Strona główna arrow Rok 2003 arrow Nr 23 (2/2003) arrow Rozmowa z ks. Zbigniewem Lewandowskim SAC
Rozmowa z ks. Zbigniewem Lewandowskim SAC Drukuj Poleć znajomemu

R. – Po latach pracy w Brazylii zdecydował się Ksiądz na wyjazd do Meksyku. Czy Ksiądz widział wcześniej tę placówkę?
K. –
Pracowaliśmy w Brazylii, w tym czasie w parafii św. Sebastiana w Itaipu, Niteroi. Pamiętam, że przed Świętami Wielkanocnymi , na święceniach naszego miejscowego diakona był ks. Prowincjał i mówił nam, że już od 1995 r., kiedy to została do Polski przywieziona figura Jezusa Miłosiernego z Meksyku, trwają pertraktacje o przyjęciu placówki w Meksyku. Ks. Biskup z diecezji Nezaucoyotl chciał nam ofiarować jedną parafię, byśmy tam mogli pracować i szerzyć kult Miłosierdzia Bożego, gdyż chciał, by jego diecezja była poświęcona Miłosierdziu Bożemu jako pierwsza na świecie. Dlatego też w 1998 r., kiedy ks. Prowincjał wyrażał zaniepokojenie co zrobimy, bo od lutego powinien tam być ksiądz z Polski, a nie ma kto w tej chwili wyjechać, zgłosiłem się – jeśli nie ma nikogo z Polski, to ja mogę pojechać. Zdecydował się też ks. Tadeusz Korbecki.

Tak bez żadnego przygotowania znalazłem się w Meksyku. Wyjechałem z Brazylii 29 maja 1998 r., a 30 maja już byłem w Meksyku. Z lotniska „odebrał” mnie pan Skoryna. Zostałem przewieziony do ojców franciszkanów i w ich domu po raz pierwszy...

...spotkałem się z ks. biskupem, ekonomem diecezji i ks. wikariuszem seminarium. Tego samego dnia (sobota) zostałem przewieziony do nowej parafii, gdzie czekała na mnie miejscowa ludność. Przyjęto mnie bardzo sympatycznie. Miałem wrażenie, że wjeżdżam do jakiejś wioski indiańskiej – rysy, wyraz twarzy, sposób zachowania przypominały szczepy indiańskie.
Następnego dnia przyjechał ks. biskup i w uroczystość Zesłania Ducha Świętego przyjąłem parafię jako proboszcz (bez znajomości języka, bo w Brazylii mówiłem po portugalsku). Zamieszkałem na miejscu. Był ze mną jeszcze jeden ksiądz, miejscowy, który pozostał ze mną do końca listopada – wtedy został przeniesiony do innej parafii. Zostałem sam, na szczęście już z pewną znajomością języka.
W ten sposób zaczęła się nasz praca w Meksyku.

Ks. Adam Suszko dojechał pod koniec marca 1999 r., a ks. Tadeusz Korbecki – 15 czerwca (po urlopie w Polsce), w dniu, kiedy odczuwaliśmy trzęsienie ziemi. Spotkało mnie to po raz pierwszy. Ks. Tadeusz miał przylecieć wieczorem, a trzęsienie było ok. trzeciej. Słyszałem trzaski, jakby przesuwanie szaf; dom jakby zaczął się poruszać, czuło się powiew ostrego wiatru. To trwało sekundy i nie było czasu na zastanowienie się. Dla człowieka, który nigdy nie przeżył czegoś takiego, było to przerażające. Kiedy po kilkunastu minutach włączyliśmy telewizor czy radio mogliśmy się zorientować, że to niewielkie w naszym odczuciu trzęsienie ziemi w okolicy było bardzo groźne w skutkach. Zostało uszkodzonych wiele kościołów w sąsiednich parafiach: popękane wieże, niektóre pospadały, uszkodzone kopuły. W miejscowości odległej ok. 70 km zostało zniszczonych wiele domów. Byli ranni. Nie mówiło się o tym zbyt wiele, bo w skali Richtera było to tylko niewielkie trzęsienie ziemi.

Warto wspomnieć, że Meksyk ma kilka wulkanów i jeden z tych wulkanów, czynny do dzisiaj Popocatepetl, jest blisko naszej parafii. Kiedy był nieczynny można było nawet wchodzić do krateru. Podobno były tam wydobywane jakieś minerały. Kiedy się uaktywnił dojście do niego zostało obstawione przez wojsko. Aktywność tego wulkanu przejawiała się tym, że ciągle dymił. Nieraz zionął tym dymem na wysokość 5.000 m (5 km) ponad krater. Wulkan wyrzucał też popiół. My, w linii prostej, jesteśmy oddaleni jakieś 30 km od wulkanu, a popiół dociera jakieś 70-80 km od wulkanu. Nasza parafia jest na wysokości 2.400 m n.p.m. – toteż dociera do nas sporo popiołu.
Popiół, licząc wysokość wulkanu, dociera na wysokość ok. 10.000 (10 km), a więc na wysokość , na której leci samolot.

Jest to zjawisko bardzo charakterystyczne. Po chwili, widać to szczególnie na ciemnym ubraniu, jest się białym od popiołu. Wulkanolodzy mówią, że jest to bardzo niebezpieczne, bo wdycha się cząstki, które mogą być szkodliwe dla płuc. Większość ludzi chodzi w maskach. Pył osadza się na dachach domów czy samochodach – trzeba go jak najszybciej zmieść, bo ma spory ciężar i mógłby zawalić się dach. W grudniu 2000 r. nastąpiła erupcja wulkanu, o której już pisaliśmy.

Byliśmy wtedy na spotkaniu wigilijnym u dziekana. Ok. godz. 8 wieczorem pani kucharka zawołała: „Zobaczcie!”. Było już ciemno; widać było chmury nad wulkanem, a z krateru wylatywały ognie, przypominające rzucane petardy – to były wyrzucane „kamyczki”: wielkości samochody combi. Trwało to przez dwa dni. Ludzie uciekali z domów; ci, którzy mieszkali na stokach wulkanu zostali ewakuowani. Ci, którzy mieli tam swoje domki, to są bardzo biedni ludzie. Mówiło się wtedy, że ok. 60 tys. ludzi zostało przeniesionych do schronów. Jednym z miejsc, gdzie mogli się zatrzymać była nasza miejscowość. My mieszkamy w 3 strefie zagrożenia i tym razem nie byliśmy zagrożeni bezpośrednio.

R. – Jakie formy kultu religijnego, poza procesjami, są najbliższe Meksykanom?
K. –
Odpusty, zwłaszcza związane ze świętami patrona. Niestety, wtedy przy okazji świąt kościelnych robi się święto pogańskie, np. odpust w naszej parafii, który zaczyna się w Środę Popielcową i trwa 3 dni. Przychodzą do posypania głów popiołem, bo mają to jakby zakodowane. Zaczyna się post, a oni tańce, muzyka, pijaństwo, bijatyka, jedzenie mięsa – jeśli im się zwraca uwagę, wywołuje to wielki bunt, bo godzi to w ich zwyczaje. Mogliby jeszcze wywieźć na taczce jak Jagnę Borynę. Trzeba uświadamiać i mieć nadzieję, że może kiedyś się coś zmieni.

R. – Czy w takim razie uczestniczą w Triduum?
K. –
Bardzo mało; we Mszach niewielu bierze udział. Do posypania popiołem jest ogromna kolejka. Trzeba sypać tak, żeby pozostał wyraźny ślad – niektórzy miejscowi księża już się tak wyćwiczyli, że robią sobie pieczątki i popiołem stemplują.

R. – A tzw. pobożność ludowa?
K. –
W niektórych miejscach jest znaczna. To przede wszystkim silny kult Matki Bożej. Myślę, że to właśnie powstrzymało ten naród przed odejściem od Kościoła, przed odejściem do sekt, do innych religii. To jest chyba powód do dumy dla tego narodu. Idą na pielgrzymkę do Matki Bożej z Guadalupe jak Polacy na Jasną Górę. Idą pieszo, niosą figury i figurki.

Pokutują jednak ich tradycje i może dlatego ich wiara nie jest tak głęboka. Oni jeszcze szukają i dlatego jest jeszcze masę czarownic, które np. robią oczyszczenia. Ludzie płacą za to spore pieniądze.
Chrystus powiedział: „Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: >Przesuń się stąd tam!< , a przesunie się.” (Mt 17, 20). Gdybyśmy wierzyli tak głęboko, to nie byłoby dla nas trudnych rzeczy. Ci ludzie właśnie nie maja takiej czystej, zdrowej wiary – ciągle wierzą w przesądy i tam pokładają wielką nadzieję. Możliwe, że jest to jakieś krótkotrwałe podbudowanie psychiczne, a potem się to wszystko wali i zdruzgotani wracają do Kościoła.

R. – Czy w Meksyku działa dużo sekt?
K. –
Tak. Ostatnio szczególnie wiele słyszy się o świadkach Jehowy. Mają spore fundusze, z którymi tu przychodzą. To są ludzie uparci, których wyrzucisz drzwiami, to chcą wejść oknem. Co tydzień przyjeżdżają grupami, pukają do domów, rozdają broszurki. Jest też wiele innych sekt.

R. – Jak jest obchodzona Wielkanoc?
K. –
Więcej jest obchodów związanych z Wielkanocą niż z Bożym Narodzeniem. Nie mówię tu o spowiedzi – księża z całego dekanatu pomagają sobie, są konferencje. Święta mają swoją specyfikę w różnych częściach Meksyku. Jest oczywiście w katedrze uroczyste poświęcenie olejów na Mszy św., są w kościołach Msze św. W niektórych parafiach robią taką „ostatnią wieczerzę” po Mszy św. w czwartek – ustawia się stoły, przy których siadają apostołowie (12 ubranych stosownie mężczyzn) i wszystkie rodziny, jest poczęstunek. Przenosi się Pana Jezusa do ciemnicy. Jest całonocne czuwanie, adoracja. W piątek jest droga krzyżowa. Niektórzy to robią „na żywo” (rolę Chrystusa odgrywa człowiek), inni, jak my, mają figury Chrystusa i Matki Bożej Bolesnej. Figura Chrystusa jest taka specjalna – ma zawiasy, upada. Przechodzi się drogę krzyżową i jest „siedem słów Chrystusa”. U nas po drodze krzyżowej jest kazanie – tam jest celebracja, gdzie ksiądz jest zobowiązany wygłosić refleksję na temat słów Chrystusa na krzyżu. Na tę uroczystość przychodzi bardzo dużo ludzi – to jest w nich zakodowane. Starsi ludzie mówią, że dawniej każde słowo Chrystusa musiało być opłacone. Jakaś rodzina mówiła: „Primera palabra es mía” („Pierwsze słowo jest moje”), inna drugie itd. i coś dawała księdzu - dziś tego nie robią. Potem ludzie rozchodzą się do domów. Po południu jest normalna celebracja, adoracja krzyża i wieczorem procesja w ciszy. Przygotowana jest figura Chrystusa, którą kładą na noszach i idzie się przez całą wioskę w kompletnej ciszy. Przychodzą do kościoła, stawiają figurę. Jest Grób Pański.

Na centralną uroczystość, czyli adorację krzyża przychodzi bardzo mało ludzi, natomiast na „seti palabra” (siedem słów) bardzo dużo. Jest też różaniec do Matki Bożej Bolesnej, na który przychodzą licznie.
W sobotę niektórzy księża odprawiają liturgię nie tylko w kościele, ale i w kaplicach. Święcą wodę, ogień, odprawiają Mszę św. i jadą do następnej miejscowości.
Tam każda wioska uważa za punkt honoru, że ksiądz musi w niej być. Oni nie mają takiego poczucia wspólnotowego, że jest kościół-matka i są kościoły filialne. Każdy chce, żeby Msza św. była tylko dla niego, jeśli zamawia intencję - i nie może być tak jak w Polsce, że jest 2-3 księży i każdy modli się w innej intencji.

R. - Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum, ks. Adam Golec SAC