Strona główna arrow Nr 71 (2/2015) arrow Podróżowanie po Papui
Podróżowanie po Papui Drukuj Poleć znajomemu
Po ponad rocznym pobycie w Papui chcę się podzielić z Czytelnikami „Horyzontów Misyjnych” moimi doświadczeniami w przemieszczaniu się po Papui Nowej Gwinei.

Jak wiemy, można podróżować po lądzie, wodzie i w powietrzu. Zacznę od transportu wodnego. W chwili obecnej nas, Pallotynów, dotyczy to głównie w docieraniu na wyspy na morzu. Kiedyś byli jeszcze współbracia nad rzeką Sepik i tam pływali na kanu wyposażonych w silnik spalinowy.

Po morzu pływa się głównie łódkami długimi na jakieś 5 do 6 metrów, też z silnikami spalinowymi. Jak morze jest spokojne, taka podróż jest nawet przyjemna (np. z Wewak na Kairiru), jak się ma szczęście to można po drodze zobaczyć delfiny czy żółwia morskiego. Gdy zacznie wiać, może dobrze wytrząść pasażerów, a nawet wywrócić łódź. Czasami zdarzają się tragedie, gdy fale wywrócą łódź na pełnym morzu. Dzieje się tak najczęściej, gdy przewoźnik weźmie za dużo ludzi i towaru. Sam widziałem łódź, której krawędź burty była może 30 cm nad wodą. Wielu spośród przewoźników...
... po prostu nie ma wyobraźni, no i do tego ich chciwość, by jak najwięcej zarobić na jednym kursie. Często wyruszają w drogę z niesprawnymi silnikami czy ze zbyt małą ilością paliwa.
Ks. Darek, gdy płynie do odległych wysp w swojej parafii, bierze na łódź zapasowy silnik, a nie spotkałem się z taką postawą u miejscowych.

Papuasi używają do połów na morzu i do przemieszczania się na małe odległości małych kanu z bocznymi pływakami. Kiedyś mnie przetransportowali z Kairiru na Mushu przy pomocy takiego kanu, żebym im odprawił Mszę św. Była to bardzo sympatyczna przeprawa, bo morze wtedy było gładkie jak tafla jeziora.

Do podróżowania po lądzie najlepiej mieć własny samochód z napędem na cztery koła. Na wielu nawet głównych drogach często trzeba przejeżdżać przez rzeki, a w wielu miejscach asfalt jest tak zniszczony, że po deszczu bez dobrego napędu na wszystkie koła nie przejedzie się. Zaczyna się robić wesoło, gdy zjedzie się z głównej drogi na drogi buszowe. Jeśli dawno nie padało, może dojedziemy do celu nie używając four wheels. Oprócz napędu na cztery koła potrzebne są jeszcze opony „buszowe", z odpowiednim bieżnikiem. Osobiście nie kierowałem samochodem na drogach buszowych, ale nie raz, jako pasażer, doświadczyłem jak samochód „tańczył" w błocie. Najbardziej podskakiwała adrenalina, gdy „tańczył” w czasie jazdy z górki, a w dole trzeba było trafić na wąski mostek.
Wybierając się w drogę należy zatankować do pełna zbiornik, bo stacje paliw są tylko w dużych miastach, a po drodze można jedynie czasami kupić paliwo od ludzi - drożej i niepewnej jakości. Stawiają oni przy drodze straganik, na którym w butelkach 4 lub 5 litrowych oferują paliwo. Mają nawet lejek z wężem, żeby przelać paliwo do baku. Takie są tutejsze „stacje benzynowe”.

Czasami misjonarze używają motorów. Ks. Paweł ma starą Yamahę na Kairiru, którą dojeżdżałem z St. Martin's tylko do St. John's, bo do innych miejsc blokowały przejazd strumienie. Za czasów Australijczyków były nawet na wyspach drogi i mosty, ale teraz pozostały tylko drogi, a mosty uległy zniszczeniu.

Gdy się nie ma własnego samochodu, można jechać tutejszym transportem. Są to albo busy na kilkanaście osób, albo ciężarówki z paką i plandeką. Wzdłuż burt są ławki-siedzenia. Jako ksiądz mogę czasami się załapać na miejsce w kabinie, obok kierowcy, jak jakiś większy bikman nie jedzie. Jak się jedzie na pace, strasznie wywieje, wytrzęsie, a kurz wlezie wszędzie. Plusem tych ciężarówek jest to, że można mieć więcej bagaży niż w busie.

Na podróż trzeba zawsze zabierać dużo wody pitnej, bo nigdy nie wiadomo czy coś nie spowoduje nieplanowanego, wielogodzinnego postoju. Wody rzeki mogą się po deszczu podnieść tak, że nie da się przejechać i trzeba czekać aż woda opadnie. Albo w jakieś wiosce zrobią blokadę, bo pokłócili się z inną wioską i teraz chcą myto za przejazd, i robi się korek. Gdy robią taką blokadę, potrafią nawet asfalt zniszczyć w poprzek byle tylko zatrzymać. Nie ma perspektywicznego myślenia, że ta droga służy także mieszkańcom tej wioski. Ważna jest dana chwila i koniec. Czasami, gdy żywioł zniszczy część drogi albo przyczółek mostu i jakaś grupa to naprawi, zaraz wyciągają rękę do każdego przejeżdżającego auta, choć bardzo często dostali już opłatę za tę pracę od państwa.

Podróżując PMV trzeba się nastawić na to, że będzie ciasno. Każde miejsce musi być zajęte, a jak się tylko da, zabiorą i więcej osób. Kiedy jechaliśmy z ks. Janem z Goroki do Madang takim małym autobusem na 25 osób (z przystawkami),qwsze, dorosłych było 25, ale do tego kilkoro dzieci, i nawet gdy nas policja kontrolowała, nie było problemu. Oczywiście odbija się to na komforcie jazdy, bo z jednej strony uwierał czyjś łokieć, a tu znów w plecy kolana gniotły przez miękkie oparcie. Bagaże złożone jeden na drugim na przejściu, często deptane przez wychodzących na postojach pasażerów. Przed wyjazdem z Goroka kierowca zrobił kilka kółek, by wyjechać z kompletem pasażerów. Zajęło mu to godzinę od czasu, gdy wsiedliśmy do autobusu, a wolne były tylko trzy miejsca. Oczywiście jedyną klimatyzacją były otwarte okna, przez które wciskał się kurz. W pewnym momecie, gdy mijaliśmy jadący z naprzeciwka samochód, przez okna zostaliśmy w środku ochlapani błotnistą wodą z kałuży. Bryznęło spod kół tego samochodu. Plamy z mojej koszulki już nie zeszły.

Po lądzie podróżuje się też oczywiście pieszo. Pieszo idziemy tam, gdzie się z różnych powodów nie da dojechać samochodem. Jeszcze w czasie mojego pobytu w Kunjingini na wprowadzeniu, pieszo trzeba było iść do wielu wiosek. Jak grzeje słońce, jest sucho i nogi się nie ślizgają, ale za to gorąco szybko pozbawia sił. Więcej sił jest, gdy pada ,ale wtedy dobrze jest mieć kij wędrowny, jako trzecią nogę pomocną w utrzymaniu równowagi na rozmiękłych ścieżkach. Kij jest też pomocny przy przekraczaniu rzek.

Pewnego razu poszedłem do chorego z Kunjingini do Kunjingini 2, nie daleko, ale połowa tej wioski była za rzeką i akurat ten chory mieszkał w części za rzeką. Gdy szedłem z przewodnikiem do chorego wody było trochę powyżej kolan, gdy wracaliśmy od niego, woda sięgała już do pasa i dwie osoby pomagały mi, żeby nurt mnie nie porwał. W górach musiało popadać i ta wysoka fala akurat nadeszła.

Gdy zastępowałem ks. Pawła na Kairiru, chodziłem pieszo do Yuwun, sam, bo nie można było zabłądzić. Kiedyś można było dojechać do Yuwun samochodem czy motocyklem, ale od kiedy nie ma mostów trzeba chodzić albo dopłynąć od strony morza. Na Kairiru z przewodnikiem chodziłem do Surai, bo tu na ścieżkach buszowych mógłbym zabłądzić „na amen”. Też trzeba było przechodzić przez strumienie, ale one nie stanowiły największego zagrożenia. W wędrówkach trzeba było uważać pod nogi, by nie spotkać się z jadowitym wężem. Raz, gdy wracaliśmy z Surai, przewodnik Steven minął węża, a ja go zauważyłem. Zaalarmowałem Stevena, który przy pomocy kija unieszkodliwił go - był jadowity. W górę też trzeba patrzeć, by nie uderzyć głową w konar pod którym się przechodzi. Mnie to niestety, raz czy drugi się zdarzyło. Na dłuższe wędrówki najlepiej chodzić w obuwiu krytym, tak by chronić stopę przed ostrymi niespodziankami. Oczywiście chodzenie w błocie czy przez wodę szybko wykańcza buty, dlatego, gdy trzeba często wędrować do wspólnot z posługą sakramentalną, trzeba się liczyć z częstym kupowaniem nowego obuwia.

Po kraju można podróżować jeszcze samolotem. Jest to w Papui droga impreza, ale czasami nie ma wyjścia. Np. do sąsiedniej prowincji Madang nie dojedzie się samochodem, bo nie ma mostów na Sepiku, największej rzece w Papui. Dobrze jest zapomnieć o standardach europejskich - będzie później mniej rozczarowań. Jest, oczywiście, rezerwacja miejsc na konkretny lot, ale linia lotnicza przyśle mniejszy samolot i juz jest zamieszanie. Kto pierwszy zgłosił się do odprawy, ten miejsce dostanie, ci co się nie załapią mogą usłyszeć, żeby przyszli następnego dnia. Istnieją też systemy komputerowe do obsługi pasażerów ale system ten potrafi paść, a wtedy wszystko wypisywane jest ręcznie: karty pokładowe, bilety, kartki do bagaży. Wiadomo jak to spowalnia odprawę.

Kiedyś werbiści czekali na samolot z Madang do Wewak trzy dni, bo samolot do Madang nie przylatywał. Nasz ks. Generał lecąc do Papui musiał czekać 24 godziny w Singapurze, bo linie papuaskie odwołały lot do Port Moresby, stolicy Papui Nowej Gwinei. I co jest charakterystyczne, często nie podają powodu opóźnienia czy odwołania lotu. Na liniach krajowych najczęściej latają jednostki dwudziestokilkuosobowe. Tak jak ten samolot, którym przyleciałem do Papui.

Jak widać z tych kilku przykładów, podróżowanie po Papui nie należy do łatwych i przyjemnych.

Ks. Sławomir Maizner SAC