ODKRYWAMIE KART BOŻYCH Rozmowa z ks. Krzysztofem Morką SAC Drukuj Poleć znajomemu
 R. - Jest Ksiądz misjonarzem pallotyńskim, który jako pierwszy, wraz z ks. Marianem Wierzchowskim, stanął na papuaskiej ziemi przed 25 laty. Proszę naszym Czytelnikom opowiedzieć od czego zaczynaliście.

K. – Wprawdzie od kilku lat pracuję w Polsce, ale ponad 20 lat mojego życia to praca misyjna w Papui Nowej Gwinei. To prawda, zaczynaliśmy we dwóch. Najpierw był kurs językowy w Australii, a potem już Papua.
Przez kilka pierwszych dni byli z nami ówcześni przełożeni, ale dalej musieliśmy sobie radzić sami. Wszystko trzeba było zaczynać od ZERA. Bez zabezpieczenia, zdani byliśmy praktycznie na łaskę Werbistów i miejscowego Biskupa. Należało najpierw pokonać barierę językową - tego prymitywnego pidgin - co od strony fonetycznej nie było trudne. Gorzej było ze zrozumieniem i niemożnością wyrażenia tego, co człowiek pragnął powiedzieć. Inną trudnością było zrozumienie i przestawienie się z polskiej formy życia wspólnotowego oraz duszpasterstwa na tamtą rzeczywistość i tamte realia. Nie było łatwo, by zmienić...
... w swojej duchowości (iście polskiej) i pogodzić w swoim sumieniu inne formy życia, wartościowania, odpowiedzialności...

Niełatwo było oswoić się z problem różnicy mentalności. Zrozumieliśmy, że aby być tam, pracować, pomagać Papuasom... - należało „odłożyć” mentalność polską, europejską, by wczuć się w papuaską. Ale to był proces na długie lata.
Kiedy - po niecałym roku - zaczęliśmy sami raczkować, pojawił się dość dokuczliwy problem ekonomiczny związany z naszą egzystencją. Musieliśmy się zacząć przestawiać na formę diety lokalnej, gdyż była o wiele przystępniejsza dla naszych możliwości finansowych, co nie było takie łatwe i przyjemne.
Wszystko jednak było nam dane przezwyciężyć, bo silna była MOTYWACJA, z powodu której, tam właśnie, a nie gdzie indziej, podjęliśmy pracę misyjną.

R. - Dołączali do Was kolejni misjonarze. Mogliście objąć opieką duszpasterską kolejne parafie. Gdzie przez te 25 lat pracowali pallotyńscy misjonarze?

K.
- Tak, przybywały „nowe posiłki".* Jako już nieco zaprawieni, staraliśmy się ich chronić, by oszczędzić im doświadczeń, na których my nieco się poparzyliśmy. Ale mimo wszystko, każdy z przybyłych musiał po swojemu odkrywać ten dziwny, egzotyczny kraj. Każdy dla siebie szukał formy przetrwania i bycia użytecznym.

Głównie pracowaliśmy w Diecezji Wewak, ale dwóch z nas przez cztery lata pracowało w Diecezji Kundiawa. Gdy liczba nasza zaczęła topnieć, ograniczyliśmy się głównie do naszej macierzystej Diecezji Wewak. W przeciągu tych lat pracowaliśmy na różnych stacjach misyjnych: Marui, Burui, Torembi, Ulupu, Roma, Warabung, Turinghi, Kanduanum, Kambot, Boiken, Wewak Hill, wyspach Muszu-Kairiru oraz: Biem, Ruprup, Kadawar, Koil, Vokeo, Walis, Taraway, no i naszej bazie w dzielnicy Boram w mieście Wewak. Na każdej stacji byliśmy po kilka lat, ale to się zmieniało, gdyż nie mieliśmy tak zwanych pallotyńskich stacji, a obejmowaliśmy istniejące parafie. Obecnie praca Pallotynów jest kontynuowana w Boram, parafiach Roma i Warabung, wyspach Kairiru-Muszu, obsługiwanych przez ks. Pawła oraz wspomnianych już siedmiu wyspach, które obsługuje ks. Darek.

R. - Kościół w PNG jest Kościołem młodym, bo liczącym niewiele ponad 100 lat, w wielu miejscach jeszcze mniej. Czy tradycyjne wierzenia i obyczaje były, są dużym utrudnieniem?

K.
– Jeden sieje, drugi uprawia, inny zbiera... Na pewno głoszenie Słowa Bożego i ukierunkowywanie ludzi na życie według przykazań Bożych jest w młodych Kościołach trudne. Ludzie muszą dokonać wielu przewartościowań, które są nie tylko obce, ale wręcz sprzeczne z ich tradycją. Efekt pracy Misjonarza może być widoczny dopiero po latach, często dopiero w następnych pokoleniach.

W Polsce po ponad tysiącu lat chrześcijaństwa istnieje jeszcze tyle zabobonów, wierzeń, guseł. Całkiem dobrze mają się wróżki. A niektórzy oczekują, że już po kilku latach ewangelizacji tych ludzi, staną się oni doskonali i całkowicie odmienieni!

Oczywiście, że istnieją tam wierzenia poszczególnych plemion. Ludzie nie ugruntowani w wierze stoją najczęściej jedną nogą na płaszczyźnie tradycyjnej wiary, a drugą na płaszczyźnie Nowej Wiary. To jest normalny proces dochodzenia do Prawdy. Trzeba pokoleń, by się to zmieniło. W lokalnych wierzeniach jest wiele elementów słusznych i dobrych. Te elementy stają się podstawą i fundamentem, na którym dokonuje się ewangelizacji! Nie można popełniać błędów w typie przeszłości, kiedy ze sztucerem i pochodnią w ręku palono Domy Duchów i wiadrami lano wodę na głowy ludzi, udzielając im Chrztu. Zresztą wiara wprowadzana „na siłę” zwykle jest powierzchowna i albo ma „drugie dno” i prowadzi do zjawisk takich jak powstanie kultu cargo, albo powrotu do pogaństwa czy podążania za sektami w imię korzyści materialnych.

Większą szkodę niż dawne wierzenia wyrządzają i utrudniają naszą pracę chrześcijańskie sekty, bo nawołują do nienawiści i rozłamów, sprawiając, że Papuasi stają się otumanieni i zagubieni.
Jest to więc powolny i długotrwały proces, by ludzie utwierdzili się w tym, co PRAWDZIWE.

R. - Misjonarze nie należą do ludzi utyskujących na codzienne przeciwności. Musieliście je pokonywać. Co było najtrudniejsze?

K.
- Jest to kraj „niespodzianek". Każdego dnia mogło wydarzyć się coś bardzo zaskakującego. Dla Misjonarza tam pracującego najważniejsze było, by w chwilach, kiedy on już nie mógł nic zaradzić i zrobić, umieć zaufać Bogu i Jemu pozostawić do „załatwienia". I żyć dalej...

Boli zawsze bezsilność wobec zaistniałych niekiedy sytuacji, jak niesprawiedliwość, głupota, brak poczucia jakichkolwiek skrupułów, złośliwość, pozostawienie samemu sobie... Człowiek patrzył, zagryzał wargi, czasem płakał... i nic nie mógł zrobić. Tylko zaufać Bogu.

Musieliśmy pogodzić się ze stwierdzeniem: „zrobimy tyle, na ile będziemy mieli możliwości!". Przed nami był ogrom wyzwań, nawet w ratowaniu życia, lecz niestety, nie byliśmy w stanie podołać wszystkiemu. Każdy z nas osobiście stawia czoła tym wyzwaniom i musi je pokonywać, choć cena tego jest bardzo wysoka, a płaci ją Misjonarz.
Samotność nie jest najtrudniejsza, a niekiedy bywa bardzo piękna i pożądana. Tak przynajmniej było w moim wypadku.

R. - Jak jesteście odbierani przez miejscową ludność? Czy znajdujecie wśród nich odpowiedzialnych współpracowników?

K.
– Każdy z nas starał się, a z pewnością stara się i teraz, by wykonywać naszą posługę jak tylko najlepiej można. Bo nikt tam nie jechał dla rozgłosu, sławy, dorobku, uznania u ludzi... Bardzo często powtarzałem, że gdybym tam miał jechać dla pieniędzy, nie chciałbym być ani jednego dnia dłużej! Inna - nadprzyrodzona - motywacja jest motorem napędowym dla Misjonarza w Papui. I modlitwa nas wspierających.

Każdy z tam pracujących dbał sumiennie o: posługę w konfesjonale; godną Mszę św.; poszanowanie ludzi wśród których żył; bycie z ludźmi i dla nich mimo wielu przeciwności; sumienność w wypełnieniu zaplanowanych zadań pastoralnych uzgodnionych z Liderami wioskowymi oraz założonych przez Diecezję; o jak najlepsze wypełnianie naszej misji, nawet kosztem zdrowia i nerwów.

Mimo to misjonarz nie byłby w stanie tam funkcjonować i prowadzić ewangelizacji bez pomocy odpowiednio przygotowanych do poszczególnych posług świeckich współpracowników. Gdy nie ma księdza to Liderzy Słowa prowadzą niedzielną liturgię. Szafarze Eucharystii rozdzielają Komunię św., gdy jest dużo przystępujących do sakramentu czy nie ma księdza w wiosce w niedzielę lub niosą chorym. To Pastoral Workerzy (Pracownicy Pastoralni) przygotowują ludzi do przyjęcia sakramentów Chrztu, Bierzmowania, Eucharystii, Małżeństwa. Liderzy Modlitwy prowadzą cotygodniowe modlitwy w wioskach. Świeccy prowadza Legion Maryi i wykonują wspaniałą pracę apostolską.
Gdy Misjonarz ich szanuje i współpracuje z nimi, ma dobrych pomocników.

R. - Czy duszpasterstwo Pallotynów wyróżnia się czymś na tle Kościoła papuaskiego?

K.
- Nasza duchowość pallotyńska doskonale sprawdza się na papuaskim gruncie. W nasz charyzmat jest wpisana współpraca ze świeckimi, co realizujemy. Nie tworzymy Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego formalnego, ale jego idee realizujemy w praktyce.
Może się to wydawać dziwne osobom patrzącym z punktu widzenia naszej polskiej, mocno sformalizowanej perspektywy.
Ludzie chętnie poznają idee Pallottiego, a my staramy się przybliżyć im postać naszego Założyciela.

R. - Jak Papuasi przyjmują orędzie Bożego Miłosierdzia?

K.
- Wszędzie tam, gdzie pojawiają się i podejmują pracę Misjonarze z Polski, tam „idzie za nimi” kult Bożego Miłosierdzia. Tak było i w naszym wypadku. We wszystkich kościołach i kaplicach pojawiały się obrazy z podpisem „Jezu, ufam Tobie". Koronka do Bożego Miłosierdzia została przetłumaczona na pigin przez s. Zytę SSPS. Wydrukowane zostały obrazki z nią. To nam bardzo pomogło. Zaakceptował to swoim autorytetem bp. Raymond Kalisz. Nie było już partyzantki, lecz ujednolicona Modlitwa, która coraz bardziej się rozpowszechniała.

Sprowadzaliśmy z Polski różańce z relikwiami S. Faustyny. Na naszych stacjach zaczęły się tworzyć Grupy Miłosierdzia Bożego, modlące się Koronką i Nowenną za grzechy „nasze i świata całego". Nowennę przetłumaczył i wydal ks. Jan Rykała. On też szczególnie intensywnie udzielał się i głosił rekolekcje o Bożym Miłosierdziu. Do jego więc doświadczeń odsyłam.
Dla mnie osobiście, nie było tam dnia bez Koronki. Jakże więc mógłbym dzielić się z Wiernymi tym, do czego ja byłem przekonany całkowicie?!

R. - Czy można mówić o szczególnie popularnych formach pobożności Papuasów?

K.
- Tak, można mówić o ich ulubionych formach wyrażania pobożności.
Wielkopiątkowa Droga Krzyżowa przyciąga tłumy Wiernych, a także sporo ciekawskich. Bardzo rozpowszechniony i chętnie przyjmowany jest kult Maryjny. Nie tyle Nabożeństwa Maryjne, ale raczej „wędrowanie" figurki Matki Bożej i wieczorne spotkania modlitewne w wioskach, w rodzinach.
I wspomniany już kult Bożego Miłosierdzia, który zakreśla coraz szersze kręgi.

R. - Jak Ksiądz podsumowałby te 25 lat obecności Pallotynów w PNG?

K.
- Niektórzy, patrząc na pracę Pallotynów w PNG, sceptycznie do tego się odnoszą, mówiąc wręcz o zakończeniu tego posługiwania czy pomocy Kościołowi lokalnemu w Diecezji Wewak: ...bo nie ma tam przyszłości, bo Misjonarze nie pracują w kierunku powołań do Pallotynów... Nie jest łatwe do zrozumienia dla nieznających realiów papuaskich i tamtejszego Kościoła, że jeszcze nie czas na to dzieło.

Osobiście uważam, że nie straciłem, nie zmarnowałem w żadnej perspektywie lat spędzonych tam.
Jestem też przekonany, że Współbracia tam pracujący są przekonani o słuszności kroku, który został podjęty 25 lat temu, a do którego dołączali w różnym czasie. Temu Dziełu oddał życie ks. Jacek Bilik.

Nasza tam obecność i praca to była i jest WOLA BOŻA! I Jemu niech będą za to DZIĘKI.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura

* Do dwóch pierwszych pallotynów, ks. Krzysztofa Morki i ks. Mariana Wierzchowskiego po roku dołą¬czyli: ks. Andrzej Koźminski SAC i ks. Piotr Czerwonka SAC. W następnych latach dojechali: ks. Jerzy Suszko SAC (30.05.1993), ks. Jan Rykała SAC i ks. Dariusz Woźniak SAC (1.11.1994), ks. Jacek Bilik SAC ((26.10.1996; zmarł po ciężkiej chorobie w Polsce 2.01.2012r.)), br. Janusz Namyślak SAC ((15.11.2002), ks. Paweł Kotecki SAC ((4.11.2003), ks. Sławomir Maizner SAC (19.09.2013). Z wie¬lu względów - przede wszystkim zdrowotnych - część pallotyńskich misjonarzy opuściło Papuę. Obec¬nie pracuje 4 księży i 1 brat.
 
http://www.horyzonty.misjesac.pl/help/screen.html