci. Było to dla mnie zaskoczeniem. Nie spodziewałem się, że panujący tam komunizm mógł to prawo przyjąć. Myślę, że w centrum mojego duszpasterstwa będzie troska o małżeństwa, rodziny. Choć tak naprawdę nie wiem, co mnie tam czeka i jak wygląda sytuacja Kościoła. Na pewno jest mało księży. Pracuje tam siedmiu misjonarzy z Polski. Stąd apel miejscowego Księdza Biskupa i zaproszenie skierowane do polskich kapłanów, na które my, pallotyni, chcemy odpowiedzieć.
    Niedawno u znajomych spotkałem Kubańczyka, który mieszkał i pracował jako rehabilitant na Białorusi. Rozmawialiśmy o trudnych warunkach życia na Kubie. Wiem, że ludzie są biedni, niektórzy nawet bardzo biedni, a jednak potrafią podzielić się tym, co mają. Znani są z serdeczności i otwartości. Uwielbiają wspólnie świętować. Chcą się wspierać, umacniać w wierze i pokazują, że mogą na siebie wzajemnie liczyć.
Jezu, ufam Tobie!
    Dzisiaj jeszcze nie boję się tego, co mnie czeka. Pewnie przed samym wylotem będę bardziej potrzebował i prosił wszystkich o modlitwę. Ufam, że tam, gdzie mnie Bóg posyła, pośle i ludzi świeckich, którzy będą mnie wspierać i pomogą w trudnościach. Nie mam talentu do budowania, w razie takiej potrzeby będę szukał wsparcia. Lubię grać w piłkę nożną, kibicuję Polonii Warszawa. Liczę, że na Kubie uda mi się zebrać drużynę piłkarską. Kiedy gram, bardzo się angażuję, są to dla mnie duże emocje. Lubię oglądać filmy z dobrym, pozytywnym zakończeniem. Gram na gitarze, co może mi się przyda. Wiem, że w pracy duszpasterskiej będę potrzebował wielkiego wsparcia wierzących i zaangażowanych ludzi świeckich. Przez wiele lat Kubańczycy nie mieli i nadal nie mają regularnej katechizacji. Dzisiaj potrzebują świadków wiary.
    Mam nadzieję, że moim wyjazdem na Kubę przetrę szlaki innym pallotynom, szczególnie Białorusinom, do odkrywania misyjnych dróg. Kto wie…? Są już kapłani, głównie młodzi, którzy o tym mówią, choć na razie się z tego śmieją. Mam nadzieję, że mój wyjazd będzie dla nich dobrym przykładem.
    Jak dalej rozwinie się sytuacja Kuby? To wielka niewiadoma! Nie wiemy jak potoczą się losy polityczne czy gospodarcze państwa. Jest to czas wielkich przemian, nawrócenia i wielkiej potrzeby modlitwy wielu ludzi. Wyruszam z Doliny Miłosierdzia pełen nadziei. Dzisiaj najważniejsze słowa dla mnie to: „Jezu, ufam Tobie!”.  Nie wiem, co mnie tam czeka, pozostaje mi tylko zaufać Bogu. Dziękuję i proszę o modlitwę za mnie.

ks. Stanislau Skrydalevich SAC
foto: © Jarosław Madaliński