Strona główna arrow Nr 70 (1/2015) arrow Jednak nie syzyfowa praca
Jednak nie syzyfowa praca Drukuj Poleć znajomemu
Jubileusz… Hmm, sceptyk powiedziałby, że nie ma z czego się cieszyć: z każdym rokiem, który mija, stajemy się starsi, przybywa siwych włosów na głowie, zmarszczek pod oczami… Optymista zaś powiedziałby wprost przeciwnie: z każdą minutą naszego życia, która tak szybko przemija stajemy się mądrzejsi o bagaż życiowych doświadczeń, nawet z niepowodzeń i trudnych chwil człowiek może – jeśli tylko chce – wyciągnąć wnioski na przyszłość, stać się mądrzejszym mądrością nie wyczytaną z książek, ale napisaną własnym życiem.

No tak, w tym roku przypada nasz jubileusz. Od 25 lat pallotyni obecni są na końcu świata (zależy od której strony patrzeć; a może on się zaczyna właśnie tutaj?) w kraju o dźwięcznej nazwie: Papua Nowa Gwinea, w kraju, gdzie słowo Jezus ludzie tu mieszkający usłyszeli trochę więcej jak 100 lat temu.

25 lat… Moje 12 lat w tym kraju minęło tak szybko, że człowiek sam nie wie kiedy. Gdy myślę o tym, wydaje mi się, że tak niedawno tu przyjechałem - to tak jakby zaledwie wczoraj samolot, którym leciałem ze stolicy Papui Port Moresby do Wewak wylądował na naszym lotnisku...
... (fakt, w tym roku wracałem z wakacji z Polski; może stąd te odczucia?). A czy jestem sceptykiem czy optymistą?
Podczas wizyty u fryzjera w Polsce, w moim rodzinnym mieście, usłyszałem słowa: „Boże, ale ty masz Pawle siwych włosów; ale nie martw się, mój syn z którym grałeś w piłkę jak byliście mali ma ich więcej. A jest młodszy od Ciebie” (to tak gwoli stwierdzenia sceptyka o siwieniu).

Ale pomimo siwiejących (sic!) włosów nie jestem sceptykiem, nie: jestem optymistą, który stara się realnie patrzeć w przyszłość. Mimo tego, iż wciąż ludzie mieszkający w Papui są biedni tak jak byli kiedyś, pomimo tego, że dróg jak nie było tak nie ma, mimo iż bieżąca woda, prąd, lodówka (nawet ta na naftę) to wciąż luksus, na który stać garstkę ludzi, mimo iż ludzie chorzy skierują swoje kroki najpierw do szamana a dopiero później (może) do lekarza – tak, jestem optymistą. Podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce moi przyjaciele pytali mnie: „Paweł, nie masz już tego dość? Wracaj do nas, tu też potrzeba księży”.

Czasem dopadają mnie takie myśli. Kiedy człowiek doświadcza przemocy, gdy spotyka się z incydentami, że człowiek zostaje zamordowany w kłótni o biegającą po podwórku kurę, gdy młody człowiek leży sparaliżowany w szpitalu bez znaku nadziei że jego stan się poprawi (został pobity przez młodych ludzi będących pod wpływem narkotyków; żądali od niego 400 złotych, że pokłócił się ze swoją żoną, a żona była właśnie z ich wioski), to czasem przychodzą myśli, że to „syzyfowa praca”, a pod nosem człowiek nuci sobie przebój sprzed lat: „Co ja robię tu, uuu…”.

Podobnie było i w Polsce. Kiedy przez 2 lata rankiem szedłem do szkoły (nota bene bardzo lubiłem tam chodzić; lubiłem i młodzież, z którą los skrzyżował moje drogi na katechezie i nie tylko) za każdym razem prosiłem Boga o cierpliwość do łobuziaków. I On dawał. Mimo starań miałem odczucie, że to syzyfowa praca, a młodzież chyba najbardziej zapamiętała z katechezy to, że ich „dokształcałem” z niemieckiego, fizyki i matematyki przed klasówką. Ale gdy wyjechałem z Polski do Papui otrzymałem list od jednego z moich uczniów: hejka księżulku, to ja, ten łobuz, którego ganiał ksiądz w sutannie po korytarzu „bawiąc się w berka”. To ja. Pozdrawiam księdza nie z kryminału, gdzie ksiądz myślał, że trafię, ale ze studiów. Studiuję prawo i chcę księdzu podziękować za cierpliwość i za te lekcje katechezy, które były naprawdę super…

Jednak nie była to "syzyfowa praca"! Czytając te słowa, robiło się człowiekowi miło na sercu. Tak samo, kiedy odwiedzając miejsce, gdzie przez 2 lata byłem w parafii księdzem, moi dawni uczniowie uśmiechają się widząc mnie w sklepie robiącego zakupy, zagadują, gdy tankuję paliwo na stacji…

I tu w Papui jest podobnie. Kiedy przychodzą chwile doświadczeń, przeświadczenia, że to wszystko, co tu robię to "syzyfowa praca", Pan Bóg daje odczuć, że tak do końca nie jest tak jak myślę.

Pewnego dnia zadzwonił do mnie późnym popołudniem człowiek z jednej z wiosek w mojej parafii, moja „prawa ręka” w tamtej wiosce (tak, tak, od kilku lat mamy dostęp w Papui do sieci telefonii komórkowej). Powiadomił mnie, że w wiosce jest człowiek ciężko chory, chciałby się wyspowiadać i przyjąć namaszczenie. „Księże – powiedział – według mnie on umiera”. Powiedziałem, że za godzinę będę u nich w wiosce. Przygotowałem łódkę. Morze było naprawdę wzburzone. Gdy dopływałem prawie na miejsce widzę człowieka, z którym rozmawiałem przez telefon, dryfującego na morzu, trzymającego się jakiejś gałęzi. Podpływam i pytam się co się stało. On odpowiada: „Księże, tutaj nie wpłyniesz, fale wywrócą łódkę, gdy ją zakotwiczysz w tym miejscu co zawsze. Wskoczę do twojej łódki i pokażę ci miejsce, gdzie jest bezpieczniej.” Gdy wysiedliśmy z łodzi w bezpiecznym miejscu, po 20 minutach marszu doszliśmy na miejsce. Chory człowiek z wysiłkiem pojednał się z Bogiem, przyjął Komunię św., Sakrament Chorych… Na odchodnym pożartowałem sobie jeszcze z dziadziem, że następnym razem jak przypłynę to zagramy w piłkę. Uśmiechnął się, ale powiedział, że chyba nie da rady nawet stać na bramce. Gdy płynąłem łódką z powrotem do siebie, na wysokości jego domu słyszałem zawodzenie, płacze, a chwilę później ludzie zaczęli uderzać rytmicznie w drewniane garamuty dając znak mieszkańcom innych wiosek, że ów człowiek nie żyje.

Jednak nie „syzyfowa praca”…
I to jeden z wielu takich momentów, w którym człowiek nie czuje się jak mitologiczny Syzyf…

Jubileusz… Bogu niech będą dzięki za wszelkie błogosławieństwa, którymi nas tutaj obdarzył na przestrzeni tych 25 lat. On sam wie najlepiej jak wiele tego było… I jest. Obyśmy byli pomocnymi narzędziami w Jego ręku: nie takimi co kaleczą, ale dobrymi. Takimi naprawdę!

Ks. Paweł Kotecki SAC