Strona główna arrow Rok 2003 arrow Nr 23 (2/2003) arrow Czy łatwo powiedzieć Bogu TAK?
Czy łatwo powiedzieć Bogu TAK? Drukuj Poleć znajomemu

Pochodzę z rodziny niechrześcijańskiej – mama jest buddystką, a ojciec niewierzący. Mama nie zachęcała nas specjalnie do buddyzmu, ale pilnowała, byśmy nie szukali innych religii. Tato zajmuje się architekturą. Jestem drugim z kolei z pięciu synów.

Moja droga do wiary zaczęła się mniej więcej w trzeciej klasie szkoły podstawowej, kiedy patrząc na różne programy dokumentalne o zwierzętach, o naturze, o świecie zachwycałem się pięknem świata. Wyczuwałem, że jest Ktoś, kto to wszystko stworzył. Zastanawiałem się długo i w końcu doszedłem do wniosku, że jest Bóg, Stworzyciel tego wszystkiego. Próbując zrozumieć na czym polega różnica między ludźmi i zwierzętami, bo w obu światach są jednostki słabsze i silniejsze, pomyślałem, że Pan Bóg stworzył ludzi nie tylko po to, żeby jedli i w miarę wygodnie żyli, ale też sobie wzajemnie pomagali.
Dorastałem w latach 1960 - 65. Była wtedy bardzo trudna sytuacja, wielu biednych, toteż ta wzajemna pomoc była często podkreślana w prasie i radio. Chciałem, jak dorosnę, być użytecznym człowiekiem, na wzór ojca – zostać architektem, a przy okazji...

...zdobywać pieniądze, by dzielić się z innymi. Utwierdzało mnie w tym harcerstwo, do którego należałem od 3 klasy. Naszym mottem było: przynajmniej jeden dobry uczynek dla innych dziennie. Moim celem było być dobrym człowiekiem.

Przez telewizję, w szkole stykałem się z innymi religiami. Byłem nawet kilka razy w kościele protestanckim, ale tam nie znalazłem takiego Boga, jakiego szukałem. Ponieważ matka zabraniała, bez żalu zrezygnowałem z tych praktyk. Dopiero w gimnazjum spotkałem nauczyciela, protestanta, który zachęcił mnie do czytania Pisma świętego. Nasz kontakt był krótki, gdyż poszedł do wojska, ale to był chyba ten decydujący moment. Przez niego spotkałem Jezusa Chrystusa. Głos słyszany w sumieniu zaczął się pokrywać z tym, czego dowiadywałem się z Pisma św. Zacząłem się sam modlić, ale to było trudne, więc przestawałem.

Po drodze ze szkoły do domu mijałem kościół katolicki, do którego czasem wchodziłem. Nie wiedziałem, że jest tam Najświętszy Sakrament i co to jest, ale bardzo mi odpowiadała atmosfera kościoła.
W pierwszej klasie liceum miałem nauczyciela chemii, który był katolikiem. Zapragnąłem zobaczyć jak katolicy czczą Boga i zacząłem chodzić na Mszę św. Obserwowałem katolików. Tu też wiele słyszałem o pomaganiu, służeniu bliźniemu, ale mało tego widziałem w życiu wiernych. Wielu przychodziło, by o coś prosić, a nie z głębokiej wiary. Myślałem tak: zanim narodził się Chrystus też żyli wielcy filozofowie, są buddyści i proponują uczciwe życie. Chciałem być blisko Chrystusa, ale nie przyjmować chrztu. Iść tą drogą, której nauczał Jezus, ale nie przyjmować zobowiązań. Postanowiłem, że do 30 roku życia nie przyjmę chrztu.

Po ukończeniu szkoły dostałem się na architekturę, ale doszedłem do wniosku, że to naśladownictwo ojca. Zainteresowałem się medycyną orientalną. Chciałem dostać się na którąś z lepszych uczelni, ale chociaż próbowałem 7 czy 8 razy nie udało się. Uprawiałem różne zawody, a w końcu poszedłem do wojska. Tam spotkałem człowieka, którego cała rodzina, poza nim, była katolicka. W końcu i jego Pan Bóg dosięgnął. Mogłem obserwować jak dochodzi do wiary, do chrztu. Powiedział swojej mamie, że kiedyś Bóg mnie wykorzysta.

Kolega wyjechał za pracą i spotykaliśmy się kilka razy w roku. Po dwóch latach kolega powiedział, że powinienem zostać księdzem – a ja nie byłem nawet ochrzczony. Chciałem być w świecie, wolny, służyć Panu Bogu i ludziom poprzez tę medycynę orientalną. Nie pojmowałem tego, że Jezus jest naszym Odkupicielem, Zbawicielem. Kolega przypomniał mi, jak faraon upierał się i nie chciał wypuścić Żydów, nie chciał spełnić woli Boga. Tak jak ja.

W końcu, chcąc bliżej poznać tę religię, zacząłem chodzić na 6-miesięczne przygotowanie do chrztu, które prowadziła siostra szarytka. Pod koniec stwierdziłem, że nie jestem za bardzo przygotowany i lepiej będzie poczekać. Za radą siostry spotkałem się z księdzem, który wytłumaczył mi, że apostołowie też nie od razu byli umocnieni w wierze, a o ziarno, które padło na naszą glebę musimy się troszczyć, żeby zakiełkowało, żeby wydało owoc. Chrzest przyjąłem 26 lutego 1992 r.

Podobał mi się taki wizerunek księdza jak Don Camillo – bardzo ludzki. Księża koreańscy byli zdecydowanie inni. To było m.in. powodem, że ciągle ociągałem się z pójściem za głosem powołania. W końcu, za radą kolegi, postanowiłem spotkać się z księdzem „od powołań” w diecezji seulskiej. Ku mojemu zdziwieniu ten ksiądz powiedział, że mam powołanie zakonne. Ja, znając liczne siostry zakonne, nie zdawałem sobie sprawy, że w kościele katolickim są zakony męskie. W Korei księża chodzą bez sutann. Zacząłem się zastanawiać, chciałem nauczyć się modlić. W informatorze, wydawanym w diecezji na każdą niedzielę, znalazłem ogłoszenie, że Siostry Karmelitanki prowadzą szkołę modlitewną wg św. Teresy. Podając powód swojego zainteresowania napisałem, że chciałbym się upewnić czy mam powołanie i gdzie. Siostra zaproponowała mi 2 zgromadzenia: redemptorystów i pallotynów, ale to były zgromadzenia obecne tu od niedawna. Zacząłem więc uczęszczać na spotkania powołaniowe do pasjonistów. Podobało mi się życie wspólnotowe, ale raziły braki w życiu zakonników. Zainteresowałem się franciszkanami, bo podobało mi się, że tam nie ma rozdźwięku miedzy bratem i księdzem. Wstąpiłem do zgromadzenia, choć nie byłem do końca przekonany. Po roku i 40 dniach wezwał mnie przełożony i powiedział, że wolę działać po swojemu niż słuchać przełożonych i lepiej będzie mi żyć w świecie niż we wspólnocie franciszkańskiej.

To było ogromne przeżycie. Rodzice mój powrót przyjęli z radością. Dla mnie usłyszenie tego „nie” było dużym wstrząsem. Przez 2 tygodnie nie umiałem sobie z tym dać rady. Postanowiłem oddalić się od domu, by przemyśleć kilka spraw.

Wyjechałem w góry, blisko Morza Jońskiego i granicy z Koreą Północną. Tam pomagałem w katechizacji dzieci, a także poznawałem Pismo św. Zrozumiałem, że Bóg kocha mnie takiego jakim jestem.
Po jakimś czasie postanowiłem jeszcze raz spotkać się z księdzem „od powołań” w diecezji. Przypomniałem sobie jeszcze, że ktoś mówił mi o pallotynach i przyszedłem do szpitala, do sióstr, żeby dowiedzieć się czegoś o nich. Wtedy poznałem ks. Jurka – opowiedziałem o sobie, o tym, że nie minął rok jak wyszedłem ze zgromadzenia. Powiedział mi, że prawdopodobnie będę musiał przychodzić na roczny cykl spotkań powołaniowych i po tych spotkaniach zorientuję się jakie to zgromadzenia, a księża poznają mnie i wtedy zdecydują czy mogą mnie przyjąć. Miałem zgłosić się do przełożonego, ks. Zbyszka lub do odpowiedzialnego za powołania ks. Pawła. Kolega mówił, że lata lecą, żeby iść tam, gdzie mnie chcą przyjąć od razu, ale pomyślałem, że to Pan Bóg powołuje i jeśli chce mnie mieć tutaj, to za rok powie „tak”, a jeżeli nie – to da inną wskazówkę. Zgłosiłem się jednak do koreańskiego zgromadzenia misyjnego, ale powiedzieli, że na razie mnie nie przyjmą. Dla mnie była to wskazówka, żeby tam nie wstępować.
W czasie wakacji zadzwoniłem do pallotynów i ks. Jurek powiedział, że mogę przychodzić na spotkania powołaniowe. Równocześnie uczęszczałem do seminarium.

Na pierwszym spotkaniu okazało się, że ks. Pawła spotkałem już kilka lat wcześniej podczas rekolekcji, ale nie wiedziałem, że to pallotyn. Bardzo spodobał mi się charyzmat św. Wincentego Pallottiego. Czasy, w których żył, były bardzo trudne, ale on potrafił iść pod prąd, nie zrażając się słabą wiarą innych, zapalając ludzi do pracy. Nie był tylko zamknięty w księgach jako ksiądz, ale miał też dar działania apostolskiego.
Bałem się jeszcze jednego – złej opinii od franciszkanów. Ks. Paweł ocenił mnie pozytywnie. Jak w tej sytuacji zdecydują pallotyni? Na szczęście po dwóch tygodniach ks. Zbigniew, przełożony pallotynów w Korei, zgodził się przyjąć mnie do postulatu. Teraz kończę nowicjat i złożę jutro pierwszą profesję. Mam nadzieję, że, z Bożą pomocą będzie mi dane złożyć również wieczna.

Chrystus naszym pokojem.
Chociaż mam dużo niedoskonałości, to dzięki Bożej łasce i miłosierdziu złożę pierwszą konsekrację. Przez ten akt chcę, jako pallotyn i apostoł Jezusa, [dać wyraz miłości do Boga i ludzi] … kochać Boga i ludzi oraz wypełnić swoje powołanie. Dlatego gorąco Was proszę, kochani Czytelnicy o modlitwę.

Franciszek Ahn Dong Eok
Tłumaczył ks. Jerzy Ciesielski SAC, Mistrz Nowicjatu Księży Palotynów w Korei Południowej