Strona główna arrow Papua Nowa Gwinea arrow Długi weekend w Romie
Długi weekend w Romie Drukuj Poleć znajomemu
Ciągle opiekujemy się parafiami w Romie i Warabung, mimo że od wyjazdu z PNG naszego współbrata Jacka Bilika, który był tam proboszczem, minęły już 4 lata (blisko 3 od jego śmierci).

Parafia w Romie pozostaje pod patronatem św. Piotra i Pawła, toteż pojechałem na święto parafialne. Pierwotnie zamierzałem przyjechać w środę, by odprawić Mszę św. dla szkoły, ale właśnie w tym dniu została ona zamknięta, bo kończył się 2 semestr. Przyjechałem więc w czwartkowe popołudnie po ponad 2 godzinach jazdy. Droga była spokojna. Ostatni odcinek, ok. 9 km, to droga przez busz. Było jednak sucho więc jechało się szybko i bez kłopotów. Po przyjeździe, jak zwykle, trzeba się było rozpakować, zastartować lodówkę na naftę; zajęło mi to chwilę. A potem przygotowanie lunchu i sjesta, jak wiadomo w tym klimacie nieodzowna, by zregenerować siły. Po sjeście miałem spotkanie z miejscowymi liderami, na którym zaplanowaliśmy pracę na cały weekend.

Następnego dnia, miałem wysłuchać spowiedzi młodzieży w kościele parafialnym, a po południu pojechać do jednej z wiosek – Yuajange, która niedawno była zaangażowana w konflikt z inną wioską – Dumbit. Poszło o ziemię, na której postawiono wieżę nadawczo-odbiorczą dla miejscowej sieci komórkowej. Grupy ludzi z obu wiosek starły się ze sobą i został zabity jeden chłopak...
... z Dumbit, leżącej blisko stacji misyjnej. Jej mieszkańcy zablokowali drogę do Yuajange i tamci nie mogli przychodzić na teren parafialny. Trwało to przez parę miesięcy, aż wreszcie wioski dogadały się ze sobą i wyznaczyły wielkość rekompensaty pieniężnej, jaką ma zapłacić Yuajange za zabitego chłopaka. Po zapłaceniu przyszli mnie prosić o pokutę za grzech zabójstwa i walki między sobą. Wyznaczyłem, iż każdy, kto był aktywnie zaangażowany w konflikt, ma przynieść 10 kamieni i wrzucić w dziury na drogach prowadzących do ich wiosek oraz że mają w wioskach postawić krzyże pokutne, które potem zostaną poświęcone.

W piątek rano przez godzinę słuchałem spowiedzi, a potem pojechałem do niedalekiego miasta Maprik, aby naprawić przebite koło od samochodu. Po lunchu i sjeście pojechałem do Yuajange. Tam też było sporo chętnych do spowiedzi. Kiedy skończyłem, zaczęło się chmurzyć i pokrapywał deszcz. W czasie Mszy św. deszcz nasilił się, a do tego dołączyła się jeszcze burza. Ludzie trwali jednak na posterunku i wielu z nich zostało przemoczonych strugami ulewnego deszczu. Inni wyciągnęli parasole lub schowali się pod dachy okolicznych domów. Dla większości z nich stanie na deszczu aż do końca Mszy św. było dopełnieniem pokuty. Kiedy skończyłem Mszę św., przestało padać. Tonąc po kostki w błocie podeszczowym, pobłogosławiłem krzyż pokutny, który postawili w wiosce. Odwiedziłem jeszcze dwóch chorych, którzy nie byli w stanie dojść na Mszę św. i wyruszyłem w drogę powrotną do stacji misyjnej Roma.

Po deszczu droga staje się błotną ślizgawką i jazda po niej jest porównywalna z jazdą po lodzie. Trudno było utrzymać się na środku drogi. Na szczęście droga była ostatnio wyrównana przez maszyny i nie było rowów po brzegach, więc mogłem się odbijać od każdego z brzegów drogi jak od bandy i jechać dalej. Po około godzinie dotarłem do Romy. Byłem szczęśliwy, że jestem cały i zdrowy, i z samochodem, co prawda niesamowicie ubłoconym, ale nieuszkodzonym. Potem była kolacja i odpoczynek.

W sobotę spowiadałem w kościele (ponad 3 godziny). Potem lunch, sjesta i wyjazd do wioski Dumbit, gdzie znowu spowiadałem, odprawiłem Mszę św., a po niej poświęciłem krzyż pokutny tej wspólnoty. Do Romy wróciłem jeszcze za widoku. Wieczorem kolacja i spacer, podczas którego podziwiałem niebo i gwiazdy. Takiego widoku nieba jak w buszu nie ma w mieście, gdzie jest zbyt dużo światła.
Młodzież zeszła się na parafię na premiting charyzmatyczny. Modlili się i śpiewali aż do 9 wieczorem. Potem była już cisza; mogłem poczytać książkę i odpoczywać.

Następnego dnia była niedziela i uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła. Po śniadaniu wyspowiadałem jeszcze parę osób, przygotowałem wszystko do Mszy św. Najpierw była procesja wejścia – grupa taneczna przyprowadziła mnie do ołtarza. Potem była procesja przyniesienia Biblii do ołtarza, rozpoczynająca liturgię słowa Bożego. Następnie procesja przyniesienia darów ofiarnych: chleba i wina, ziemniaków mami i pieniędzy ze zbiórki. Potem celebracja eucharystyczna i Komunia św., którą rozdawaliśmy we czterech. Na zakończenie była procesja wyjścia – grupa taneczna odprowadziła mnie od ołtarza na zewnątrz. Jeszcze krótkie rozmowy z parafianami, a potem już tylko krótki odpoczynek, pakowanie się i powrót do Wewak. Droga była sucha, więc dojechałem spokojnie do domu.

Ks. Jan Rykała SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei
Zdjęcia: br. Janusz Namyślak SAC

 
SMS misje