Strona główna arrow Nr 72 (3/2015) arrow Codzienne życie
Codzienne życie Drukuj Poleć znajomemu
    Spotkałem się z wyobrażeniami w Polsce, że praca na misjach, to jakby ciągłe zaczynanie od zera, że prawdziwy misjonarz to tylko ten, który idzie do dżungli i przedziera się przez zarośla używając maczety, by dotrzeć do tych, którzy nie znają jeszcze Boga. Naturalnie mogą się i takie sytuacje zdarzyć w Papui Nowej Gwinei, zwłaszcza w górach, gdzie są rejony jeszcze nie przebadane. Większość jednak misjonarzy pracujących w tym kraju prowadzi duszpasterstwo na parafiach lub stacjach misyjnych, które założyli inni, przed nimi. Kościół Katolicki w Papui Nowej Gwinei ma już przetłumaczone na tok pisin (pidgin) księgi liturgiczne.  W pracę pastoralną zaangażowani są też ludzie świeccy, są powołania lokalne, czyli są tu już założone podwaliny Kościoła. Nie można jednak zapomnieć, że chrześcijaństwo dotarło tu niewiele ponad 100 lat temu, gdy tymczasem w Europie nasza wiara rozwija się od ponad 2000 lat. Patrząc z tej perspektywy, można spokojnie zaliczyć Papuę do krajów misyjnych, jak to robi Kongregacja ds. Wiary.
    Duszpasterstwo tu, to tak jak i w Polsce, przygotowanie do i sprawowanie Sakramentów, katecheza w szkołach, posługa w szpitalach, rekolekcje dla grup parafialnych i sióstr zakonnych, odwiedziny chorych w domach.

Warabung - procesja z palmami

    Jeżeli ksiądz przebywa na stałe w jakiejś wspólnocie, to szczęściarze ci mają codziennie Eucharystię, wyznaczony dzień, w którym można skorzystać ze spowiedzi czy stałe nabożeństwa. Tak na przykład jest w naszej parafii w Boram. Jeśli ksiądz musi docierać do swoich parafian, to program jego wizyt jest ustalany z pewnym wyprzedzeniem. Gdy ksiądz dotrze na miejsce najpierw słucha spowiedzi, często kilka godzin, następnie prowadzi rozmowy przed sakramentami, spotka się z radą parafialną, by ustalić plan działania na przyszłość. Tak też jest w mojej posłudze w Roma i Warabung. W okresie Wielkiego Postu byłem dwa razy po tygodniu najpierw Warabung, potem w Roma.
    Na misjach bardzo przydatne jest, gdy ksiądz ma trochę zacięcia technicznego. Gdy zaczynałem moją posługę w Warabung musiałem dać do naprawy mały agregat prądotwórczy potrzebny do uruchomienia pompy, kupić nowy zbiornik na wodę na dach, wymienić oprawy od jarzeniówek. W obu domach (Roma i Warabung) wymienić akumulatory w systemie solarowym. Kiedyś w Warabung zbiornik na dachu był dziurawy. Wodę do wszystkiego musiałem nabierać z pomocą wiaderka z jedynego czynnego w domu kranu. Z wymianą zbiornika na dachu miałem problem, sam nie miałem odpowiednich narzędzi, a parafianie nie spieszyli się ze znalezieniem „fachowca”, który by to zrobił. I tak było przez cały tydzień mego pobytu. Gdy przybyłem następnym razem i nic się nie zmieniło, powiedziałem, że jak mi nie pomogą wymienić zbiornika, to nie wiem, czy przyjadę jeszcze raz do nich.  Zadziałało - na drugi dzień przybył „fachowiec” z narzędziami. Dorzuciłem trochę moich pomysłów jak to można zrobić i wspólnymi siłami się udało. Gdyby nie ten mały szantaż pewnie zgodnie z zasadą „PNG time” (PNG czas) do dzisiaj bym się męczył z wiaderkiem.
    W Warabung na razie trzeba sobie radzić bez lodówki, która jest zasilana prądem z osobnego systemu solarowego z dwoma dużymi akumulatorami, doładowywanymi z paneli solarowych oraz z dużego agregatu prądotwórczego. Akumulatory padły dawno temu, agregat też nie działa, a gdy nie było księdza, zniszczone zostały przewody doprowadzające prąd z budynku, gdzie jest duży agregat. Ponowne uruchomienie tego systemu i lodówki wymaga sporego nakładu finansowego, na który na razie parafii nie stać. W Romie trzeba było podnieść daszek nad gankiem, by woda nie gromadziła się w rynnie.  Nie ma czasu na nudę.
Praca misyjna w Papui to ciągłe przeplatanie się duszpasterzowania z pracami fizycznymi. Co takiego odróżnia ją od pracy w Europie, choćby w Polsce? Na pewno klimat, obcy język, infrastruktura (a właściwie jej brak), fatalny stan dróg, różne przeszkody i utrudnienia w przemieszczaniu (doświadczeniami czego dzieliłem się z Czytelnikami przy innej okazji), kiepskie zaopatrzenie w sklepach i drożyzna. Wiele spraw oficjalnych załatwia się długo. Wielokrotnie bywa tak, że nie da się załatwić kilku spraw jednego dnia, lecz rozciąga się to na kilka dni czy tygodni. Ale misjonarz wszystko potrafi…
    Podziwiam moich Współbraci, którzy tu pracują po kilkanaście lat i zaczynali, gdy „cywilizacji” było jeszcze mniej i jeszcze trudniej było funkcjonować.

Ks. Sławomir Maizner SAC


foto: © autor