Strona główna arrow Inne kraje arrow UFAĆ BOGU MIMO WSZYSTKO
UFAĆ BOGU MIMO WSZYSTKO Drukuj Poleć znajomemu
Dając mi możliwość pracy w Burundi Pan Bóg pozwolił mi poznać różne aspekty życia ludzi w tym kraju. Moje opowiadanie o tym czasie byłoby niepełne, gdybym pominęła swoje doświadczenia z kontaktów z więźniami.

Jeździłam tam czasem z siostrami. Warunki były tam okropne. To nie było więzienie podzielone na części dla kobiet i dla mężczyzn. Więźniowie byli skazani na siebie cały czas, nigdzie nie wychodzili. Dla mnie te warunki były bardzo poniżające. Wchodziło się wielką bramą.

Kiedyś była tam epidemia czerwonki. Miałam dowieźć leki i żywność. Chodziłyśmy z siostrami nie tylko leczyć chorych, ale też sprawdzać warunki, żeby potem wymagać od dyrektora więzienia. Było tam wielkie podwórko i dookoła pomieszczenia. W jednym z nich przebywały kobiety. W małym pomieszczeniu kobiety razem z dziećmi spały na byle jakich materacach. Nie było nic przeznaczonego dla nich. Toaleta wspólna z mężczyznami. Gotowanie na ognisku (każda miała swoje) na dziedzińcu. Jak słońce – w porządku, ale jak pada deszcz – gdzie się podziać?
Siedziały w tych brudnych, ciemnych pomieszczeniach. Nie ma żadnych warunków...
... sanitarnych, miejsca, gdzie kobiety byłyby tylko dla siebie. Nie było pomieszczenia dla matek. Wszystko było wymieszane. One były świadome, co głupio, źle zrobiły, że muszą tam być. Nie bito ich, ale nie były dobrze traktowane. Szkoda, kiedy jedno z rodziców jest w więzieniu. Jeżeli w więzieniu jest matka, maleństwo też jest z nią. To jest tragedia tego dziecka, bo najmłodsze lata swego życia spędza w więzieniu. Matka może coś ukradła, nie wiem. Albo chciała zrobić aborcję, ktoś się o tym dowiedział… Są różne przypadki. Ale zawsze bardziej żal mi tego dziecka niż tej kobiety. Ona jest już dorosła i świadoma tego, co zrobiła. A dziecko?

Język mężczyzn i język kobiet jest różny, ale niestety kobiety, które siłą rzeczy towarzyszyły mężczyznom, tkwiły w tym wszystkim. To jest bardzo przykre, gdy ktoś ma jedzenie, a kobiecie nikt nie przyniesie nic – usłyszy często od mężczyzny: „ Dam ci jedzenie, ale…” A jak jeszcze jest z małym dzieckiem – co ma robić? Powiedzieć jej, że źle zrobiła? Tak, źle, ale musiała coś dziecku dać, żeby przeżyło. My też nie byłyśmy w stanie jeździć codziennie, a nie było możliwości przechowywania. Jeżeli rodzina mieszkała daleko, też nie była w stanie przynosić jedzenia codziennie. W miarę możliwości sytuację starał się ratować Czerwony Krzyż i inne organizacje, ale często to co było dawane dla więźniów, zabierali szefowie. Ci, co mieli pieniądze, mogli coś kupić.

Dla kobiet z dziećmi nie było lepszych warunków. Ciemne, wielkie pomieszczenia, brudne sienniki. Często przemoczone – to obraz nędzy i rozpaczy. Owszem siostry starały się pomagać, domagały się od dyrektorów zmiany warunków, sprawdzały czy coś się zmieniło w tej sprawie, ale wszystko zależało tylko od dyrektora. W momencie epidemii musieli choć trochę ustąpić, bo siostry powiedziały, że leczenie w takich warunkach nie ma sensu. Powiedziały: „Przyjedziemy jeszcze raz, a jak dalej będą takie warunki, nie zostawimy lekarstw i nie leczymy”. Był to lekki szantaż, ale inaczej nie można było ich zmusić. Dopóki była epidemia, było znoście, ale jak minęła, wszystko wróciło do „normalnego” trybu.

Wiedziałyśmy, że nie wszystko co przynosimy dla więźniów, trafia do nich, zwłaszcza jak zostawiałyśmy do rozdania. Pracownicy brali dla siebie, a do nich trafiały tylko resztki. W takiej sytuacji robiłyśmy paczki albo same wszystko dawałyśmy ludziom, żeby każdy coś dostał.

W czasie wojny w 1993 r. w więzieniu w Bujumbure zamykano skazanych na śmierć. W 1994 r. poznałam dość dobrze czterech z nich – byli to dyrektorzy szkół posądzeni, że przez nich zginęła młodzież. Kiedy widzieli co się dzieje w okolicy kazali uczniom wracać do domu. Grupa młodzieży została zaatakowana i wszyscy zginęli. I chociaż to nie była wina dyrektorów, zostali posądzeni i zamknięci w więzieniu z wyrokiem śmierci.

Któregoś dnia siostry zapytały, czy nie mogłabym od czas do czasu jeździć do więzienia, zwłaszcza do nich. Pomyślałam: dlaczego nie? Dyrektor więzienia zgodził się, żebym przyjeżdżała kiedy i na ile chciałam. Moje odwiedziny bardzo ich cieszyły, bo mogli wyjść na powietrz, co było tym cenniejsze, że w celi o wymiarach 4x4m było zamkniętych 80-90 osób. Toaleta to była wnęka bez drzwi. Na podwórko mogli wyjść w czasie upału na 10 min. Zmieniło się dopiero kiedy wkroczył tam Czerwony Krzyż.
W więzieniu była kaplica, a w niej Jezus Miłosierny. „Moi dyrektorzy” codziennie odmawiali Koronkę do Miłosierdzia Bożego i powtarzali z ogromną wiarą: „My wyjdziemy!”. Byłam u adwokatów z organizacji, która pomagała takim ludziom, ale powiedzieli mi, że nic nie mogą zrobić, bo dokumentacja jest zamknięta. Zapadł wyrok śmierci i choć może się to ciągnąć latami, już nic nie da się zdziałać. Oni siedzieli w tym więzieniu 8 lat.

Kiedyś, gdy wyszłam z więzienia podeszła do mnie kobieta i zapytała czy jestem siostra Felicjana. Kiedy potwierdziłam, zapytała, czy mogę wrócić z nią – była żoną jednego z tych mężczyzn, której odmawiano widzeń, a jeśli już zezwalano to najwyżej na trzyminutową rozmowę. Wróciłam z nią, zawołali jeszcze raz tego pana i rozmawialiśmy. W pewnym momencie podszedł żołnierz i kazał kończyć rozmowę. Powiedziałam, że ja jestem z nimi, mam pozwolenie rozmawiać dokąd mi się chce, więc mogę stać z nimi i gadać do woli. Rozmawiali godzinę. Kobieta powiedziała mi potem, że po raz pierwszy odkąd go zabrali mogli spokojnie i tak długo porozmawiać. Kiedy go zabierali była w ciąży – ojciec nie zna swojego najmłodszego dziecka.

Któregoś dnia przyszło do nas dwóch panów – byli to „nasi” więźniowie. Zanim wyruszyli do domu, przyszli powiedzieć siostrom, że są wolni – było to bardzo wzruszające. Rozprawy zamknięte, wyroki podpisane - wszystko zdawało się przesądzone… a jednak wyszli…
Jeden z nich zmarł po roku, ale już w domu, wśród bliskich. Drugi znalazł pracę. Co z pozostałymi – nie wiem.
W takiej sytuacji było wielu ludzi. Tych znałam, bo byli z naszego terenu.

Dla mnie to była wielka szkoła wiary, bo oni wbrew wszystkiemu wierzyli, że cos się zmieni, ufali Panu Bogu. I rzeczywiście. Więźniowie wychodzili stopniowo.
Więzienie było dla mnie dodatkowym doświadczeniem bycia razem z innymi.

S. Felicjana Topolska, Karmelitanka Dzieciątka Jezus
Zdjęcia Autorki