Strona główna arrow Nr 71 (2/2015) arrow Posługa kapelana
Posługa kapelana Drukuj Poleć znajomemu
Przez większą część mojej posługi w Korei moją podstawową pracą była posługa kapelana, którą podjąłem w czwartym roku naszego pobytu w Korei w szpitalu św. Wincentego á Paulo.

Ten największy w diecezji Suwon katolicki szpital prowadzą Siostry Miłosierdzia św. Wincentego á Paulo. Należy on, wraz z siedmioma innymi szpitalami i Wyższą Szkołą Medyczną, do Katolickiego Centrum Medycznego. Oprócz pracy w szpitalu odprawiałem Msze Święte dla Sióstr, które tuż obok miały swój Dom Generalny.

Posługa moja przypadła na czas prac związanych z budową nowego szpitala, czyli przebudową starych i budową nowych budynków, oraz wielu innych trudności i wyzwań. Podczas szczególnego natężenia prac słyszeliśmy czasem, nieskorych do narzekań Koreańczyków jak mówili, że trzeba mieć „niezłe zdrowie”, aby tu się leczyć.

Dla nas jako pallotynów prace budowlane okazały się korzystne, gdyż przy okazji Siostry zgodziły się na rozbudowę domu kapelana, który przez jakiś czas wynajmowaliśmy jako naszą siedzibę. W pracy szpitalnej...
... pomagały mi siostry zakonne i osoby świeckie: zarówno pracownicy szpitala, jak i wolontariusze. W szpitalach koreańskich chorzy mają opiekuna z rodziny, który ma do spania małe łóżko, na dzień wsuwane pod łóżko chorego. Oczywiście poza oddziałami intensywnej terapii – tu opiekunowie przebywają w innych pomieszczeniach. Obecność opiekunów oraz licznych odwiedzających chorych dawały mi możliwość spotkania i rozmów z wieloma osobami różnych wyznań. Czasem owocowało to prośbą o modlitwę lub błogosławieństwo, a nawet wspólną modlitwą.

W czasie mojego siedmioletniego pobytu tylko kaplica i miejsca naszej pracy były dwa razy przenoszone i reorganizowane. Zresztą kaplica nie miała dobrej lokalizacji i wprawdzie wystarczała na dni powszednie, ale liturgia niedzielna i świąteczna odprawiane były w holu. Mimo utrudnień miało to dobre strony, zwłaszcza dla chorych na wózkach inwalidzkich czy łóżkach. Któregoś roku nie zdążyłem wyspowiadać wszystkich chętnych przed Pasterką – pomógł mi wtedy pewien ksiądz, udzielając sakramentu… na łóżku szpitalnym, był bowiem pacjentem.

Na początku dosyć często zdarzały się wezwania nocą, wynikające z wielkości szpitala i czynnej całą dobę izby przyjęć, ale również z innych, czasami prozaicznych, przyczyn. Wśród pacjentów było bowiem około 20-25% katolików (w Korei jest ich około 8%), a wśród personelu około 35-40%, toteż zdarzało się, że gdy ktoś wspomniał o potrzebie religijnej najłatwiej było skontaktować się z księdzem, choć nie zawsze było to konieczne. Także przyczyną wezwań było niezrozumienie sakramentu chorych, traktowanie go tylko jako „ostatniego namaszczenia” i zwlekanie z jego przyjęciem. Z czasem sytuacja uległa znacznej poprawie, gdyż odwiedzając chorych, staraliśmy się wyjaśnić im znaczenie sakramentów w czasie choroby i zachęcaliśmy do ich przyjmowania.

Spotkania z chorymi były świetną okazją do dawania świadectwa wiary wobec innych (nie tylko chorych), zwłaszcza niekatolików. Ten istotny aspekt apostolstwa chorych staraliśmy się uświadamiać zarówno chorym, jak i ich rodzinie oraz personelowi. Pacjenci, którzy chcieli przyjąć chrzest, a przebywali w szpitalu dłuższy czas, mogli się przygotować i przyjąć chrzest, bądź to w swojej parafii, bądź w szpitalu. Tylko raz w szpitalu zorganizowaliśmy katechezy i chrzest dla pracowników (zazwyczaj, zgodnie z zaleceniami, dokonywało się to w parafii). Na samej uroczystości ochrzczonych zostało także kilku chorych, a dwie pary zawarły sakramentalne małżeństwo.

Również w wielu innych sprawach chorzy mogli liczyć na naszą pomoc i choć na początku nie bez problemów, później jednak chętnie z takiej okazji korzystali. Zwłaszcza, gdy doświadczyli zrozumienia, troski i pomocy. Taka możliwość uporządkowania spraw religijnych w jakimś stopniu nadawała pobytowi w tym miejscu głębszego sensu. Pozwalała też, zwrócić uwagę na inne sprawy, nie tylko skupiać się na chorobie. Było to szczególnie ważne dla osób ciężko chorych i pacjentów wymagających opieki hospicyjnej – wówczas jeszcze nie było oddziału hospicyjnego. Towarzyszenie tym osobom do ostatniego momentu, a także w czasie przejścia do domu Ojca i tuż po, wywierało wielkie wrażenie na całej rodzinie.

W tamtejszych uwarunkowaniach, jest to o tyle ułatwione, że większość szpitali ma specjalne miejsca, gdzie, zgodnie z koreańską tradycją, odbywa się pożegnanie zmarłego. W centrum jest fotografia i nazwisko z imieniem (dla katolików także imię od chrztu) oraz, w zależności od religii, paramenty liturgiczne, a także palą się specjalne kadzidełka. Każdy przychodzący oddaje hołd najpierw zmarłemu, potem rodzinie, przekazuje wyrazy ubolewania, modli się (w przypadku katolików jest to wspólna modlitwa śpiewana, ułożona na podstawie psalmów). Następnie można się wpisać do księgi kondolencyjnej i złożyć podpisaną kopertę z ofiarą (wszystko jest notowane), po czym rodzina podejmuje poczęstunkiem – wszystko jest przygotowane w pobliżu. Jeżeli nie ma innej możliwości, w kaplicy lub w miejscu pożegnania odprawiana jest Msza św. pogrzebowa.

Najważniejsza jednak w posłudze kapelana była możliwość towarzyszenia ludziom modlitwą i obecnością w trudnym czasie. W tej posłudze coraz mocniej uwydatniało się Boże Miłosierdzie, które staraliśmy się propagować w miarę jak rozwijał się sam kult i nasze możliwości. W tym szpitalu pracował również przez rok ksiądz Paweł.

Następnie posługiwałem w dwóch szpitalach: dużym katolickim oraz o wiele mniejszym (później rozbudowanym) i bez profilu religijnego.
W szpitalu katolickim jest kaplica, a pieczę nad chorymi ma siostra zakonna. W drugim szpitalu – dla osób starszych – trzeba było wszystko organizować niejako od podstaw. Warunki na początku były prawdziwie misyjne, ale nadawały posłudze szczególnego kolorytu, wyzwalały entuzjazm. Msza św. sprawowana była w niewielkiej sali konferencyjnej, która okazała się zbyt mała, szczególnie gdy zaczęło przybywać pacjentów, bo większość poruszała się na wózkach. Udało się jednak powiększyć „kaplicę” poprzez rozsuwaną ścianę o powierzchnię kawiarni. Doprowadzało to czasami do humorystycznych sytuacji, ale dzięki zaangażowaniu i pomocy personelu, parafii i wolontariuszy powoli udało się wszystko zorganizować. Dużą pomocą była siostra zakonna oraz spora grupa wolontariuszy. Także personel, choć tylko w części katolicki, starał się pomagać.

Z czasem dało się wyraźnie odczuć, że opieka pastoralna nad chorym jest coraz bardziej doceniana. W międzyczasie szpital został przeniesiony do większego budynku i rozrósł się. Obecnie Msza św. sprawowana jest w sobotę, w pięknej sali konferencyjnej, przystrojonej na ten czas dużym wizerunkiem Jezusa Miłosiernego.
Przed Mszą św. jest okazja do spowiedzi, a wcześniej wolontariusze odwiedzają chorych i orientują się, kogo trzeba odwiedzić z posługą sakramentalną, co ma miejsce po Mszy św. Z wielości religii w Korei wynika fakt, że w piątki szpital odwiedza mnich buddyjski, a w niedzielę swoje nabożeństwo mają protestanci. W szpitalu jest też oddział hospicyjny, otaczany szczególną opieką.
Posługa kapelana dała mi możliwość świadczenia o Bożym Miłosierdziu, dzielenia smutków i radości z wieloma ludźmi. I mimo iż pełniłem też funkcję mistrza nowicjatu pierwszego Koreańczyka, który wstąpił do naszego zgromadzenia, dawała mi najwięcej satysfakcji.

Ks. Jerzy Ciesielski SAC