Jeden z dwudziestu pięciu Drukuj Poleć znajomemu
Ostatni rok mojej pracy kapłańskiej, to rok ciągłych nowości. Ten mój jeden rok wpisuje się w dwadzieścia pięć lat pracy polskich Pallotynów w Papui Nowej Gwinei. Z jednej strony do udźwignięcia ciężar dziedzictwa, dokonań, pracy Pallotynów, tych którzy tu byli i tych którzy tu pracują, a przybyli przede mną. Z drugiej strony korzystanie z wiedzy i doświadczeń. Nie muszę się uczyć tylko na własnych błędach, mogę uczyć się na wcześniejszych błędach innych.

Moje wpisywanie się przez ten rok w historię Pallotynów w Papui, to przede wszystkim zdobywanie doświadczenia i nauka. Podejmując pracę w tak odmiennych warunkach niż w Polsce z całą dobitnością doświadczam prawdy, że „człowiek całe życie się uczy". Nauka przede wszystkim języka, tok pisin (pidgin). Choć widzę już różnicę w tym jak się porozumiewałem na początku a jak teraz, to mam ciągle świadomość, że trzeba poznać jeszcze więcej słówek i zwrotów.
Język ten ciągle się też rozwija, najczęściej...
... zapożyczając słówka z języka angielskiego, które zapisują w formie fonetycznej i dodają swoje końcówki, charakterystyczne np. dla czasowników - im. W artykule w lokalnej gazecie napisane było, że papuaska firma lotnicza Air Niugini sainim (podpisała) nową umowę z liniami katarskimi Quatar Airways. Oczywiście w słowniku nie ma tego czasownika, który jest przeróbką angielskiego sign, które wymawia się sain, dodajemy -im i otrzymujemy sainim.
W słowniku nie ma też np. słówka teksi czyli po prostu taxi, ale ludzie już używają, zwłaszcza w miastach i ich okolicy. Głęboko w buszu mogą czasami jeszcze nie rozumieć nowych słówek.

W czasie mojego pierwszego roku czasami przebywałem w rejonach, gdzie wplatali dużo słówek angielskich (Wewak i okoliczne wioski), czasami trochę mniej (wyspy Mushu i Kairiru) a gdy byłem na wprowadzeniu w Kunjingini, zauważyłem, że tok pisin był tam najładniejszy, najmniej „zabrudzony".

Zdobyte doświadczenia w tym roku, to przede wszystkim doświadczenie duszpasterskie. Wędrówki piesze do wspólnot, by im odprawić Mszę św., wysłuchać spowiedzi czy zostać kilka dni, by przeprowadzić Triduum Paschalne. I tu też doświadczenia, że nie ma form takich jak w Polsce: ołtarza adoracji czy Grobu Pańskiego. Wizyty w szpitalu, by udzielić Komunii św. czy namaścić chorych, pozwalają docenić szpitale w Polsce, a jednocześnie tu jest coś, czego brakuje mi w Polsce. Członkowie Legionów Maryi sprawdzają przed przyjściem księdza do szpitala, kto będzie chciał korzystać z Sakramentów oraz odwiedzają chorych w domach. Odwiedzają także w domach młodych ludzi, by pomóc im w wyborze drogi życia czy umocnić w wierze. Czasami, tak jak w Romie, gdy ksiądz dociera rzadko, sakramentów udziela się większej ilości osób - tak jak miałem to ja, gdy do I Komunii w niedzielę przystąpiła setka dzieci, a dwa dni wcześniej ochrzciłem 26 spośród nich. A przez trzy dni pobytu w Romie wyspowiadałem w sumie ok. 500 osób.

Jak inne są tu warunki do duszpasterstwa, niech pokaże zdarzenie z czasu mego pobytu w Kunjingini. Z Kunjingini II przyszedł jeden z liderów, Alois, i przekazał, że trzeba by pójść do chorego. No i poszedłem z nim w trakcie padającego deszczu. Zaraz po starcie Alois powiedział mi żebym zdjął laczki, bo się wywrócę. Więc zdjąłem i ruszyłem boso. Ślizgawka jak nie wiem co, no ale szliśmy do przodu. Ja na szczęście wziąłem swój kij do wędrówki, więc się na nim wspierałem, jak na trzeciej nodze. Myślałem, że do Kunjingini II nie trzeba przechodzić przez rzekę. I miałem po części rację, ale okazało się, że wioskę na pół dzieli rzeka i chory, do którego idziemy, jest właśnie po drugiej stronie. Gdy przechodziliśmy przez rzekę Amuk poziom wody był do ud i dość rwący, ale dałem radę. Doszliśmy do chorego, udzieliłem mu sakramentów. Po wszystkim, gdy już się rozbierałem z alby, Alois mi oznajmił, że wracamy inną drogą, bo poziom wody w tym czasie się podniósł jeszcze bardziej. No to poszliśmy inną drogę, by przejść przez rzekę w miejscu, gdzie jest płytsza. Gdy doszliśmy do rzeki, okazało się, że tu też jest wysoki poziom. Żebym nie utonął poszło z nami z wioski dwóch młodzieńców, którzy pomagali mi, gdy przechodziliśmy przez rzekę. Poziom wody do pasa, ale tu już naprawdę nurt był rwący i z wodą płynęło sporo gałęzi i pniaków. No ale szczęśliwie przeszliśmy na drugi brzeg, a później do domu.

Przez ten jeden rok zdążyłem poznać, choć trochę, różnych ludzi w czterech rejonach: w parafii miejskiej Boram i jej filiach w wioskach, w parafii Kairiru, czyli we wspólnotach na wsypach Kairiru i Mushu, w parafii Kunjingini i jej filiach oraz w parafii Roma, w czasie kilku pobytów weekendowych (bynajmniej nie wypoczynkowych).

Cztery parafie i cztery różne grupy społeczne i plemienne. Widać to później w sposobie rozmów z księdzem, zachowań i ewentualnej pomocy w przygotowaniu liturgii. Jedna diecezja, ale społeczności już niejednorodne. O różnorodności mówi choćby liczba języków plemiennych w całej Papui, którą szacuje się na ok. 700. Czasami jest przykro, gdy między sobą rozmawiają w tok plesie (języku wioskowym).

We wspólnotę pallotyńską w Papui wniosłem przede wszystkim dwie ręce do pracy misyjnej. Bo jak by na to nie patrzeć, ciągle brakuje tu misjonarzy. Choć ja uzupełniłem trochę naszą wspólnotę i jest nas teraz czterech księży i jeden brat, to jest nas ciągle za mało. By Delegatura mogła się rozwijać, przyjmować powołania lokalne, przydało by się na dzień dzisiejszy jeszcze z dwóch, trzech nowych. By oni też wpisywali się w kolejne latach historii Pallotynów w Papui.

Ks. Sławomir Maizner SAC
 
http://www.horyzonty.misjesac.pl/help/screen.html