Moja dwudziestka Drukuj Poleć znajomemu
Nie dużo to, ale na początek może być. Nie było mnie przy poczęciu, ani przy narodzinach tej delegatury w 1990 roku, więc chylę czoła i składam wyrazy uznania tym, którzy rozpoczynali to dzieło: ks. Krzysztofem i ks. Marianem oraz tymi, którzy jo kontynuowali przede mną. Mój udział w tym dziele rozpoczyna się dopiero 1994.

Początki były bardzo egzotyczne: przyroda urzekała, środowisko zaskakiwało, a tutejszy język wydawał się taki śmieszny... Realia jednak sprawiły, że trzeba było się przyznać do swojej nieroztropności i korygować punkt widzenia.

Pierwsze koty za płoty, pierwsze wpadki i przekręty językowe. Porada o praktykowaniu cierpliwości okazała się bardziej niż przydatna.
Na pierwsze bardziej samodzielne próby trafiłem nad rzekę Sepik, na zastępstwo za ks. Krzysztofa. Takie kilka miesięcy próbowania własnych sił. Po kilku lekcjach wprawnego i doświadczonego już wówczas marynarza rzecznego, jakim był ks. Krzysztof zacząłem pływać, a proboszcz pojechał na wakacje...


... Ponieważ wszystko jest nowe i kuszące, więc wpadają do głowy różne pomysły i to nie tylko te pastoralne. Zawsze frapowało mnie jak to tubylcy sobie radzą z pływaniem na stojąco po rzece z dłubance z pnia drzewa. Postanowiłem nauczyć się pływać takim małym kanu z wioski. Wlazłem na pewniaka, dorwałem wiosło, odepchnąłem się i wystartowałem. Szło mi świetnie, dopóki ktoś nie zawołał mnie z brzegu i wtedy im było wesoło, bo ja się obróciłem i z braku balansu, bez skrupułów zakłóciłem rybom i krewetkom spokój, wpadając z wielkim pluskiem do wody. Ale lekcja była skuteczna i owocna. Później, jak ponownie wylądowałem nad Sepikiem, sam się sobie dziwiłem jak mi dobrze szło ku zdziwieniu mojemu i parafian, którzy uważali, że tylko oni potrafią tym pływać.

Rozpocząłem nowe, samodzielne, dzieje w Turinghi pośród pagórków i wysokich, nieprzebytych traw. W nowym miejscu obowiązywały nowe zasady i obyczaje. Rozpoczynałem tym razem już o własnych siłach i na własny rachunek. Przychodziły różne idee i konieczność ich korygowania. Kiedyś zaproponowałem rodzicom, aby do pierwszej komunii przygotowali dzieci trochę inaczej niż jak co roku, kiedy to wszyscy na hura starają się ubrać dzieci na zachodni styl, często stwarzając sobie i innym kłopoty, bo jak zawsze wszystko robią na ostatnią chwilę. Moja propozycja brzmiała: „ubierzcie dzieci w tradycyjne stroje, ale żadnego mieszania i dodatków typu spodnie, podkoszulki i inne cudactwa. W całości ma być jak nakazuje tradycja i tylko tradycyjne materiały. Na pewno kosztowało to więcej pracy rąk własnych, ale za to dużo mniej pieniędzy i nie było marudzenia, że ten i ów nie zdążył i trzeba przenieść uroczystości. Dużo było obaw z mojej strony, ale zaskoczenie było bardzo miłe, kiedy w naznaczonym dniu wszyscy zjawili się ubrani na medal.. Uroczystość była piękna i udana, a pomysł został podchwycony na przyszłość i podtrzymany.

Jak przyszedł rok dwa tysiące, którego się wszyscy strasznie bali pod wpływem nauk i nawoływań różnych pastorów i sekciarzy o końcu świata, że bez dwóch zdań ochoczo się zabrali do działania. Postanowili nawet przebłagać po swojemu Pana Jezusa, aby nie było tego końca świata i zrobili Mu w prezencie „urodzinowy garamut” (taki wydłubany klocek z drzewa to wystukiwania rytmu lub nawoływań na odległość. Czasami się śmiałem, że to taka pierwotna wersja buszowego telegrafu).
Garamut jest rzeczą dość charakterystyczną i ważną w życiu Papuasów. Każdy klan ma swój; każda rodzina ma swój; każdy ważny dom we wsi, każdy hausboy ma swój garamut. Nic więc dziwnego, że parafianie postanowili podarować garamut Chrystusowi. Przyciągnęli go na stację znajdująca się na górze. Ciekawostką było to, że jak go przyciągnęli i wypróbowali można było go usłyszeć w odległości 10 km. Miał takie specyficzne niskie brzemię, bo był zrobiony z drzewa, co się nazywało garamut, a jego w zasadzie robaki nie gryzą.

Rok dwutysięczny upłynął i okoliczności sprowokowały mnie do przeniesienia się na nowe miejsce – ponownie nad rzekę Sepik, tym razem nad jego środkową część do Kanduanum. Już radziłem sobie z motorówkami i rzeką, więc początki nie były najgorsze. Znowu zabrały się za mnie komary. Jedyny czas, kiedy ich prawie w ogóle nie było to podczas powodzi, kiedy wylała rzeka i zalała wszystko. Woda płynęła dość szybkim nurtem i biedaczyska nie miały jak składać jaj. A myśmy mieli chwile wytchnienia.
Mój dom stał za wsią, jakieś ze sześćset metrów od brzegu, a wodzie zazwyczaj brakowało do brzegów jeszcze z półtora metra – nawet w bardzo mokrym sezonie. Co pięć lat robiła jednak psikusa i występowała z brzegów i wówczas mogłem sobie dopłynąć motorówką do samego domu i zaparkować przy schodach, by bez moczenia nóg wejść do domu. Tamtego to roku po raz pierwszy zdarzyło mi się odprawiać Wielkanoc w wodzie niemalże do bioder, gdzie stojąc przy ołtarzu krewetki oskubywały mi nogi. Mieliśmy drogę krzyżową na łódkach i ognisko w wigilię paschalną na platformie na wodzie, które w końcu odpłynęło z prądem w siną dal długo się jeszcze paląc. Największej ekwilibrystyki wymagało rozdanie komunii św. kiedy każdy stał, lub siedział w swoim kanu, w zalanym kościele, a one strasznie się huśtały. Była to taka swoista ruszająca się podłoga na wodzie.

Sepik przyniósł ze sobą bliskie spotkania z krokodylami, naukę pływania dużym kanu z silnikiem (nawet się pokusiłem o posiadanie takiego, a parafianie zrobili mi siedemnastometrowe na moje życzenie - był to dobry środek transportu i tani), wiele pięknych widoków i jeszcze więcej wyzwań na co dzień. Duszpastersko nie było to takie proste, gdyż wsi w parafii było dużo rozrzuconych po kilku dopływach do głównej rzeki i parę jeszcze na rozlewiskach. Oznaczało to dużo pływania i dość napakowany program. Sepik jest terenem wymagającym i to zarówno pod względem duszpasterskim jak fizycznym, nie mówiąc już o odporności psychicznej, ale też jest i piękny.

Trzy lata później poszukiwali w diecezji chętnego na morze. Pomyślałem sobie: „Tam mnie jeszcze nie było, czemu by nie spróbować”. Zawsze lubiłem morze, które mocno mnie frapowało. No i nadarzyła się okazja. Była to duża odmiana. Na rzece zawsze widać brzeg i wiadomo gdzie płynąć, w górę, albo w dół. Na morzu bywa z tym różnie. Częste zmiany pogody i zupełnie inna technika pływania – w sumie wszystko było znów inne. Na początek trafiłem w sezon wiatrów zachodnich – czyli wysokich fal, mocnych wiatrów i częstych deszczy. Kiedyś sobie westchnąłem, „Czy na początek nie mógłbym mieć spokojnego morza do treningu?” A w odpowiedzi przyszło stwierdzenie, że na spokojnym to się porządnie nie nauczę. Później było jeszcze weselej. Była pierwsza fala wlewająca się do łódki, pierwszy sztorm, pierwsza ulewa na morzu, gdy widoczność spada do kilkunastu metrów, pierwsze wyziębienie organizmu i dużo tam takich. Kiedyś przytrafiło mi się nawet przysnąć na stojąco w słoneczny dzień prowadząc motorówkę.

Parafia jest bardzo rozległa. Niby tylko osiem wysp, ale od pierwszej do ostatniej jest dużo, dużo ponad 200km. Na początek były dwie parafie, ale po czterech latach przyszedł współbrat przejął jedną z nich na dwóch dużych wyspach, a ja dostałem w nagrodę od biskupa dwie inne na wymianę, aby bilans się zgadzał.

Wewak, zatoka. Zakładamy silnik na łódkę. Wracam na wyspę Kairiru. Ks. Paweł Kotecki pomaga. Silnik waży „tylko” 86 kg. Teraz już nie zawsze go zdejmuję – w mieście, tak, ale u siebie już nie. Na ogół jest przykręcony i na wyspach go nie ściągam.
Łódź na wyspach jest wyciągana na brzeg, bo nigdy nie wiadomo jaka fala przyjdzie i czy jej nie wywróci

Morze pozwoliło mi spotkać na żywo wiele dzikich zwierząt od potężnych wielorybów poprzez rekina wielorybiego, delfiny, żółwie, krowę morską, merliny i krokodyle morskie, aż po najmniejsze stworzonka na rafach. Przyroda jest wspaniała, a jej potęga i siła może przerażać, ale na pewno uczy respektu dla stwórcy i pokory w stosunku do siebie samej. Praca tutaj stawia duże fizyczne wymagania, ale duszpasterstwo też jest specyficzne. Trudno jest pogodzić odległości z typową pracą duszpasterską i jej wymaganiami. Przy tej ilości wysp i ich lokalizacji mogę w najlepszym wypadku odwiedzić każdą z nich nie więcej niż sześć razy w ciągu roku po tygodniu na każdą wizytę na wyspie.

Już choćby to poważnie warunkuje możliwości duszpasterskiej pracy. I co tu można zrobić przez tak krótki czas wśród ludzi. Potrzebna jest szeroka współpraca z ludźmi świeckimi na wyspach i solidni liderzy na każdej z wysp. Na szczęście pod tym względem udało nam się znaleźć wspólny język i całość jakoś idzie do przodu.

To, co na początku wydawało się tak egzotyczne i niebywałe teraz jest codziennością i nie wydaje się czymś specjalnie szczególnym. Są dni kolorowe i pełne niespodzianek, ale są też i dni szare i samotne. Pomimo, że wokoło nas kręci się wielu ludzi, to tak naprawdę o samotność tu nie trudno.

Muszę przyznać, że było wiele pięknych dni i przeżyć; były momenty trudne i takie, które mogły być tą ostatnią chwilą życia, zdarzał się też czas szary i smutny, ale cała ta mozaika złożyła się na przygodę fizyczną i duchową wartą przeżycia i ceny, jaka z nią jest związana. Jedną z piękniejszych chwil dla duszpasterza jest czas, gdy przychodzi dorosły, który spędził całe życie w innym wyznaniu i mówi, że chce się nawrócić. Później czas przygotowań, katechumenat, aż wreszcie chrzest. I takich momentów też nie brakuje w mojej pracy duszpasterskiej.

W takich warunkach i okolicznościach minęło moje dwadzieścia lat w dwudziestopięcioletniej historii tej delegatury. Tu muszą zmieszać się ze sobą: elastyczność podejścia i nieugiętość w jednoznaczności głoszonej doktryny, duchowość i ziemskość, duszpasterstwo i zwykła fizyczna praca; gdzie kapłan, gospodarz, kucharka, pielęgniarz, mechanik, marynarz to tylko niektóre składniki tej piorunującej mieszanki, bez której tutaj ani rusz.

Kościół w Papui, to młody kościół, który rośnie wstrząsany od czasu do czasu drobnymi burzami. Ale jestem wdzięczny, że mogę brać udział w tym procesie, w którym sieje i daje wzrost Stwórca.


Ks. Dariusz Woźniak SAC
 
I Komunia św. na Biem. Dzieci w strojach tradycyjnych prezentują się wspaniale. Mimo zniszczonego kościoła wierni licznie uczestniczą w Mszach św., zwłaszcza z okazji uroczystości takich jak I Komunia św.



Boram – czasem motor spełniał rolę „karetki pogotowia duchowego”, jak trzeba było pośpiesznie dotrzeć z sakramentami do chorego



Świeccy, odpowiednio przygotowani, są dla misjonarzy bardzo pomocni jako liderzy grup, szafarze Eucharystii, katechiści


Praca misjonarza czasami wymaga czynności zgoła nietypowych – tu wypalanie ołowiu z akumulatorów w oleju opałowym



Tak wyglądał Kościół na Biem po kolejnych wiatrach – pierwszy zawalił dach, drugi wydmuchał ściany



Kościół na wyspie Biem, którego elementy wyposażenia zostały zaczerpnięte z lokalnej kultury – ołtarz to kanu morskie…



Wyspa Ruprup – stary i nowy dom ojca



Black Madonna w suchym doku; jeszcze w remoncie



Plebania na jednej z wysp – przed ...




...i po remoncie

 
http://www.horyzonty.misjesac.pl/help/screen.html