Bóg daje łaskę Drukuj Poleć znajomemu
Dotarłem do Korei 11 miesięcy po ks. Zbyszku Wasińskim i Jurku Ciesielskim. Mieszkali u księży Maryknoll, a potem poszli pomagać w różnych parafiach osobno, żeby praktycznie uczyć się tego wspaniałego języka. Trudno było w tym czasie mówić o życiu wspólnotowym – spotykaliśmy się co jakiś czas i z powrotem uciekaliśmy do pracy. Mieszkałem tam przez rok.

Po 8 latach zdołaliśmy wynająć mieszkanie, byśmy wreszcie mogli rozpocząć działanie i życie jako wspólnota. Korea jest drugim krajem na świecie pod względem kosztów utrzymania.

Pewnego dnia ks. Jurek odebrał telefon. Nieznana osoba pytała czy chcemy ziemię w górach. Pewnie, że chcemy (jest bardzo droga)!
Pojechaliśmy – oglądaliśmy… Pamiętam, że było mokro od początku. Padało. A i rzekę trzeba było przejść w bród 2 razy, po kamieniach. Potem wspinaliśmy się stromo w gęstych zaroślach przez ok. 30 min. Na półce skalnej stała chata zbita z kilku płyt, od środka ściany miały płyty styropianu. Był to dom niewielkiej wspólnoty Trzeciego Zakonu Karmelitańskiego. Bez prądu i bez dojazdu. Ci ludzie pokazali nam kawałek ziemi - ok. 2000 piongów. Piong to...
... jednostka miary powierzchni równa 3,3 m2. Dostaliśmy zatem ok. 7000 m2.

Dopiero po pewnym czasie zaczęliśmy rozumieć, co się wydarzyło. Mamy ziemię! Owi darczyńcy namawiali nas, żebyśmy tu zbudowali swój dom i jakiś skromny kościół. Ależ tak! Pragnienie wielkie, ale budowa to są ogromne koszty, a tu niczego nie ma: drogi, prądu, nawet porządnej wody (ta, co była, wypływała gdzieś spod skały).

Przed nami nikt z zakonników tej ziemi nie chciał. Myśleli, że to jakiś żart. My, nie znając kultury i wartości rzeczy, przyjęliśmy dar. I to można uznać za początek tajemnicy – Jezus chciał, by tu czczono Jego Miłosierdzie.
Mówimy Yangdeogwon, ale to nazwa najbliższej miejscowości, która jest zaznaczana na mapach – to ułatwia orientację. Właściwie miejsce to nazywa się Namyeon Sindae Ri San, a tubylcy mówią Mul Kubi (zakręt rzeki - to dlatego trzeba ją przekraczać dwa razy).

Mijał czas, oczywiście zastanawialiśmy się czy zacząć budowę, bo nie było środków ani ludzi. Każdy z nas miał obowiązki, każdy gdzie indziej. W końcu, ponieważ mieszkałem najbliżej, zacząłem tu przyjeżdżać takim pożyczonym „trupem”, który miał dziury w podłodze, większe niż moje dłonie. Kładłem na podłodze grube gumoleum, żeby w czasie jazdy nie gubić drobiazgów. Jak tylko miałem wolne 5 godzin między zajęciami w parafii, jechałem krętymi, dzikimi drogami przez 2 godz., pracowałem przez godzinę i jechałem z powrotem. Nie było to za często.

Wielokrotnie doświadczyłem, że to miejsce Pan Bóg wybrał i Jego wolą jest, by było tu sanktuarium Jezusa Miłosiernego. Przychodzący ludzie szukają pogłębienia wiary, tworzą się grupy. Od samego początku ludzie, którzy tu przychodzą są bardzo poruszeni łaskami Miłosierdzia.

óg kreśli wspaniałe plany. Często, stając wobec jakiegoś problemu w realizacji tego planu, pytam: „Panie Jezu, jak to zrobimy?” I nie zostaję sam.

Duży obraz Jezusa Miłosiernego, który tu mamy, otrzymałem od ludzi z zachodniej Australii, mocno zakochanych w Miłosierdziu Bożym. Nigdy przedtem ani potem nie spotkaliśmy się. Dostałem od nich wiadomość, że Pan Jezus kazał im posłać obraz tutaj. I dostałem go, na swoje imię i nazwisko, z informacją, że to obraz z Łagiewnik. Widać w tym wyraźnie działanie Boga.

Także w tym, że przysyła nam stale ludzi do pomocy, m.in. żołnierzy z okolicznych baz wojskowych, dzieci wypoczywające w pobliżu, grupy osób pomagające za przysłowiową miskę zupy. Nasz nadzór był nieodzowny na każdym etapie prac, także przy fachowcach.
Powstał dom, kaplica, i chociaż niewykończone, licznie odwiedzane przez ludzi chcących tu modlić się i pogłębiać swoją wiarę.

Biskup erygował dom (2007r.) w porozumieniu z wyższym Przełożonym i zaczął się tu nowicjat. A w maju 2009 r. roku dom poświęcił. Miał najpierw poświęcić tylko mozaikę Chrystusa Miłosiernego przed kościołem, ale później, na 2 tygodnie przed przyjściem, dodał, że konsekruje też ołtarz oraz poświeci cały dom. To, czego nie mogliśmy zrobić w 10 lat, zrobiliśmy w kilkanaście dni, żeby za bardzo się nie wstydzić.

Resztę już robimy stopniowo. Z pomocą różnych osób, a na pewno z łaską Bożą prace posuwają się do przodu. Centrum będzie miało na powierzchni 4 poziomy, jeden pod ziemią. Będą sale konferencyjne, kaplica, kilkadziesiąt pokoi, zaplecze socjalne ze stołówką na jakieś 400 osób. Bo zimą ludzie nie mają się gdzie schronić. W drugiej połowie lipca 2009 r. zaczęliśmy wysadzanie bardzo twardych skał – powstały wykopy na głębokość 17,5 m – to prawie 6 pięter pod ziemią. Zanim dotarliśmy do potrzebnej głębokości trzeba był kilka razy wysadzać - był ogrom skał do wywiezienia. Obecnie są już budynki, gdzie pielgrzymi mogą nocować i posilać się, a także chronić przed chłodem. Mamy zbiorniki na wodę.

Taki jest początek. Chodzi o to, żeby tu była prowadzona permanentna formacja dla tych, którzy stają się apostołami Miłosierdzia Bożego.

A ludzie przychodzą. Coraz więcej. Są czuwania co miesiąc, nabożeństwa fatimskie (maj - październik), rekolekcje….
Najważniejsze jest to, że Bóg daje łaskę i nam i tym, którzy tu przychodzą.

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się bardzo prosto! W 1995 roku była solidna, śnieżna zima. Udało się kupić węgla w okolicy i mogłem ogrzać pomieszczenie. Przyjechało kilka osób, wśród nich polska siostra zakonna. W tej zawierusze pojawiły się też 3 osoby, katolicy, i zostały z nami. W ciepłym pomieszczeniu wspólnie modliliśmy się. To był początek comiesięcznych czuwań.

Pomyśleliśmy, że przydałaby się jeszcze pielgrzymka miłosierdzia. I zorganizowaliśmy taką. Szło się 4 dni, trzeciego przecinając pasmo gór i odwiedzając miejsce męczeństwa pierwszych Koreańczyków. Od tego czasu chodzimy co roku.

Teraz z daleka widać, gdzie jesteśmy, gdyż uwagę zwraca, widoczna z drogi, mozaika z Jezusem Miłosiernym, wraz z cokołem wysoka na 8 m.

Kiedyś księża lokalni protestowali przeciwko głoszeniu orędzia Miłosierdzia Bożego, nie rozumieli go. A kult i tak się rozszerzał. Działała łaska Boża…

Ks. Paweł Zawadzki SAC
 
SMS misje